Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu
Na terenie parafii św. Gertrudy, prowadzonej przez polskich dominikanów w Monachium, tamtejsza kuria wybudowała Dominikuszentrum. Ten nowoczesny budynek, w którym mieści się kaplica, przedszkole, ośrodek Caritas oraz kilka innych instytucji, zdobywa laury na konkursach architektonicznych. Niestety! Wybudowany za 13 milionów euro gmach jest niefunkcjonalny i pełen defektów. Gdy ktoś chce trafić do kaplicy, ma trudności ze znalezieniem wejścia, żadna tabliczka nie informuje bowiem, gdzie są właściwe drzwi. W kaplicy zamontowano tak nastrojowe oświetlenie, że ołtarz tonie w ciemności i kapłan odprawiający mszę ma kłopoty z odczytaniem mszału. Nie lepiej jest w innych częściach budynku. Wielkie okna biura Caritas nagrzewają się w słońcu i pracownicy siedzą w 40-stopniowym upale. Kłopot z temperaturą mają też przedszkolanki. Metalowe drzwi, wychodzące na plac zabaw dla dzieci, są wiosną i latem tak gorące, że parzą. Nie ma też mowy o niemieckiej solidności: dach przecieka, drzwi się nie domykają… Architekt, niestety, nie wyraża zgody na najdrobniejsze zmiany, bo zakłóciłyby one artystyczną koncepcję całości. Ojciec Maciej, proboszcz św. Gertrudy, narzeka, że Dominikuszentrum nikogo nie inspiruje do zainteresowania się sprawami wiary. Prawie nikt korzystający z centrum nie trafia na liturgię do kościoła czy na rozmowę do plebanii. Ci, którzy rzeczywiście szukają drogi do Boga, doskonale wiedzą, gdzie znaleźć księdza.
Po powrocie z Monachium mam wrażenie, że feralny budynek, z którym męczą się moi bracia, może być symbolem niemieckiego Kościoła. Jego duszpasterskie idee zachwycają pastoralistów, ale nijak się mają do realnych potrzeb ludzi. Dzięki zagwarantowanym wpływom z podatków Kościół zatrudnia ponad milion ludzi na etatach. Dzieci w państwowych szkołach uczestniczą w lekcjach religii. W sądach i szkołach wiszą krzyże. Katolickie przedszkola i szpitale pracują pełną parą. Znaczenie chrześcijaństwa w państwie jest zagwarantowane: w preambule konstytucji istnieje odniesienie do Boga, a kanclerz, przejmując urząd, składała przysięgę, wypowiadając słowa: „Tak mi dopomóż Bóg”. Problem polega na tym, że Kościół w Niemczech jako potężny pracodawca i instytucja socjalna przestał być wspólnotą wiary. Z artykułu we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, który przetłumaczyli mi bracia, dowiedziałem się, że „Wśród samych chrześcijan odrzucane są masowo główne treści chrześcijańskiego przesłania. 60 procent nie wierzy w życie wieczne. Natomiast co czwarty Niemiec wierzy, że natknięcie się na czarnego kota przynosi nieszczęście. Między Flensburgiem a Oberammargau więcej ludzi wierzy w UFO niż w sąd ostateczny”.
Dramat jest tym większy, że w społeczeństwie niemieckim jest „spora liczba poszukujących i wątpiących, którzy pytają o Boga i są ciekawi odpowiedzi, ale Kościół coraz rzadziej dociera do tych ludzi”. Opętany ideą kreatywności i dostosowania się do mentalności współczesnych tworzy coraz oryginalniejsze inicjatywy. Niestety, większość duchownych i świeckich jest przekonana, że w demokratycznym społeczeństwie nie należy narzucać nikomu swoich przekonań i trzeba uszanować inność, dlatego boją się mówić o prawdach absolutnych i mają niechęć do głoszenia zasad wiary. Nie chcąc nikogo odstraszyć wymiarem religijnym czy radykalizmem Ewangelii, tak ją rozwadniają, że tonacja przesłania płynącego z Kościoła niewiele różni się od haseł ekologów czy poradników psychologicznych.
Z przewidywań autora wspomnianego artykułu Markusa Günthera wynika, że jeśli nie nastąpi jakiś cud, to w ciągu kilkunastu lat imponująca fasada instytucji niemieckiego Kościoła się załamie, a „za nią ukaże się mniejszość, która nie będzie znacząco większa od wspólnoty świadków Jehowy”.
Słuchając tego wszystkiego, nadziwić się nie mogę niemieckim biskupom, którzy nie widzą, że utrzymywanie obecnego modelu duszpasterstwa prowadzi donikąd. Nie wiem, czy niemieccy katolicy obudzą się i zdobędą na zmianę, która zapobiegnie katastrofie. Marzę jednak, żebyśmy patrząc na ruiny niemieckiego Kościoła, szybko wyciągali wnioski i nie powtarzali jego błędów – nie remontowali fasady bez konfrontacji z realnymi problemami ani nie podejmowali jałowych inicjatyw. Niestety, więcej widzę wokół siebie ludzi walczących o utrzymanie status quo niż gotowych zaryzykować zmianę myślenia.
Oceń