Szopka Pana Boga
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Pan Bóg jest bardzo dobry. Nie pozostawia nas w samotności. Przeciwnie: chce nas wszystkich zaprosić do siebie, abyśmy mogli z Nim mieszkać w wielkim, wysokim domu, podobnym do księgi. Tak wielkim i tak wysokim, jak szopka u franciszkanów, która tylko na pozór wyobraża Betlejem. W rzeczywistości bowiem jest tam wszystko: wysokie góry i morza, zapomniane lasy i bezkresne sawanny, szerokie rzeki i dalekie miasta, morza i głębiny. Jest tam cały świat: są słonie i żyrafy, orangutany i sikorki, mądre delfiny i złociste motyle. Są strażacy i górale, trzej królowie i dwaj prezydenci, są aktorzy i nauczyciele, rolnicy i sportowcy. Świat jest czymś innym, niż nam się wydaje: jest ogromną betlejemską szopką ojców franciszkanów. Betlejem jest większe, niż mogliśmy sądzić: jest wszędzie. Jest zarazem u nas i w wieczności.

Zaprosiwszy więc do Betlejem wszystkich sławnych ludzi, Pan Bóg robi przerwę, a potem postanawia zająć się też kimś zwyczajnym. Przez jakiś czas nie jest pewny, kogo mógłby jeszcze zabrać, stopniowo jednak jego wzrok pada na nasz blok i na mieszkanie pod szóstką. Mieszka tam moja niania, którą nie wiadomo dlaczego wszyscy nazywają babką. Babka jest bardzo szlachetna i być może właśnie dlatego ona pierwsza z naszego bloku otrzyma od Pana Boga osobiste zaproszenie. Tata twierdzi niekiedy, że babka jeszcze nas wszystkich przeżyje, ale chyba sam w to nie wierzy. Wciąż nosi jej lekarstwa i robi zakupy, żeby nie musiała dźwigać. Babka Zarębska za każdym razem śpiewnie dziękuje, mówi do taty „Paniczu” i wygląda, jakby go chciała pocałować w rękę. Nic z tego nie rozumiem, ale mój brat, Emil, twierdzi, że w moim wieku to normalne. To właśnie on powiedział mi wszystko o babce: o tym, że jest z innego świata — pełnego wielkich pól, żołnierzy i wojen. Emil jest bardzo mądry. Ma dwanaście lat i właśnie skończył czytać książkę o przygodach Szwejka. Jest zdania, że babka pochodzi z Austro–Węgier albo z Atlantydy.

Wiele zatem rozmyślam o babce, gdy każdego ranka wyruszamy na poranny spacer. Kiedy zamykam oczy, nieraz widzę babkę w hełmie, wśród armat i okopów, w nocy oświetlonej jedynie wybuchami. Czasem zaś — jak jedzie prędko na kasztanowym koniu, żeby zdążyć przed nocą. Zdarza się też, że widzę, jak leży zmęczona, ukryta w wielkim łanie zboża. Bywa i tak, że w ogóle nie widuję babki, a jedynie samą wojnę — podobną do burzy. Wysiadamy z windy i idziemy prosto w szarą, zakurzoną drogę, która prowadzi do Końskiego Jaru.

— Czemu akurat babkę? I skąd babka wie, że teraz akurat jej kolej?

Wychodzimy spod cienistych bloków przy Bocianiej i wolno przekraczamy jasny pas Puławskej. Tuż przed bezludnym przystankiem babka Zarębska przystaje i wyjmuje z kieszeni spódnicy długi, ziarnisty różaniec. Zanim dojdziemy do Jaru, zmówi trzy dziesiątki części pierwszej, radosnej. Gdy będziemy wracać — pozostałe dwie. Ze wszystkich części babka najbardziej lubi właśnie te — radosne. Bolesne odmawia tylko w Wielkim Poście.

Tymczasem jednak jest środek lata. Idziemy przez spłowiały step osiedla, przez pustynię placu budowy, która sypie w oczy i usta drobnym, uciążliwym piaskiem, przez labirynt nieskończonych bloków, przez żar. W dali widać już oazę parku. Mijamy zakład fryzjerski, którego nie lubię, ponieważ to właśnie w nim jakiś nadgorliwiec ściął mnie kiedyś na łyso i całe wakacje musiałem chodzić w słomkowym kapeluszu. Za zakładem — sklep i kilku robotników z ciemnymi butelkami w wielkich dłoniach. Przy drzwiach babka zaczyna się wahać, ale czując niemiłą woń letniego piwa, ciągnę ją na drugą stronę ulicy i w trzy minuty osiągamy cel. Budka Hrynia jest z pewnością jedynym chłodnym miejscem w okolicy — oazą i wytchnieniem, samotną przystanią na pustynnym morzu, lasem Kubusia Puchatka, wyspą Robinsona, statkiem dzieci kapitana Granta oraz Nautilusem. Tak w każdym razie uważam. Gałka lodów kosztuje u Hrynia niecałą złotówkę.

— No i co tam?

Siedzę na ławce w parku, a babka Zarębska ucina sobie pogawędkę z Hryniem. Lody mają dziś więcej wanilii niż poprzednio i może właśnie przez to pogrążam się w filozoficznych marzeniach o zimie i Królowej Śniegu.

— Lato powoli ustaje…
— Ustaje i nie ustaje… — Babka pociąga z butelki łyk czerwonej oranżady i pochyla się nad ladą. — Lato, jesień, zima, wiosna i znów lato… a mnie trzeba już się zabierać do wieczności…. Ot, co….

Słońce przechyla się powoli nad akacjami, lekko zanurza się w klonach i musimy wracać. Hryń zostaje wpatrzony w alejkę, po której błąkają się jedynie senne mamy z wózkami i cienie. Być może snuje rozważania o wieczności, a może tylko o tym, gdzie na drugi rok postawić budkę, żeby przyszło jak najwięcej ludzi. Po drodze mija nas autobus, którym mama wraca z pracy. Jest nieco chłodniej.

Przez całą jesień babka przygotowuje się więc do dalekiej drogi. Nie opuszcza prawie żadnego pogrzebu i zamiast do parku chodzimy teraz w podniosłych i śpiewnych orszakach na cmentarz. Coraz bardziej męczy mnie pytanie, w jaki sposób babka Zarębska dojdzie do wieczności, skoro zaczyna utykać i w ogóle mocno podupadła ostatnio na zdrowiu. Zastanawia mnie też, dlaczego zamiast tajemnic radosnych, wybiera teraz chwalebne i czemu mniej modli się w drodze, a więcej w kościele. Kiedy obiera ziemniaki na obiad, staram się być cicho i zadawać jak najmniej pytań. Nie powinniśmy jej męczyć. Gdyby babka już teraz odeszła do wieczności, będę musiał zacząć chodzić do przedszkola. Tak twierdzi mój brat Emil, a on się nie myli. Jest październik i dni robią się coraz ciemniejsze.

