Przestrzeń rany

Przestrzeń rany

Cała zima bez ognia, reż. Greg Zgliński, wyst. Gabriela Muskała, Aurelien Recoing, Marie Matheron, Szwajcaria 2004

Cała zima bez ognia to film o rodzicach, którzy stracili dziecko. Nieśmiała próba opowiadania o dramacie. Wypadek, splot okoliczności, moment nieuwagi. Film o skandalu Bożej Miłości, bo temat w sposób uzasadniony budzi sprzeciw i dręczy pytaniem bez odpowiedzi, dlaczego tak jest, że dzieci umierają? Nie chodzi o rozważanie przyczyn katastrofy czy retrospekcje życia szczęśliwego. To jest smutna historia niekończącego się jutra, tego jak wygląda dzień po, opowiedziana tak, byśmy weszli w głuchy ból rozpaczy, spróbowali wczuć się w tę sytuację. Jakie będzie owo jutro, czy będzie w ogóle, bo odejście dziecka jest tak totalne, że wszystko, co było dotychczas w życiu pewne, podaje w wątpliwość.

Pustka

Jean i Laura to bohaterowie tak bardzo zwyczajni, że przez to bliscy każdemu. Prowadzą farmę gdzieś za miastem i utrzymują się ze sprzedaży mleka. Poznajemy ich, gdy minęło pół roku od tamtego wydarzenia. Pierwsze kadry pokazują codzienność. Jean znów jeździ do wyrębu drzew, dogląda gospodarstwa. Prawie ze sobą nie rozmawiają. Pod spodem emocjonalne wypalanie i ciche odliczanie dni od tragedii. Dziś 188, jutro 189, pojutrze 190, i tak w nieskończoność. Ascetyczne kadry mają pomóc w podkreśleniu zagubienia w codzienności, naznaczonej raz na zawsze nieobecnością dziecka. To poczucie okrutnej cezury — do i od wypadku. Prawda malująca się na smutnych, zgaszonych twarzach jest przerażająco okrutna: nic już nie będzie takie jak dawniej.

Nie wiemy, tak jak bohaterowie filmu, jak radzić sobie z tym, że cząstka każdego z nich została bezpowrotnie utracona. Jak na nowo szukać sensu, podjąć trud zwykłego życia, bo odejście ich córki, jedynego dziecka, zostawiło boleśnie puste miejsce. Chciałoby się oszukać siebie, łagodzić cierpienie, żyć tak, jakby dziecko wciąż było w domu. Laura w pokoju córki improwizuje pod nieobecność męża dziecięce zabawy. Jean próbuje sprzedać dom, wyjechać gdzieś, gdzie można by zacząć od nowa, bez balastu przeszłości. Bezskutecznie, bo to jest tragedia, której nie można zapracować ani poddać psychologicznej terapii. Gdy postanawiają, że Laura powinna szukać pomocy w szpitalu, okazuje się, że wiedza terapeutyczna zawodzi. — Marie umarła — tyle ma jej do powiedzenia lekarz, co brzmi pusto i głucho. Śmierć można tylko wypłakać.

Ból

Śmierć tworzy w życiu wyrwę, w której heroicznie poszukuje się pocieszenia. Film pokazuje, że każde z małżonków czyni to osobno. Być może tak musi być, bo odejście dziecka to doświadczenie tak intymne, iż można je przeżyć tylko w odosobnieniu. Dramat emocjonalnego rozejścia małżonków objawia się w ten sposób, że nagle fizyczna bliskość napawa ich wstrętem. Ciąży to, co powinno przynosić ukojenie. Jean i Laura szukają na zewnątrz kogoś, kto by współcierpiał i zaoferował konkretne wsparcie. Siostra Laury tego nie rozumie, rozmija się z jej uczuciami. Szuka winnych, a nie delikatności. Jean przelewa swoje emocje na młodą Albankę z Kosowa, mimo dwuznaczności tej relacji. Szuka wsparcia, desperacko, za wszelką cenę, u dziewczyny, która wciąż żyje stratą męża.

Ból poraża, czyni człowieka skarlałym w sobie. W filmie są dwie drogi jego przeżywania, zamknięte w dwóch kluczowych scenach filmu. W jednej przerażony Jean podgląda swoją żonę w trakcie terapii w szpitalu psychiatrycznym. Obserwuje ją w pustym pokoju, słyszy jej histeryczny krzyk i widzi ciało w konwulsjach. Bezradny ucieka na zabawę albańskich przyjaciół, jakby nie przyjmując do wiadomości, że to jego żona. W drugiej scenie Laura widzi przez sklepową szybę Jeana z młodą Albanką, zajętych wybieraniem świątecznych prezentów. Twarz skrzywiona przez szybę niezwykle powściągliwa, z wyrazem zaniepokojenia, ale i świadomości dramatu ich wspólnego losu.

Wiara

Jean i Laura wierzą, czują, że istnieje coś więcej niż tylko doczesne życie. Obserwujemy samotne wizyty Jeana na cmentarzu, prosty drewniany krzyż, kwiaty wkładane w śnieg. Niemniej w zderzeniu z taką tragedią wiara, nawet ta najmocniejsza, najbardziej ugruntowana, staje zawsze w obliczu paradoksu i dramatycznych pytań ostatecznych wobec Boga. Choć wierzy się, że ziemska egzystencja to nie koniec, to ból nie jest przez to mniejszy. Nie ma prostego pomostu od rozpaczy do nadziei. Jest raczej tak, jakby się jechało przez mgłę — ten obraz często powraca w filmie — na oślep, po omacku. Krzyż, który czasem widzimy na poboczu drogi, nie przynosi ukojenia. Ostrze bólu zderza się z wyuczoną prawdą o miłości — że wszystko znosi, wszystko przetrzyma, we wszystkim pokłada nadzieję. Ile to jest „wszystko”? Gdzie kończy się „wszystko”? Czy sens rodzicielskiego dramatu to przylgnąć do krzyża, nawet za cenę niezrozumienia? Jean, sprzątając pokój córki, chowając zabawki i rzeczy, zatrzyma się przed zdjęciem krzyża. Może to znak, że daje szansę Temu, który sam rani i sam leczy. Może tli się w nim nadzieja? Nie wiem. W tym pokoju bohaterowie spotkają się w finale filmu, przełamując punkt krytyczny rozpaczy. Wracają tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tu historia się urywa, ale świadomi jesteśmy, że to dopiero początek drogi, mozolnego odgruzowywania życia, wychodzenia z zimy.

Nadzieja

Film zamyka widok zwiastujących wiosnę pierwszych promieni słońca. Choć mamy poczucie nowego życia, to powiedzenie, że czas leczy rany, nie do końca jest prawdziwe. „Czas przemienia, zabliźnia, ale ból pozostaje, tylko my z czasem krok po kroku uczymy się żyć na nowo, odżywamy, odczuwamy nasz ból i patrzymy nań z innej perspektywy. Natura jednak pozostanie na zawsze nieuleczalnie zraniona” — to cytat z niezwykłej książki Magdaleny Krzeptowskiej Moja droga od rozpaczy do nadziei, przejmującej świadectwa szukania sensu w życiu po tragicznym odejściu dwójki jej dzieci. Może jest tak, że trzeba się spieszyć, by kochać ludzi, bo potem tylko „cisza normalna, całkiem nieznośna”, która odsłania nam prawdziwy brak osoby bliskiej, jakby nieznanej do końca za życia. Jeżeli tak, to wiara w siłę miłości ratuje bohaterów filmu odkrywających w rozpaczy na nowo to, co łączy i scala wewnętrznie. Paradoksalnie, cierpienie prowadzi do miłości. Ból rani i oddziela, mimo to trwa wciąż to, co wspólne. Zrozpaczeni bohaterowie oddalają się od siebie, ale to nie przekreśla ich dotychczasowych więzi. Wygrywa ten, kto kocha, nawet gdy cierpi, traci, doświadcza trudów czy ociera się o pustkę.

Przestrzeń rany
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...