Bez wyobraźni miłosierdzia

Bez wyobraźni miłosierdzia

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

Najsłynniejszym na świecie eutanastą jest amerykański anatomopatolog Jack Kevorkian. Kiedyś pewna chora kobieta zwróciła się do niego z prośbą o „dobrą śmierć”. W ostatniej chwili jednak rozmyśliła się i zapragnęła żyć. Nie zważając na jej protesty, doktor Kevorkian założył jej na głowę foliową torebkę, ścisnął na szyi i – mimo rozpaczliwej obrony – pozbawił ją życia. W sądzie tłumaczył się, że w ten sposób okazał chorej miłosierdzie.

Historia ta przypomniała mi się w związku z nieoczekiwanym zwrotem w sprawie Janusza Świtaja. Kiedy ten sparaliżowany od 12 lat mężczyzna wystosował do sądu dramatyczny apel z prośbą o wykonanie na sobie eutanazji – od razu znalazło się wielu życzliwych, domagających się spełnienia jego żądań. Powstały nawet strony internetowe, na których solidaryzowano się z nim i zbierano podpisy pod wnioskiem o zalegalizowanie eutanazji. Ich autorzy powoływali się na współczucie, litość, a nawet miłosierdzie dla cierpiącego bliźniego. Poważni publicyści pisali, że wszelkie argumenty przeciwko eutanazji można wyrzucić za okno, kiedy staje się twarzą w twarz z bólem drugiego człowieka.

Minęło kilka tygodni, a Janusz Świtaj jest pełen zapału, zaczyna marzyć, w jego życie wstąpiła nadzieja. Co takiego się stało? Otóż, jak podkreślają animatorzy ruchu hospicyjnego, prośba o śmierć pojawia się najczęściej w momencie depresji, braku poczucia sensu życia, opuszczenia. Człowiek w takim stanie czuje się nikomu niepotrzebny. Rację miała więc Anna Dymna, gdy mówiła, że Janusz nie prosi o śmierć. Rację miała siostra Małgorzata Chmielewska, gdy twierdziła, że tak naprawdę Świtaj woła o życie. Wystarczyło, że włączył się nowy czynnik – troska, opieka, miłosierdzie innych ludzi – a życie chorego, tak pełne do tej pory poczucia bezsensu, nabrało rumieńców.  

Ciekawe, jak się czują w tym momencie ci, którzy zagrzewali Janusza Świtaja do walki o eutanazję? Powoływali się przecież na miłosierdzie, ale miłosierdzie to nie fabrykowanie łatwych wzruszeń na odległość, które czynią nas lepszymi we własnych oczach, gdyż przejmujemy się losem innych.

Przypomina mi się w tym momencie historia opowiedziana przez kanadyjską prawniczkę profesor Margaret Sommerville z Toronto. Wspominała ona spotkanie z pewnym holenderskim lekarzem, który chwalił się, jak wielu dokonał eutanazji, w jego mniemaniu czynów miłosierdzia. Przekonywał ją przy tym, że sytuacja była tak dramatyczna, iż nie miał innego wyjścia. Jeden z przypadków dotyczył 80–letniej pacjentki, która była całkiem zdrowa, ale po śmierci męża czuła się bardzo samotna i przez trzy miesiące, tydzień w tydzień, prosiła lekarza, by ją zabił. W końcu doktor spełnił życzenie chorej, uznając, że nie ma innego wyjścia. „A czy zaproponował jej pan, żeby kupiła sobie kota?”, zapytała profesor Sommerville. Lekarz zaprzeczył, po czym zachwycony aż stuknął się w czoło i wykrzyknął: „Ale to rzeczywiście mogło być jakieś rozwiązanie”.

Przyznaję, że przez długi czas nie rozumiałem określenia Jana Pawła II, który wciąż mówił o „wyobraźni miłosierdzia”. Miłosierdzie rzeczywiście wymaga wyobraźni. Takie bowiem sytuacje, jak Janusza Świtaja i wielu innych równie doświadczonych przez cierpienie osób, pozwalają przejawić się ludzkim cnotom, solidarności, współczuciu, empatii, miłosierdziu. Bez nich o wiele mniej wiedzielibyśmy o ludzkiej miłości i poświęceniu. Eutanazja to jakby próba wyeliminowania sytuacji, w których możemy okazywać nasze człowieczeństwo.

Przypomina mi się kolejna rozmowa, którą odbyłem kiedyś z jedną z posłanek SLD. Przekonywałem ją do pomysłu „adopcja zamiast aborcji”. Mówiłem o wielu bezdzietnych małżeństwach, które chętnie adoptowałyby dziecko z niechcianej ciąży. Wszyscy byliby z takiego rozwiązania zadowoleni: dziecko – bo uniknęłoby śmierci i zyskało rodzinny dom, bezpłodne małżeństwo – bo miałoby upragnione potomstwo, i matka – bo oszczędzone zostałoby jej zarówno skazanie na śmierć własnego dziecka, jak i niechciane macierzyństwo. Ku mojemu zdziwieniu posłance projekt się nie spodobał. Na moje pytanie: dlaczego?, odpowiedziała, że podczas dziewięciu miesięcy ciąży i porodu matka mogłaby pokochać swoje dziecko i zrezygnować z oddania go obcym ludziom, a wtedy nie byłoby ani aborcji, ani adopcji, a to nie do przyjęcia.

To już nie jest świat pozbawiony wyobraźni miłosierdzia, to świat, który nie chce dopuścić do pojawienia się miłosierdzia.

Bez wyobraźni miłosierdzia
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze