Jeden dzień z życia, Jak w niebie

Jeden dzień z życia, Jak w niebie

Thomas Merton, Dzień obcego, Wydawnictwo Homini, Kraków 2005, s. 70

Jeden dzień z życia

Reportaż z jednego dnia mnicha w opactwie trapistów to temat urokliwego eseju Thomasa Mertona Dzień obcego, który powstał w maju 1965 roku, kiedy to amerykański trapista wkroczył w nowe doświadczenie swej drogi. Przeniósł się do pustelniczego domku na terenie opactwa Gethsemani w stanie Kentucky.

Nie jest to w pełni spontaniczny dziennik trapisty, lecz tekst pisany na zamówienie. Dzięki temu przybiera kształt minitraktatu. Obok wysłuchiwania zwierzeń mnicha możemy dosłownie oglądać świat widziany jego oczyma. Istotną część Dnia obcego stanowią zdjęcia autorstwa Mertona ilustrujące jego widzenie świata wewnętrznego i zewnętrznego. Trapista troszczy się, by przemówić przez obraz. Literackim opisom towarzyszą fotografie pełne fascynacji naturą. Sfotografowane przedmioty rzucają cienie, jakby w ten sposób zapadając w pamięć autora i przekładając się na wrażenia i myśli. Uruchamiają proces kojarzenia literackich źródeł, filozoficznych impresji czy politycznych komentarzy. Prostota zdjęć odrzuca złudzenie tych, którzy za murami opactwa chcieliby zobaczyć coś nadzwyczajnego.

Wśród wizji przyjaźni z przyrodą można sięgnąć do umysłu Mertona. Reportaż obejmuje większość tematów, które budziły jego teologiczne czy literackie zainteresowanie. Esej jest miniaturą przesłania amerykańskiego trapisty. Dowiadujemy się o jego niepozbawionym ironii podejściu do życia duchowego, kiedy pisze: „Życie duchowe to coś, o co ludzie martwią się, gdy są tak zajęci czymś innym, że wydaje się im, że powinni być duchowi”. Wypomina wspólnotom duchowym, że angażują się w próby wyjaśniania wszystkiego, postępując w myśl zasady: „Im coś jaśniejsze, tym jaśniejszym trzeba je uczynić”. Jednocześnie zajmuje się myciem kubka po kawie w wiadrze z deszczówką, następnie słucha w refektarzu listu papieża potępiającego wojnę w Wietnamie.

Dzień obcego to lektura dla kogoś, kto chce odetchnąć rytmem jednego dnia niezwykłego człowieka. Właściwie nic innego w tym eseju nie ma poza kontemplacją codzienności. Miniaturka może wydać się banalna, można uznać ją za idyllę czy efekt luksusu bezczynności oderwanego od świata mnicha. Jednak w tym obcym człowieku, który filmuje skrawek życia, można też odnaleźć kogoś znajomego, może nawet część samego siebie. (ML)

Jak w niebie, reż. Kay Pollak, wyst. Michael Nyqvist, Frida Hallgren, Axelle Axell, Verena Buratti, Niklas Falk, Szwecja 2004

Jak w niebie

„Grzech nie istnieje – mówi Inger, jedna z bohaterek filmu Jak w niebie – został wymyślony przez Kościół, aby trzymać wiernych w posłuchu”. Swe słowa kieruje do męża (pastora) i są one wyrazem sprzeciwu wobec religii jako instytucji. Zarówno jednak pastor, jak i jego żona (postaci ważne, ale drugoplanowe), poddane zostaną w filmie zbawiennemu wpływowi: a) muzyki (wersja świecka), b) miłości chrześcijańskiej (wersja religijna) – obydwie wersje uprawnione. Określenie „zbawienny wpływ” pasuje zresztą do tego filmu jak ulał, gdyż obraz Kaya Pollaka przywołuje po raz kolejny w kinie figurę Chrystusa, figurę „osoby (…) podobnej do Chrystusa w sposób znaczący i istotny” (P. Malone). Tym razem jest nią światowej sławy dyrygent Daniel Dareus (Michael Nyqvist), który po wielu latach, schorowany i wyczerpany intensywnym uprawianiem zawodu, wraca do swojej rodzinnej wioski, by zostać szefem parafialnego chóru. Zamiast jednak narzucać jego członkom swoje rozumienie muzyki, każe im szukać jej w sobie, odnaleźć najgłębszy ton i uwolnić go. Wraz z muzyką światło dzienne ujrzą skrywane kompleksy, pragnienia, rany: tłumiona rygoryzmem moralnym seksualność (żona pastora), bunt wobec przemocy (Gabriella systematycznie bita przez męża), miłosny zawód (Lena, rzucona przez lekarza, który okazał się żonaty), zazdrość czy bezmyślna złośliwość. Daniel zostaje więc psychoterapeutą osób, którym – jak im samym się zdaje – jest ze sobą dobrze, ale to jedynie przyzwyczajenie, żadna przyjaźń czy miłość. Chcąc nie chcąc, funduje im kolejne sesje sztukoterapii – i niemal wszyscy, łącznie z nim samym wychodzą na tym dobrze. Punktem wyjścia jest tu otwarcie na drugiego („przyjechałem słuchać!”); potem Daniel jest szafarzem miłości („kocham tych ludzi”, mówi do swojego dawnego menedżera), odkupicielem tej przysypanej skandynawskim śniegiem społeczności. I gdy widz orientuje się, jak silny jest religijny plan filmu, zaczyna dostrzegać nie tylko fabułę, ale i moralitetowy charakter obrazu. To kolejny w ostatnich latach apel skandynawskich filmowców (Przełmując fale, Człowiek bez przeszłości) o ewangeliczną w swym kształcie miłość, która bierze górę nad surową, ale pełną hipokryzji protestancką (choć równie dobrze można by powiedzieć „katolicką”) moralną kazuistyką. (KorK)