— Którędy się idzie do wieczności? Czy idzie się tam samemu, czy można na przykład iść z kimś bliskim? Czy idzie się długo, czy krótko? Czy droga jest straszna, czy raczej przyjemna? Czy zawsze trzeba mieć wtedy ze sobą różaniec? — wszystkie te pytania dręczą mnie, gdy leżę wieczorami na łóżku przy oknie. To jedno z lepszych łóżek na sali. Po tygodniu awansowałem. O tej porze prawie wszyscy śpią i szpitalny korytarz cichnie w fioletowej poświacie. Jestem na oddziale zakaźnym, bo nabawiłem się żółtaczki. Niestety, nie ma tu odwiedzin, więc jedynym członkiem rodziny, który mi pozostał, jest teraz Pluszowy Barnaba. Boję się, żeby mi go nikt nie ukradł, i wyjmuję spod poduszki dopiero wtedy, gdy wszyscy zasną. Mam wielu kolegów. Niektórych ogolono na łyso, bo mieli gnidy. Są bardzo ruchliwi. Dziwi mnie to, bo kiedy ktoś jest za bardzo ruchliwy, pani salowa zabiera mu dół od piżamy i musi siedzieć pod kołdrą. Tylko nieliczni wcale się tym nie przejmują i paradują z gołym tyłkiem. Gdybym chciał, szalałbym, ile dusza zapragnie, ponieważ pod prześcieradłem mam schowane zapasowe slipy. Nie szaleję, bo mi się nie chce. Moją pasją stały się ostatnio książki. Książki i wyścigi. Odkryliśmy, że przy odrobinie sprytu można w łazience złapać karalucha. Trzymamy je w zapalniczkach i od czasu do czasu urządzamy gonitwy. Wygrałem już cztery razy. Wcale nie muszę być ruchliwy. I tak jestem najlepszy.

Co się w tym czasie dzieje z babką?

Po dwóch tygodniach dowiaduję się, że leży na innym oddziale. Żółtaczka ustępuje. Kiedy opuszczamy szpital, mówię do taty, że chcę ją odwiedzić, ale okazuje się to już niemożliwe. Dzień wcześniej Pan Bóg zabiera babkę do wieczności. Jedziemy autobusem do domu, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wszystko dzieje się wieczorem, zaraz po skończonych wizytach, kiedy oddział wypełnia się miarowym szumem. Babka śpi i Pan Bóg puka delikatnie w szybę, żeby ją obudzić, a potem bierze za rękę i prowadzi w górę.

— To już? — pyta babka.
— Już… — mówi Pan Bóg i idą dalej, rozmawiając o dawnych czasach, o zapomnianym smaku czerwcowych czereśni i o Wilnie.

Na wiosnę, kiedy jestem już całkiem zdrowy i znów mogę wspinać się na drzewa, trochę o tym wszystkim zapominam, ale Pan Bóg znowu daje znać o sobie. Tym razem zabiera do szopki wuja Tadeusza. Jedziemy bardzo długo pociągiem na pogrzeb i mam czas, żeby wszystko dokładnie przemyśleć. Od pewnego czasu dużo myślę o Panu Bogu, ponieważ w czerwcu mam iść do Pierwszej Komunii. Kościół ojców franciszkanów wreszcie przestanie mieć monopol na szopkę. Mama mówi, że teraz Betlejem będzie w moim sercu.

Uważam zatem, że Pan Bóg mógł zabrać wuja Tadeusza o wiele wcześniej. Mógł go zabrać w dzieciństwie, zanim wuj Tadeusz zaczął być wujem, a nawet wtedy, gdy nie był jeszcze Tadeuszem, a Tadkiem. Mógł zabrać go z drogi do Gniezna, z pola w Goślinowie i z rzeki; z ogrodu, spod krzaka zielonych porzeczek albo spod wysokiej jabłoni, na którą wspinali się z wujem Józefem; mógł go zabrać spod domu z rudym gankiem i lipą, z podwórka znaczonego śladami koni i złotymi nićmi żytniej słomy, zza stodoły, z siodełka żniwiarki, a nawet ze stajni. Gdyby chciał, mógłby go zabrać choćby i z kościoła.

Kiedy wuj skończył szkołę i wybuchła wojna, Pan Bóg mógł go zapewne zabrać podczas wysiedlenia — lekko unieść z wagonu na Wschód, oszczędzić połatanych spodni, twardej skórki chleba, wody z rowu, nieludzkiego tłoku. Mógł sprawić, że podróż wuja trwałaby dalej niż do Bełżca, dużo dalej niż do Szczebrzeszyna, gdzie się schronili u rodziny, o wiele dalej niż chmury nad miastem i wiatr, dalej niż księżyc i mgliste obietnice mlecznej drogi. Z jakichś powodów jednak wuj dojechał tam, gdzie wszyscy, i niebawem został partyzantem.

