Skrupulatom na ratunek
Jedną z największych przyjemności związanych z wyjazdami z Polski jest dla mnie poczucie oddalania się od zawiści. Od zaciśniętych ust, które nie potrafią się uśmiechnąć. Od oczu przemykających po sylwetkach współpasażerów tramwaju, taksujących – zimno, niechętnie – czyjeś istnienie od butów po czapkę. Od ściągniętej twarzy w kioskowym okienku. Od obrażonych biustów i bioder ekspedientek w piekarniach, poruszających się tak, by każdym ruchem wyrazić wściekłość na niesprawiedliwy los. Od komplementów kamuflujących złe intencje. Od upuszczonych na chodnik rękawiczek, których nikt nie pochwycił, by dogonić zamyślonego właściciela. Od kierowców autobusów zamykających drzwi przed nosem. Od zapatrzonych w komputery zobojętniałych ciał, usadowionych przy wielkich kawiarnianych stołach, podzielonych niewidzialnymi liniami na pojedyncze terytoria obcości. Od nabrzmiałych pretensjami kolejek w działach obsługi klienta. Lubię odjeżdżać od naszej zdolności do życia przeciwko sobie, we wrogim napięciu, które łączy nas o tyle, że wszyscy staramy się mu zaprzeczać. Nie próbujemy go natomiast wspólnie pokonać.
Lądowanie w Amsterdamie, Londynie i Rzymie przynosi mi natychmiastową ulgę: odprężone ramiona opadają lekko, uśmiech wobec innych, o których nie myślę „obcy”, przychodzi łatwo. Wstępuje we mnie chęć pogadania o pogodzie ze sklepikarzem i żartowania z panem pijącym herbatę przy stole obok, ustąpienia rowerzystce w jedwabnej sukience i patrzenia, jak przejeżdża z biegnącym tuż przy kole psem. Lubię przybywać do miejsc, w których żyje się łagodnie, bez pancerzy i kolców wystawionych przeciwko światu. Miejsc, w których bycie nie jest codzienną manifestacją, blefem skrywającym wewnętrzne rozedrganie i niepewność. Są to światy spokojniejsze, pozbawione podejrzliwości i lęku przed zamierzeniami innych. Światy, w których sprzedawca taboretów nie czuje nienawiści wobec kupującego je maklera, a kelnerki oprócz potraw podają do stołów sute porcje dowcipu, zmysłowości i przyjemności życia.
Są to miasta i kraje o historii wcale nie łatwiejszej niż nasza, o sumie cierpień równie niepoliczalnej, mogącej niszczyć wspólnotowość, i o równie małej dawce wspomnień o społecznej szczęśliwości. A jednak są to miejsca, w których bezinteresowna zawiść nie zagnieździła się w ludziach, nie przysiadła im na piersiach jak zły duch. Nie odbiera zdolności cieszenia się istnieniem – swoim i czyimś, jakby były dopełniającymi się, potrzebnymi sobie nawzajem bytami, a nie rywalami. Uczę się tam mniejszych kroków i czulszych gestów, uprzejmości, mówienia excuse me, sorry, thank you przy delikatnym i powolnym wysiadaniu z metra. Uczę się radości stania w kolejce z ludźmi, których nie znam, a jednak lubię. Słyszę, jak łuski mojej zbroi spadają na posadzkę, gdy umundurowana bileterka uśmiecha się z matczyną gościnnością i dumą, witając mnie w muzealnej sali, w której stoi od kilku godzin najwyraźniej bez przykrości, kontemplując płótna Rothko. Zapominam spinać mięśnie, marszczyć brwi, wypatrywać niebezpieczeństw. Na chodniku zrównuję się z jakąś kobietą i przez chwilę idziemy razem. Zamiast pozbyć się okazji do bliskości, przedłużamy ją na dwadzieścia, trzydzieści kroków. I kiedy zeskakuję z krawężnika, by skręcić w boczną uliczkę, żegnamy się z uśmiechem, bo jesteśmy wdzięczne za wspólną chwilę. Płynie z niej otucha, bez której życie jest mniej przyjazne, cięższe, pozbawione piękna.
Nie wierzę w wolność bez wzajemnej troski. Dopóki mieszkamy obok siebie i próbujemy się omijać, dopóty nie zaznamy bezpieczeństwa płynącego z wiary w dobre intencje i wzajemność. Dopóki dajemy pierwszeństwo zawiści, odbieramy podwójnie: sobie i innym. Polska pasja niszczenia przestrzeni wspólnej, a raczej zamieniania jej w teren walki i podziału na słusznych „nas” i szkodliwych „onych”, jest dziś przepaścią, która oddziela nas od samych siebie, ale także od lepszego świata, ku któremu aspirujemy. Nosimy już hiszpańskie sukienki. Jemy szynkę parmeńską. I kupujemy w niemieckich supermarketach. Ale do europejskiej kultury życia jeszcze długa droga. Dłuższa nawet niż ćwierć wieku temu, gdy na naszą wspólną sprawę Europa patrzyła z zachwytem. Od tamtej pory zajmujemy się gorączkowym niszczeniem dowodów na to, jak wspaniali możemy być razem.
Oceń