Najtrudniejsza decyzja

Najtrudniejsza decyzja

Następuje sytuacja komiczna: kapitan – władza ludowa, przy ołtarzu, otwiera małą służbową książeczkę, a ja, czytając głośno, aby młodzi dobrze zapamiętali, kto naruszył prawo i sacrum, zapisuję i równocześnie niemal krzyczę…

Ranek 23 listopada 1961 roku nie różnił się niczym od innych poranków w dominikańskim duszpasterstwie przy ulicy Libelta. Żadne znaki na ziemi i niebie nie alarmowały, że wieczorem rozegra się czarny PRL–owski scenariusz. O tej porze w kaplicy, jak obwieszczały kolorowe duże afisze w kruchcie kościelnej, dla poznańskich studentów miała być wygłoszona jedna z cotygodniowych konferencji na temat: „Katolik wieku atomowego”. Na konferencje zapraszano prelegentów fascynujących, inspirujących, unikając mówców z zakonu kaznodziejskiego. Nasz ówczesny gość przeżywał wiele kłopotów zarówno z władzami kościelnymi, jak i komunistycznymi. Nieprzeciętny kapłan znany był z niekonwencjonalnych pomysłów, między innymi zainspirował powstanie pierwszej w Polsce grupy beatowej. Zespół prowadzony przez Katarzynę Gärtner grywał w Polsce, szokując niepozbawioną głębi mszą beatową. Ksiądz Lech wywoływał napięcia swoim dynamizmem nie tylko w macierzystej diecezji, ale z powodu zaangażowania patriotyczno–niepodległościowym poważnie zaniepokoił organy bezpieczeństwa. Skuteczne oddziaływanie duchowe na młodzież połączone z ojczyźnianym (w najlepszym tego słowa znaczeniu) spowodowało, że za ks. Kantorskim ciągnął się dyskretny ogon ubowskich tropicieli.

Konferencje zapowiadane na wszystkich niedzielnych mszach świętych i na różne inne sposoby odbywały się w kaplicy akademickiej. Usytuowana na pierwszym piętrze naszej bazyliki była z nią połączona bezpośrednim przejściem z prawej nawy. Wnętrze kaplicy uderzało wymowną surowością. Przed laty studenci oczyścili starą graciarnię z masy rupieci, pozostawiając całość w nieotynkowanej cegle. Trud pracy fizycznej przy adaptacji niezwykle związał młodych z tym miejscem. Sporo wysiłku kosztowało postawienie na środku kaplicy masywnej bryły ołtarza z jasnego piaskowca. Poza nim nie było żadnych ozdób. Jedynie własnoręcznie wykonany przez studentów potężny krucyfiks zwisający nad ofiarnym stołem. Światło wpadało do wnętrza przez okrągły amatorski witraż, załamując się na ołtarzu barwnym refleksem. W takim ubogim wystroju skoncentrowanym na ołtarzu niezwykle chętnie gromadziła się od lat brać akademicka codziennie o siódmej rano na łamaniu Chleba i cotygodniowych konferencjach.

Frapujący temat i intrygujący prelegent ściągnęły w listopadowy wieczór pokaźną gromadę młodych. Niewielką kaplicę zapełnili studenci, zajmując krzesła częściowo wykonane z żelaza (szczegół ten okaże się niezwykle ważny). Całość pogrążona w półmroku. Zapalone na ołtarzu świece skupiały uwagę. Krótka modlitwa tę nieco teatralną scenerię zmieniła w przestrzeń sakralną. W ciszy i skupieniu chłonięto słowa płynące od ołtarza. Siedząc obok mówcy, dostrzegłem nagle zaskakujące zabarwienie na schodach prowadzących do kaplicy. Zaniebieściło się od mundurów milicyjnych. Na podium ołtarzowe wdarł się mały korpulentny oficer Milicji Obywatelskiej. Zupełnie zaskoczony — tak jak i moi studenci — po prostu zgłupiałem. Najpierw pomyślałem, że to zjawa — może przebrany aktorzyna z kiepskiego teatru? Spodziewałbym się w tym miejscu raczej wybuchu bomby atomowej niż zjawienia się monstrum milicyjnego, i to w dodatku służbowo, w czapie, którą przytrzymywał zapięty pod brodą pasek. Za nim ławą wtłoczyła się masa dryblasów w niebiesko–szarym odcieniu. Zjawa przy ołtarzu regulaminowo zasalutowała. Komu? Chrystusowi nad ołtarzem, czy nam, oniemiałym? Padły ostre słowa: „Przerywam nielegalne zebranie i polecam uczestnikom natychmiastowe opuszczenie sali”. Oszołomiony, intelektualnie zdrętwiały, powoli odzyskiwałem świadomość. Nim zareagowałem, uczyniła to młodzież, z ponad osiemdziesięciu gardeł wydobył się spontaniczny krzyk, a właściwie ryk: „Zdejm czapkę — bo zdejmiemy ci głowę!”. Władza dotychczas pewna swej przewagi, teraz się przestraszyła. Oficer pokornie położył nakrycie głowy z orłem bez korony na ołtarzu. Studenci błyskawicznie ripostowali: „Zdejm czapkę z ołtarza!”. Bezbłędne, intuicyjne wyczucie znieważonego sacrum. I ponownie, władza (jak się okazało po błyszczących gwiazdkach — kapitan) posłusznie ulega zdecydowanym na wszystko studentom. Czapa zostaje usunięta — pierwsze zwycięstwo sterroryzowanych. Dopiero teraz, jak to najczęściej bywa, w ślad za silnym ludem Bożym do akcji przystępuje kler. Rzucam krótkie pytanie w stronę umundurowanej przemocy: „Jakim prawem?”. Rozpoczyna się groteskowy dialog: „Bo to jest zebranie nielegalne!”. „Jak to! przecież w niedzielę — w kościele i na afiszach była jawna zapowiedź religijnej konferencji — skąd nielegalność?”. Teraz kapitana zatkało. Z pomocą podążył jakiś cywil. Przedstawił się: „Jestem prokuratorem i wyjaśniam, że chodzi o paragraf prawa o zgromadzeniach nielegalnych, który tutaj został przekroczony”. Przedziwnym zrządzeniem opatrzności studiowałem między innymi i prawo i zapamiętałem, że przedwojenna, nieanulowana w PRL–u ustawa o zgromadzeniach bodajże w paragrafie oznaczonym literą „c” wyłączała z obowiązku uprzedniego zgłaszania u władz powiatowych wszelkich zgromadzeń właśnie Kościół rzymskokatolicki. Prokurator na takie dictum nie znalazł rzeczowej odpowiedzi. Zdenerwowany machnął ręką, chciał uciąć za trudny dialog: „Wy jednak musicie się rozejść”. Na to odrzekłem: „Jeżeli ustąpimy, to nie przed prawem, ale przed przemocą”.

Musiałem podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu, bardziej dramatyczną niż wybór powołania. Przed laty po wyczerpujących wątpliwościach zdecydowałem się na radykalizm pójścia za Chrystusem. Wówczas chodziło o życie moje i najbliższych. Dramat wyboru w kaplicy polegał na tym, że w grę wchodziło ryzyko zagrożenia zdrowia, a nawet może i życia kilkudziesięciu moich przyjaciół studentów. Widziałem przecież wzburzenie, wściekłość młodych. Ręce studentów chwytały ciężkie uchwyty krzeseł. Jedno moje wezwanie mogło spowodować walkę, a nawet krwawą rozprawę. Błyskawicznie rozważałem miejsce ewentualnego zwarcia: święte sacrum. Ponadto przewaga kilkudziesięciu brutalnych zbirów, uzbrojonych nie w krzesła, ale w śmiercionośną broń. Mundurowi, znani już z podobnych „wyczynów”, byli gotowi na wszystko. Czy wolno dopuścić do bratobójczej walki przy ołtarzu Chrystusowym? Głębokie westchnienie do Ducha Świętego i decyzja. Postanowiłem jednak rozegrać narzucone rozejście z podniesionym czołem (śpiewaliśmy w DA tyle razy „na dnie lec, ale z honorem”). Zwróciłem się do kapitana i prokuratora: „Mam poważne wątpliwości, czy do kaplicy na spotkanie religijne nie wtargnęła banda opryszków przebranych w mundury milicyjne. To się nie mieści w głowie — nielegalny napad organów ponoć stojących na straży praworządności? Zanim się rozejdziemy, proszę o wylegitymowanie się”. Następuje sytuacja komiczna: kapitan — władza ludowa, przy ołtarzu, otwiera małą służbową książeczkę, a ja, czytając głośno, aby młodzi dobrze zapamiętali, kto naruszył prawo i sacrum, zapisuję i równocześnie niemal krzyczę: kapitan MO Wróbel (nomen omen…), taki a taki numer służbowy itd. Legitymowany przez kler oficer milicji rzuca, tłumiąc wściekłość: „A po co to księdzu — dlaczego ksiądz zapisuje moje dane służbowe?”. „Dowie się pan kapitan niedługo — może nawet w sejmie PRL”. Na końcu jeszcze raz stwierdzenie: „Ustępujemy nie wobec prawa — ale przed przemocą, gwałtem”. Niepewni najbliższej przyszłości modlimy się bardziej gorąco i znacznie dłużej niż na początku. Pamięć nie dopisuje — tyle lat już minęło, ale raczej na pewno było to wyrażenie całkowitego zaufania — słowami „Pod Twoją obronę”.

Schodzimy gromadnie po schodach w dół, do kościoła. Przy ścianie milicjanci czujnie obserwują — w każdej chwili gotowi do uderzenia. W kościele zupełnie pustym, waleczni obrońcy reżimu czują się swobodniej, co chwila wyrywają kogoś z tłumu. Natychmiastowa interwencja kapłanów na chwilę skutkuje. Poza obrębem świątyni wychodzący na ulicę są szarpani, bici. Wielu skopanych wrzucają do samochodów na nocne przesłuchanie — do komendy wojewódzkiej MO na złej sławy ul. Kochanowskiego.

Po zamknięciu kościelnych bram za ostatnimi studentami prokurator z ironicznym uśmieszkiem zwraca się do kapłanów: „a teraz inaczej sobie porozmawiamy”. Pogróżka oznacza całonocną rewizję duszpasterstwa. Dowiezione z komendy posiłki „smutnych panów” rewidują precyzyjnie pomieszczenie, w którym znajduje się sekretariat. Opukiwane są nawet ściany. Przesypują lekarstwa w polowej apteczce. Kilku oficerów w cywilu przetrząsa bibliotekę. Książki są dokładnie wertowane w poszukiwaniu nielegalnej „bibuły”. Pochłania to masę czasu, ale oni mają go mnóstwo. Nocne godziny gorliwej służby są liczone podwójnie. Zastanawia sprowadzenie aż dwóch fotografów. Robią zdjęcia środka pokoju z góry, z dołu, z boku. Nad biurkiem wisi na sznurku mój wojskowy but. Na obozie kajakowym (papieska trasa na Drawie) po wywrotce został wyłowiony przez uczestników spływu. Potężne bucisko nr 45 po wakacjach zawisło w sekretariacie — wspomnienie mokrej przygody. Jakiś dowcipniś przyczepił złośliwy wierszyk. Poprzez ten właśnie but fotografowana jest z zastanawiającą premedytacją ściana. Na niej Hania plastyczka wyrysowała ogromny krzyż osłaniany przez wiele rąk, bolesne wspomnienie niedawnych walk milicji z robotnikami Nowej Huty broniącymi krzyża. Po co takie zdjęcia? Zagadka wyjaśnia się znacznie później, w czasie sesji sejmu.

O brzasku jeden z naszych ojców, zadziorny góral wezwany jako świadek rewizji, rzucił ekipie dochodzeniowej prowokujące pytanie: „Panowie, po co ta całonocna szopka, przecież nic nie znaleźliście?”. Jeden z rewidujących odpowiedział: „Po to, aby rano na mszy w kaplicy duszpasterskiej już żaden student nie zjawił się”.

O ubecka naiwności! „Siódemka” była rekordowo zatłoczona. Nigdy tylu młodych nie zerwało się tak wcześnie na łamanie Chleba. Część z nich oczywiście z ciekawości, ale większość została pobudzona, zdopingowana brutalnością wieczornej napaści. Polacy zawsze działają na przekór — gdy ich chcą zmiażdżyć, rzucić na kolana, oni zawsze powstają.

Co dalej się działo? Przeszukiwanie miało wytworzyć wokół klasztoru atmosferę przestępstwa, a może nawet zbrodni. Diabelsko przebiegała PRL–owska propaganda — przez tajnych informatorów puszczono na cały Poznań plugawą pogłoskę: „u dominikanów w czasie nocnej rewizji odkryto tajną radiostację nadającą audycje proniemieckie”. Perfidna plotka wykorzystywała patriotyczną postawę Wielkopolan, żyjących wspomnieniami zaborczej hakaty i zagrożeniem potencjalnego agresora zza Odry. Jednak realnie myślący poznaniak nie dał się nabrać, propagandowy chwyt pogłębiał obrzydzenie do reżimu posługującego się tak podłymi metodami.

Z drugiej strony komórka CIA w sąsiadującym z dominikanami konsulacie amerykańskim puściła w świat wieść o wtargnięciu politycznej policji. Śmialiśmy się, słuchając już w południe relacji zza oceanu. W pogoni za sensacją podano nieco zmodyfikowany temat konferencji „Katolik a bomba atomowa”! Potem zrobiło się jednak poważnie. Do komendy na Kochanowskiego zaczęto wzywać na przesłuchania. Studenci byli systematycznie gnębieni pytaniami o duszpasterza akademickiego. Posługiwano się metodą zastosowaną po kilkunastu latach w Krakowie, w czasie śledztwa po „nielegalnych” obozach rekolekcjach DA, tzw. „Beczki”. Przesłuchujący zawsze i wszędzie byli doskonale poinformowani o prowadzącym duszpasterstwo. Znali nie tylko szczegóły życiorysu, ale nawet orientowali się w rozmiarach jego obuwia. Uparcie jednak dopytywali się w Poznaniu i później w Krakowie: „Jak się nazywa ten łysy Ojciec?”. O co chodziło w tej przebiegłej grze? Po prostu aparat milicyjno–ubowski (podobnie jak zbrodniczy niemiecki czy sowiecki) usiłował kurczowo trzymać się faryzejskiej litery prawa. Mordowano, dręczono nieludzko, jednak zawsze starając się obłudnie zachować pozory legalizmu. W toku śledztwa, dysponując drobiazgowym rozpracowaniem „podejrzanego”, próbowano doprowadzić zastraszonych, sterroryzowanych przesłuchiwanych do tego, aby jako „świadkowie” podali konkretne dane personalne „podejrzanego”. Na podstawie protokołu podpisywanego przez zeznającego stawał się on imiennie oskarżony i mógł być skazany nawet na długoletnie więzienie.

Moi młodzi przyjaciele z kpiarskim uśmiechem odpowiadali: „Tak, ten łysy, nawet jak sami panowie twierdzą, przynosił kawę, chleb na agapę, ale jak się nazywa, nie mam pojęcia”. Inni mówili stanowczo, że to ich nic nie obchodzi: „Grunt, że na Libelta jest fajnie”.

Później przybiegali do duszpasterstwa radośni jak po zrobieniu dobrego kawału. Opowiadali z detalami, jak wyprowadzali w pole śledczych. Niektórzy byli zmuszani do podpisywania oświadczenia zobowiązującego do zachowania całkowitego milczenia o przebiegu śledztwa. Nie zawsze śledztwo miało charakter rozmowy. Władza wobec „jawnej bezczelności” studentów sięgała do bolesnych środków „bezpośredniego przymusu”. Z komendy wychodzili ludzie bestialsko pobici, skopani, pokrwawieni.

„Smutni panowie” po pamiętnej rewizji wywieźli do komendy jako materiał dowodowy „przestępstwa” całe sterty „nielegalnych” nut i pieśni religijnych odbitych systemem powielaczowym. Wzywano na przesłuchania również naszych ojców dominikanów.

Rozpoczęła się syzyfowa praca. Zespół policyjny w ponurym nastroju grzebał wśród tysięcy „wrogich ulotek”, a sekretarki wystukiwały na maszynach tytuły i liczbę poszczególnych pieśni kościelnych. Momenty komiczne zdarzały się często, np. gdy zasłużony, spocony grubas — major MO — wołał bezradnie: „Pani Józiu, ile mamy tego Serca Bożego?”, a z drugiego kąta wtórował mu głos innego zagubionego w papierzyskach: „Gdzie jest do cholery reszta »Z tej biednej ziemi«?”. I tak godzinami pracowali często bezradni funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego. Wszystko w poznańskiej instytucji dławienia wolności, bezczelnego bezprawia musiało być „zaś ale w porzondku”. Należało zgodnie z prawem wszystko policzyć, skatalogować. Moi współbracia, znudzeni, przyglądając się wielogodzinnemu trudowi, zaproponowali współpracę. Nie jako tajni „współpracownicy” czy „informatorzy”, lecz do pomocy w kompletowaniu pieśni, aby skrócić czas rozwlekłego śledztwa. Tak to wyjątkowo duchowieństwo harmonijnie i skutecznie, jak stado baranków z groźnymi wilkami, współpracowało z organami bezpieczeństwa.

Aby było jeszcze śmieszniej, trzeba przypomnieć, że po nocnym przeszukiwaniu tajniacy wraz z mundurowymi ze złośliwą satysfakcją jako kolejny akt represji zapieczętowali stary fortepian. Poczciwy gruchot, który przedtem podtrzymywał w naszej świetlicy radosny nastrój w zabawach i tańcach, a w dniach uroczystego opłatka przewodził kolędowaniu, teraz stał skrępowany sznurami przemocy.

Wobec uporczywej odmowy współpracy ze strony studentów w preparowaniu obciążających materiałów, główny „podejrzany” — duszpasterz nie mógł być urzędowo wezwany na przesłuchanie. Grę w kotka i myszkę wreszcie zakończyła prokuratura wojewódzka. Organ nadrzędny wezwał dominikanina, chwilowo jeszcze jako „świadka”, na ul. Młyńską. Przy tej ulicy, jak dobrze wiadomo poznaniakom, za gmaszyskami sądowymi znajduje się więzienie. W związku z „nielegalnymi drukami”, czyli pobożnymi pieśniami — groził mi roczny przymusowy pobyt na ulicy Młyńskiej. Usiadłem przy potężnym biurku pana prokuratora. Uprzejmie powitawszy przybysza, przedstawił się on jako Stemerowicz. W kurtuazyjnej atmosferze, za szczelnie zakratowanym oknem w tle, po podaniu danych personalnych pracowicie wystukanych na maszynie przez sekretarkę, nastąpiło jedno decydujące o moim losie pytanie. Pan Stemerowicz uprzejmie zapytał, „kiedy były drukowane tysiące nielegalnych ulotek, pieśni?”. Zacząłem się lekko pocić, od odpowiedzi zależała ewentualna sankcja roku pozbawienia wolności. Zapadła cisza — maszyna przestała stukać, sekretarka nerwowo wierciła się na krzesełku, prokurator spokojnie oglądał paznokcie, a ja znowu musiałem podjąć decyzję. W bałaganie i chaosie prawnym PRL, podobnie zresztą jak i obecnie, obowiązywały skomplikowane, niekiedy nawet sprzeczne ustawy. Jedna z nich precyzowała termin, w którym druki kościelne uważane były za legalne, dozwolone. Inna ustalała datę, od której druki stawały się nielegalne. Pieśni powielali moi poprzednicy, nawet nie wiedziałem dokładnie, kiedy. Jaką datę druku podać? Chwila namysłu, modlitwy trwała podejrzanie za długo. Milczenie przerwał sympatycznie brzmiący głos prokuratora. Przedstawiciel władzy próbuje podpowiedzieć: „Może druk był dokonany w roku…?” (tu wymienił jakąś datę). Zawahałem się — podpowiada sprzymierzeniec czy zwodziciel, który wroga partii i narodu chce wsadzić do pudła? Kocham ryzyko, dlatego va banque zdecydowałem: „Tak, panie prokuratorze, to była właśnie ta data”. Po podpisaniu protokołu odszedłem wolny jak ptak (później dobrze poinformowane źródła zasygnalizowały, że pan prokurator „konspiracyjnie” posyła swoje dziatki na katechezę do kościoła św. Jana Kantego!).

Epilog wtargnięcia miał miejsce w sali komunistycznego sejmu PRL. W czerwonym sosie poselskim tkwiła garstka posłów o przekonaniach autentycznie katolickich. Podczas któregoś z posiedzeń sejmu interpelację w sprawie „wypadków dominikańskich” zgłosił do ministra spraw wewnętrznych pana Wichy poseł Konstanty Łubieński. Minister odpowiednio poinformowany przez meldunek komendy poznańskiej wyciągnął z teczki szereg fotografii i zapytał wobec pełnej sali sejmowej: „Panie pośle, a co to za kaplica? jakie sacrum z butem na tle krzyża?”. Poseł, chociaż nie w ciemię bity, chyba był zaszokowany. Poprosił o odroczenie wyjaśnienia do czasu wizji lokalnej, którą chciałby przeprowadzić na miejscu „wypadków” w Poznaniu.

Pan poseł Łubieński w towarzystwie kolegi przyjechał do nas i ze zdziwieniem, ku uciesze braci studenckiej, oglądali but od wakacji niezmiennie wiszący nie w kaplicy, ale w klasztorze oddalonym od niej o kilkadziesiąt metrów. Na sprostowanie kłamliwej propagandy w sejmie zabrakło czasu — a może posłom dalszej inwencji. „Organa” dostały poprzez sejm ostrzeżenie. W wyniku umorzonego śledztwa i sejmowej gafy władze bezpieczeństwa zaniechały prób interwencji polegających na zbrojnym wkraczaniu na teren sakralny w PRL–u. Niezweryfikowana musi niestety pozostać hipoteza, że „wypadki dominikańskie” były testem bezpieki, który miał wskazać, czy przy uderzeniu w kaplicę będzie lęk i podłamanie, czy też nastąpi opór Kościoła. Gdyby sprawdziła się pierwsza wersja, można byłoby bezkarnie ponawiać akty bezprawia.

Wspaniali studenci, niekiedy boleśnie pobici, napór brutalnej przemocy zwycięsko przetrwali. Młodzież niekiedy zdemoralizowana, zagubiona, w sytuacji granicznej zdolna jest do heroizmu ewangelicznego.

Symboliczne więzy krepujące opieczętowany fortepian pod osłoną nocnych ciemności zostały dyskretnie zdjęte przez jakiegoś tajnego współpracownika z zewnątrz. Nękające bezowocne śledztwo UB dowiodło, że w środowisku nie było donosiciela zdrajcy. W serdecznej przyjaźni zweryfikowanej solidarnym przejściem nocy próby mogliśmy kolędować na grudniowym opłatku z dorocznym gościem abp. Antonim Baraniakiem. Domowego chowu poeci ułożyli satyryczną odę. Wskazując na bohaterski instrument, zwrócili się z młodzieńczą emfazą: „O ty, nasz stary przyjacielu, jesteś z nami znowu wolny!”.

Najtrudniejsza decyzja
Tomasz Pawłowski OP

(ur. 18 stycznia 1927 r. w Poznaniu – zm. 23 maja 2016 r. w Turzy) właśc. Zygmunt, polski dominikanin, prezbiter, legendarny duszpasterz akademicki i wykładowca. Założyciel krakowskiego DA Beczka i rzeszowskiego DA Szopka. Poszukiwacz dusz zniechęconych....