Można zatem powiedzieć, że Pan Bóg wykazywał względem wuja Tadeusza wiele cierpliwości i istnieje kilka niepodważalnych dowodów na to, że ochraniał go podczas akcji w roztoczańskich lasach. Nikt, jak dotąd, nie odnalazł sensownych argumentów, które pozwoliłyby kategorycznie zaprzeczyć, że Bóg wiedział o kryjówkach wuja, widział karabin, liście za kołnierzem i serce w plecaku. Niepodobna także w sposób intersubiektywnie sprawdzalny uzasadnić tezy, że nie znał marzeń wuja o normalności i o studiach, i nie da się wykluczyć, że pamiętał także o tym, iż wuj marzy o dziewczynie.

We wszystkim Pan Bóg zachowywał więc wobec wuja Tadeusza spokój. Kto wie, może nawet uśmiechnął się chytrze, gdy wuj skończył studia uniwersyteckie i wstąpił do partii? Być może już wtedy włączył wujową przynależność w jakiś większy plan, sprawił, że miała ona jakiś trudny do pojęcia sens? Wiele w każdym razie wskazuje na to, że nie bez ukrytego Bożego błogosławieństwa wuj się ożenił i zaczął pracę w jednym z wrocławskich liceów. Wydaje się nawet, że Bóg nie przestał mu błogosławić, gdy wuj został charyzmatycznym wychowawcą w internacie i równie charyzmatycznym wykładowcą historii powszechnej. Mijały lata i coraz częściej okazywało się, że spokój Pana Boga wobec wuja Tadeusza nie jest chwilową taktyką. Mijały lata i z dnia na dzień okazywało się, że cierpliwość Pana Boga przynosi owoce.

Wciąż jednak trudno było Panu Bogu zabrać wuja. Naturalnie, nie tylko dlatego, że wuj dzielnie walczył ze wszystkimi chorobami i nawet na emeryturze był aktywny oraz dziarski. Wcale nie dlatego, że rozczarował się co do ludowej władzy i wrócił do kościelnych praktyk. Można przypuszczać, że zasadnicze znaczenie miały internat i szkoła. Jak twierdzi tata, wuj był twardzielem i czuło się przy nim różnicę pomiędzy „tak” i „nie” — różnicę między moralną powinnością i lenistwem. Gdyby, jak sądzi mama, wuj czytał Conrada — stałby się on zapewne jego ulubionym pisarzem. Gdyby Pan Bóg już wtedy zabrał wuja, w całej okolicy zapanowałby trudny do wyobrażenia chaos.

W końcu jednak Pan Bóg postanowił mieć wuja u siebie. Kto wie, może w niebie zaczęło brakować akowców? Może do najniższych warstw zakradła się nieobowiązkowość? Może niektórzy zaczęli się spóźniać? Może któryś z kręgów wielkiej, betlejemskiej szopki poluzował się i trzeba było dołożyć kilka zdecydowanych charakterów? Z jakichś powodów wuj okazał się bardziej potrzebny gdzie indziej.

Kogo więc Pan Bóg zabierze w dalszej kolejności? Mijają miesiące i z wolna przestaję o tym myśleć. Przed blokiem robią wreszcie asfaltową drogę i nie mogę w związku z tym narzekać na brak zajęć. Poza tym chodzę do szkoły, której nie cierpię. Dawniej byłem najlepszy w klasie, ale to już przeszłość. Dopiero po wakacjach wszystko zaczyna iść lepiej. Kiedy we wrześniu znów idę do szkoły, wszystko wygląda o wiele ciekawiej, ponieważ mam nowego kolegę. Szkoła jest czymś, co można przeżyć, bo siedzę teraz w ławce z Mrówą. Jestem niemile zaskoczony, kiedy w listopadzie okazuje się, że pod szyją mam zgrubienie wielkości śliwki i nikt nie wie, co to jest. Mijają długie tygodnie badań i chodzą słuchy, że nie obejdzie się bez operacji.

Może więc teraz przyszła kolej na mnie? Może kogoś zabrakło w szopce i to ja będę go musiał zastąpić? Może Pan Bóg nie poprzestanie tym razem na zwykłych rozmowach, ale zechce mnie ze sobą zabrać? Wszystko mnie boli, więc odwracam się do ściany i mówię Pluszowemu Barnabie, żeby mnie nie męczył. Znów leżę przy oknie, tym razem jednak z ciężką, ołowianą głową, obwiązaną bandażami. Jest środek zimowego popołudnia. Za oknem wysoki świerk ubiera się na biało, jakby chciał komuś niewidzialnemu służyć do mszy. Oprócz mnie nie ma na sali nikogo. Drugie łóżko jest puste. Mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj ktoś na nim pojękiwał, ale jestem po operacji i być może coś mi się zdawało. Nie mam nawet siły, żeby myśleć. Gdyby Pan Bóg chciał mnie teraz gdziekolwiek zabrać, musiałby mnie nieść przez całą drogę. Nie jestem w stanie zrobić ani kroku. Wolno zapada zmierzch.

— To ty? — Budzę się nagle, bo słyszę, że ktoś puka w okno. Jestem pewny, że to Pan Bóg i dopiero po chwili rozpoznaję wyciśniętą na szybie twarz Mrówy.
— Otwórz lufcik! — Z najwyższym trudem przesuwam haczyk i chowam się pod kołdrą. Do pokoju wpada nagle surowe, barbarzyńskie powietrze zimy, a zaraz za nim gramoli się Mrówa.
— Nie chcieli mnie wpuścić. Podobno pora odwiedzin minęła. Przyniosłem ci pomarańczę. — Mrówa zamyka okienko i kładzie na stoliku prawdziwy, kolorowy owoc.
— Skąd ją masz? Ukradłeś?
— Kupiłem. Sprzedałem pięć butelek, które znalazłem pod mostem, a potem kupiłem. Stałem w kolejce od południa. — Mrówa wypina się dumnie i widać, że nie kłamie. Pomarańcza świeci jasnym, pastelowym światłem, od razu napełnia salę zapachem Afryki, Azji i Mezopotamii. Powoli przestaje mnie boleć głowa, więc rozmawiam z Mrówą o wszystkim. Podobno w Końskim Jarze jest ukryty skarb. Z całą pewnością natomiast na wysypisku za osiedlem można znaleźć mnóstwo całkiem dobrych rzeczy — na przykład prawie dobry rower albo części do maszyn. Zapalamy się razem z Mrówą do wiosennych poszukiwań, snujemy ożywione plany, ale nagle widzę, że wkracza między nas jakiś rodzaj melancholii — jakiś cień, jakaś wilgoć i markotność.

— Bo widzisz… — Mrówa nagle zacina się w sobie i potrzebuję nie lada wysiłku, żeby coś z niego wycisnąć. — Słyszałem, że możesz już niedługo umrzeć…
— Ja?
—Ty. — Ostra, zimowa noc coraz bardziej czerni się za oknem, huczy, uderza o szyby. Pielęgniarki w białych fartuchach suną po korytarzach tak cicho, jakby były duchami z kreskówki. Biały parawan przypomina czteromasztowy żaglowiec Odyseusza na Morzu Egejskim. Pogoda robi się bezwietrzna i czuję, że powinienem coś powiedzieć.

— Nie wierz w to — mówię do Mrówy. — Nigdy nie umrę. Mogę ci to obiecać. Obiecuję ci, że nie umrę. Przyrzekam ci, że ty też nie umrzesz. Przysięgam ci, że obaj mamy przed sobą przyszłość…

Szopka Pana Boga
Wojciech Kudyba

urodzony 18 września 1965 r. w Tomaszowie Lubelskim – polski poeta, krytyk, historyk literatury, norwidolog, doktor nauk humanistycznych KUL. Żonaty, mieszka w Nowym Sączu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze