Między walizkami
fot. matthew waring 9 / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Słuchanie na modlitwie

0 votes
Wyczyść

Tata zbudził mnie przed świtem. Pochylona nad wanną ochlapywałam twarz i włosy chłodną wodą. Nie cierpię wstawać przed słońcem, ale czekała nas wspaniała podróż – aż nad morze. Na peronie na Wschodniej było ciemno i gęsto od ludzi. Do pociągów pospiesznych, bez rezerwacji, wsiadało się sposobem. Zamiast pchać się z tłumem do drzwi wagonu, tata wypatrywał uchylonego okna, z którego wychylał się jakiś zaspany i zaciekawiony podróżny. Spytał, czy znajdzie się dla nas miejsce, i podał przez okno najpierw mnie. Z mocnego uścisku obcych ramion uwolniłam się dopiero na siedzeniu obitym brązowym materiałem z nadrukiem PKP. Obok lądowały walizki, a chwilę później tata przeciskał się do nas przez zapchany ludźmi i bagażami korytarz.

W dusznym przedziale, wypełnionym zapachem snu, kanapek zawiniętych w zatłuszczony papier, piwa i herbaty z termosów cisza obowiązywała do świtu. Potem, gdy się rozjaśniło, zaczynało się szeleszczenie – kanapki znikały w ustach, popijane parującą z plastikowych zakrętek herbatą. Jedzenie krążyło między nami. Otwarta paczka paluszków albo wafelków najpierw objeżdżała współpodróżnych, a potem – uszczuplona wśród uprzejmych: „Ależ nie, dziękuję bardzo, nie trzeba!” – wracała do mnie. Nie martwiłam się wcale, bo później częstowałam się czyimiś herbatnikami i jabłkami.

Za oknem migały wsie, wypatrywałam krów i koni, tata pokazywał bociany, umykające przed hałasem sarny i zające. Podróż trwała długo – wystarczająco długo, by się z innymi pasażerami z przedziału poznać i polubić. Czasu było dość, by przysnąć, zbudzić się wśród już znajomych twarzy, a nawet pożałować, że wąsaty pan w zielonym swetrze wysiada, bo tak ciekawie opowiadał. Za Malborkiem przyklejaliśmy twarze do szyby, żeby zobaczyć zamek. Zawsze z tym samym zachwytem, sienkiewiczowską dumą. Kiedy wsiadał ktoś nowy, był atrakcją, przechodził szybką aklimatyzację i stawał się jednym z nas. Spędzaliśmy godziny zwróceni twarzami do siebie, otwarci i gotowi do rozmowy. Zagadywałam obcych dorosłych, a gdy ktoś rozkładał książkę na kolanach albo zasłaniał twarz krańcem kurtki lub firanki, by zasnąć, tata przykładał palec do ust – siedziałam cicho.

Gdy jechaliśmy wzdłuż Helu, słońce przecinało sosny jak laser, raziło mnie w oczy. Wpatrywałam się z nadzieją, że zobaczę morze – przebłyski lśniących plam. Wysiedliśmy na ostatniej stacji, wszyscy niemożliwie obładowani, życząc sobie udanych turnusów. Pociągowe znajomości były zapowiedzią wakacyjnych przyjaźni – sezonowych związków stołówkowych i plażowych, chronionych od wiatru jednym parawanem, zasilanych życzliwością, uczących dostrzegania w obcym kogoś bliskiego, towarzysza przyjemności, pomnażającego dobre przeżycia. Dorośli pili kawy po kapitańsku w wysokich szklankach, a my wciskaliśmy patyki między deski pomostów, rzucaliśmy chleb łabędziom w zatoce. My – tymczasowi przyjaciele z Juraty, Tęgoborzy i Orzysza, których imion nie pamiętam, ale zawdzięczam im świetne chwile.

Wciąż wsiadam do pociągów z nadzieją na przygodę, na bezinteresowną bliskość. Ale ośmiosobowe przedziały znikają, podobnie jak dawna kultura podróży – sojuszu w trasie. Okna w nowych składach już się nie uchylają – nie można przez nie wcisnąć walizki ani wystawić głowy, by poszarpał ją mocny wiatr. Oddychamy klimatyzacją. Nie umiemy ani milczeć, ani konwersować. W nowoczesnych wagonach obowiązują nowe reguły – każdy sobie sam. Nie siedzimy zwróceni twarzami do siebie, a donikąd. Zamiast wgapiać się w zagłówek, patrzymy w ekrany komputerów. Zamiast rozmawiać z sąsiadem, wydzwaniamy, szukając połączenia z tymi, których przy nas nie ma, plotąc idiotyzmy: „No, to wsiadłam. Ruszyliśmy… Tak, cały zatłoczony, ani jednego wolnego miejsca. Ze trzy godziny, jeśli się nie spóźni. No, a wy co robicie?”. Zagadując pustkę albo załatwiając interesy, kasujemy metafizykę podróży, przeniesienia w czasie i przestrzeni. Mało kto cieszy się widokami, kontemplując je w ciszy. Mało kto kogoś poznaje po drodze. Wzajemnie to sobie uniemożliwiamy, emanując osobnością na cały wagon, rozpylając prywatne sprawy we wspólnym powietrzu – bez wstydu, bez wyczucia. Traktując współpodróżnych jak nieistniejących i nieistotnych. W pendolino, które miały być dowodem na naszą europejskość, najwięcej jest nieczułości i chamstwa przebranych w obojętność. Ale w pospiesznym z Wrocławia do Łodzi dostałam od kogoś kanapkę, pogadałam, pogładziłam dłonią brązowe obicie siedziska, powąchałam sztuczną firankę. Wypatrzyłam zające i trzy krowy.

Między walizkami
Paulina Wilk

urodzona 17 września 1980 r. w Warszawie – pisarka, dziennikarka, reportażystka i publicystka. Studiowała w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wsp...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze