Patrzyłeś Bożymi oczami

Patrzyłeś Bożymi oczami

Kiedy skupiamy naszą uwagę na Bogu, prawdziwej Głębi, odnajdujemy wszystko, czego nam trzeba. Odnajdujemy swoje prawdziwe „ja” w całym jego pięknie. Wiemy, że istnieje tylko jedna Głębia, zanurzamy się w tej Głębi i żyjemy tą Głębią. Stanowiąc jedno z Chrystusem, stajemy się człowiekiem kosmicznym 1.

Drogi Ojcze,

piszę do Ciebie, a nie o Tobie. Przygnębiony wiadomością o tym, że od kilkunastu dni nie ma Cię już na świecie, uświadomiłem sobie, że jesteś dla mnie kimś bliskim. To trochę dziwne, przecież jesteś autorem kilku książek poświęconych życiu duchowemu, które miałem wyjątkowe szczęście przeczytać. Zastanawiam się, skąd się bierze to poczucie więzi, bliskości, poczucie, że jesteś obecny w moim życiu, choć nie wiedziałeś nigdy o moim istnieniu. Zdaje mi się, że wiem, dlaczego tak jest. Ojciec Laurence Freeman OSB, inny wielki mistrz życia duchowego, powiedział, że doświadczenie prawdziwego „ja” jest czymś, co dzielimy ze wszystkimi. To nie jest „moje” prawdziwe „ja”, ale „nasze” prawdziwe „ja” — to żyjący w nas Chrystus.

O tym właśnie pisałeś — o tym, kim jesteśmy, czym jest nasze prawdziwe „ja” i jak niesłychanie ważne jest poszukiwanie tej ukrytej w Bogu tożsamości. Stąd więc to poczucie bliskości i obecności — płynie ono z tego „miejsca”, gdzie wszyscy dzielimy ze sobą jedno Życie. Chociaż Ty żyłeś tym Życiem całkowicie, a ja dopiero próbuję Go w sobie poszukiwać, czytając Twoje książki, miałem wrażenie, że rozmawiam z przyjacielem.

Pamiętam dobrze, jak pewnego mroźnego, grudniowego popołudnia, półtora roku temu, wszedłem do księgarni poprzeglądać książki. Sam nie wiem dlaczego, wziąłem do ręki Modlitwę prowadzącą do środka, jakiegoś Basila Penningtona, zacząłem przeglądać i nawet się nie spostrzegłem, kiedy ją kupiłem. Kiedy wróciłem do domu i zagłębiłem się w lekturze, zrozumiałem, dlaczego tak się stało. Była to książka specjalnie dla mnie — w tamtym momencie, w tamtych okolicznościach — prezent gwiazdkowy od Boga, który jak zwykle trafił w sedno.

Czytałem Twoją książkę w ważnym dla siebie momencie. Stawiałem pierwsze kroki na duchowej drodze, od ponad roku ćwiczyłem hatha jogę, poznałem hinduistyczną medytację z mantrą, potem zacząłem praktykować zen. Jednocześnie czułem, jak coś przyciąga mnie bez pośpiechu, ale niestrudzenie, ku tradycji chrześcijańskiej, w której zostałem wychowany i z którą na kilka lat zupełnie zerwałem. Zastanawiałem się nad sprawą nurtującą obecnie wielu ludzi — jak pogodzić doświadczenie medytacji, które zmieniło moje życie, z duchowością chrześcijańską.

Czytałem z radością, ponieważ pisałeś o powszechnej obecnie „podróży na Wschód” i o tym, jakie to naturalne, że ludzie Zachodu poszukują doświadczenia kontemplacji w tradycjach wschodnich. Pisałeś o tym, że chrześcijańska tradycja kontemplacyjna, o której zapomnieliśmy, w niczym nie ustępuje innym duchowym ścieżkom. Tak oto zetknąłem się z centering prayer — modlitwą głębi, czyli wskrzeszoną w latach 70. starochrześcijańską metodą medytacji.

Ująłeś mnie wówczas Twoim głębokim szacunkiem dla innych tradycji i zrozumieniem dla „podróży na Wschód”, ponieważ poczułem, że jestem akceptowany i że nie muszę się czuć wykluczony dlatego, że jestem wegetarianinem, ćwiczę jogę, zen i czytam Krishnamurtiego. Twoja akceptacja i zrozumienie były tym, czego mi brakowało tu u nas, w Polsce, gdzie na duchowość Wschodu wciąż spogląda się nieufnie czy wręcz wrogo. Jednocześnie zapraszałeś delikatnie i z miłością do tradycji katolickiej, pokazując, jak można wyrazić doświadczenie duchowe w języku chrześcijańskim.

Teraz widzę, że byłeś tak bardzo otwarty na ludzi o innych poglądach, innej wierze, na duchowość Wschodu i rozmaitość dróg, na których poszukuje się Prawdy, ponieważ byłeś tak mocno zakorzeniony w chrześcijaństwie. Twoja wiara była tak głęboka, że nie obawiałeś się kontaktu z innymi tradycjami duchowymi. Była tak dojrzała, że nie chciałeś nikogo przekonywać, namawiać czy nawracać — po prostu dzieliłeś się cudem miłości Chrystusa w taki sposób, że nie miałem wątpliwości, że miłość ta była Twoim prawdziwym doświadczeniem. Dzięki Tobie mogłem odnaleźć się w mojej własnej tradycji i bez obaw zacząć pogłębiać swoją chrześcijańską wiarę, chrześcijańskie doświadczenie.

Twoje pisanie jest bardzo emocjonalne, wylewne i zarażające entuzjazmem. Twoje książki przypominają żywe opowiadanie czy nawet dialog — czasem zdaje się, że gawędzisz o tym i o owym, przytaczasz anegdoty, a za chwilę dajesz wyraz wielkiej erudycji. Często wręcz nie możesz się powstrzymać od spontanicznego wyrażania zachwytu nad cudem Boskiego Życia. Odnoszę wrażenie, że jesteś obecny na każdej stronie książki — dokładnie taki, jaki jesteś na zdjęciach: roześmiany, serdeczny, pełen energii.

Twoje nauczanie jest proste i jasne. Mówisz, że każdy z nas jest z natury dobry. Nasze prawdziwe „ja” nieustannie wypływa z Boga jako ze swego Źródła, w Nim trwa i z Nim jest nierozerwalnie zjednoczone. Jednakże nie potrafimy żyć zgodnie z tym, kim jesteśmy — zagubieni w codziennej bieganinie, pełni niepokoju, lęku i pragnień, żyjemy w iluzji oddzielenia od Boga. Ten stan oddzielenia, zwany przez chrześcijan „grzechem pierworodnym”, jest utożsamieniem się z fałszywym „ja” i powoduje dużo cierpienia i zła. Z ogromnym współczuciem zachęcasz, żebyśmy zatrzymali się i wrócili do siebie.

Możemy to zrobić, na przykład, praktykując codziennie modlitwę głębi. W niej porzucamy nasze emocje, oczekiwania, scenariusze, wspomnienia, nasze ludzkie obrazy Boga i pobożne myśli, które tak lubimy, żeby wkroczyć w niepojętą ciszę miłości, gdzie On może się nam objawić. Często porównujesz to do ludzkiej miłości czy przyjaźni, w której czujemy, że słowa przestają być potrzebne i chcemy tylko trwać w milczeniu w obecności drugiej osoby. Piszesz w jednej z książek, że miałeś w klasztorze przyjaciela, z którym spotykałeś się codziennie na kawie. Nie zawsze rozmawialiście, niekiedy wystarczyło wam wspólne siedzenie w ciszy. Kiedy czytam Twoje książki, mam wrażenie, że podobnie wyglądała Twoja relacja z Bogiem — byłeś z Nim w tak intymnym i tak prostym związku, że po prostu trwaliście obaj w milczeniu. Twoja codzienna modlitwa była jak spotkanie z dobrym przyjacielem na kawie. Bóg był Twoją codziennością. Pokazywałeś, że mistycyzm nie musi używać patetycznych słów.

Uczyłeś też, że poprzez regularną praktykę medytacji nasza świadomość ewoluuje i otwieramy się na nieskończone działanie Ducha w naszym życiu. Podkreślałeś, że owoców modlitwy nie należy szukać w nadzwyczajnych, ekstatycznych doświadczeniach, do których sprowadziliśmy mistycyzm, ale w zwyczajności życia. Jeśli stajemy się spokojniejsi, łagodniejsi, jeśli więcej w nas miłości i zrozumienia dla innych, jeśli jesteśmy szczęśliwsi, to znaczy, że nasza modlitwa przynosi owoce. W ten sposób pozostawiamy fałszywe „ja”, z którym się całkowicie utożsamialiśmy, i zaczynamy żyć zjednoczeni z Bogiem w Chrystusie.

Nauczałeś nie tylko słowami — całe Twoje życie było głoszeniem Ewangelii. Urodziłeś się 28 lipca roku 1931, a w wieku 20 lat wstąpiłeś do zgromadzenia cystersów pod wezwaniem św. Józefa w Spencer. Śluby zakonne złożyłeś w 1953 roku, cztery lata później zostałeś kapłanem. Na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku wyjechałeś do Rzymu, by tam studiować teologię i prawo kanoniczne, a także brać udział w pracach II soboru watykańskiego.

Kiedy w 1968 roku wróciłeś do Ameryki, rzuciłeś się w wir pracy, zakładając — wraz z żyjącym jeszcze wówczas Thomasem Mertonem, Twoim uwielbianym współbratem i mistrzem duchowym — wydawnictwo Cistercian Publications. Pragnąłeś podzielić się z ludźmi wspaniałym dorobkiem intelektualnym i duchowym cystersów, zacząłeś więc pracować nad przekładami i wydaniem dzieł powstałych w Twoim zakonie. Wkrótce jednak okazało się, że to za wiele dla jednej osoby, i przekazałeś większość obowiązków w ręce innych.

Jednak nie potrafiłeś pozostać bezczynny i wkrótce zaangażowałeś się w jeszcze donioślejsze dzieło. Po tragicznej śmierci Mertona podjąłeś rozpoczęty przez niego trud przywrócenia w Kościele katolickim tradycji kontemplacyjnej, która została niemal utracona w XVII wieku. Wraz z ojcami Thomasem Keatingiem i Williamem Menningerem stworzyłeś centering prayer — metodę modlitwy prowadzącą do kontemplacji. Wykorzystując całą energię i wszystkie talenty, propagowałeś tę metodę na całym świecie. Napisałeś ponad 60 książek, setki artykułów, w których broniłeś wartości tego sposobu modlitwy (bo krytyków oczywiście nie zabrakło), ale szukałeś też bezpośredniego kontaktu z ludźmi i w tym byłeś nieoceniony: wygłaszałeś wykłady, udzielałeś wywiadów, nagrywałeś kasety wideo, programy telewizyjne i radiowe, organizowałeś odosobnienia dla pragnących pogłębić swoje doświadczenie modlitwy kontemplacyjnej.

Wspomniałem już o Twoim pełnym szacunku zainteresowaniu innymi tradycjami duchowymi. W roku 1977 włączyłeś się w tworzenie organizacji znanej dziś jako MID — Monastic Interreligious Dialogue (Monastyczny Dialog między Religiami). Organizacja ta poszukuje kontaktu z innymi tradycjami, nie zacierając różnic między religiami, ale zachowując je. Dialog odbywa się na płaszczyźnie milczenia, w doświadczeniu kontemplacyjnym, które jednoczy bardziej niż jakiekolwiek słowa i wspólne idee. W 1996 roku uczestniczyłeś w historycznym dziś spotkaniu zorganizowanym w opactwie Mertona — Gethsemani, gdzie przyjechał między innymi jego dawny przyjaciel — Jego Świątobliwość XIV Dalajlama.

Przyjaźniłeś się z nauczycielami TM (Medytacji Transcendentalnej), z mistykami żydowskimi (z rabinem Lawrencem Kushnerem), a także fascynowałeś się duchowością prawosławną. Twój pobyt na Świętej Górze Athos, gdzie zgłębiałeś skarby modlitwy przekazywane od setek lat, zaowocował książką O Holy Mountain (O Święta Góro).

W latach 80. i 90. przebywałeś na Dalekim Wschodzie, zwłaszcza w Hong–Kongu, popularyzując chrześcijańską tradycję monastyczną i kontemplacyjną. W 1999 roku wróciłeś do Ameryki, by objąć stanowisko opata klasztoru Świętego Ducha w Conyers, w stanie Georgia. Złożyłeś ten urząd w 2002 roku, wracając do rodzinnego Spencer. Mimo podeszłego wieku nie przestawałeś pisać.

Byłeś wielkim kontemplatykiem i dlatego zawsze miałeś pełne ręce roboty. Przypomina mi się kontrowersyjna interpretacja przypowieści o Marii i Marcie autorstwa Mistrza Eckharta. Według niego to nie Maria pogrążona w kontemplacji zaszła najdalej, ale właśnie Marta, krzątająca się w kuchni. Najwyższy stopień kontemplacji jest powrotem do codzienności, do obowiązków i zwykłych zajęć, do ciężkiej pracy dla dobra innych. Ty dowiodłeś tej prawdy własnym życiem. Łączyłeś dyscyplinę medytacji z aktywnością, przy której każdy z nas czuje się bezczynny. Do ostatnich dni kipiałeś pomysłami, projektami, tryskałeś energią. Nawet okoliczności Twojej śmierci potwierdzają to, jak żyłeś — w wieku 74 lat miałeś wypadek samochodowy. Ciebie, mnicha cysterskiego, los zastał podczas wykonywania obowiązków, poza klasztorem, kiedy troszczyłeś się o spełnianie Bożego dzieła.

Po wypadku leżałeś przykuty do łóżka. Śmierć zastała Cię 3 czerwca, podczas nabożeństwa do Serca Jezusa. W jednej z książek piszesz:

W wieczności — w wiecznym „teraz” — Bóg już ogląda „gotowy produkt”. Kiedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że Bóg raduje się „świętym Basilem”, podczas gdy ja wciąż muszę się trudzić tu, na ziemi, byłem, delikatnie mówiąc, niezbyt zadowolony 2.

Jest to piękne świadectwo tego, że widziałeś świętego w każdym człowieku, który nie wie jeszcze, że jest święty — bo patrzyłeś na ludzi Bożymi oczami. Teraz już nie musisz się trudzić — cytując Thomasa Mertona — stałeś się tym, kim byłeś zawsze, kim jesteś zawsze w „wiecznym teraz” Boga.

Merton, którego tak ceniłeś, opisał swoje słynne już doświadczenie, kiedy to na zatłoczonej ulicy ujrzał wszystkich w blasku ich prawdziwego „ja”. Merton zobaczył to „miejsce”, które jest w każdym z nas, którego ani grzech, ani iluzja nie mogą dotknąć, miejsce naszej jedności z Bogiem. Pamiętasz, że napisał wtedy, że gdybyśmy widzieli siebie nawzajem takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości, jedynym problemem we wzajemnym współżyciu byłoby to, że padalibyśmy przed sobą na kolana. Myślę, że było to i Twoje doświadczenie.

Trzeci czerwca, kiedy to w 67 dni po wypadku samochodowym pożegnałeś ten świat, był dniem pełnych narodzin tego „świętego Basila”, którym zawsze byłeś w najtajniejszej głębi Twojej istoty. Czuję smutek, że takie światło zgasło w Kościele, ale jednocześnie — nie wiem dlaczego, ale nie mam poczucia, że nas opuściłeś — ciągle jesteś obecny, tutaj, w wiecznym „teraz”, może nawet pełniej niż za życia. Napisałeś:

Czy przesadą jest mówienie o „raju na ziemi”? A czym jest raj, jeśli nie najpełniejszym radowaniem się Bogiem i wszystkim w Bogu? To się może zacząć już tutaj, na ziemi 3.

Pod koniec książki Modlitwa prowadząca do środka wyznałeś, że masz pewne marzenie. Marzyłeś o tym, żeby modlitwa głębi, chrześcijańska medytacja, stawała się codziennością dla coraz większej liczby chrześcijan. Chciałeś, żeby zagościła w parafiach, szkołach i rodzinach. Nie miałeś wątpliwości, że każdy jest powołany do kontemplacji przez sam fakt chrztu, że jest ona naturalnym owocem życia chrześcijańskiego. Oby Twoje marzenie się spełniło.

Po polsku ukazało się: 20 tajemnic różańca — podróż biblijna, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2004. Zaproszenie do modlitwy głębi, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2004. Życie w głębi, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2004. Modlitwa prowadząca do środka. Powrót do starochrześcijańskiej metody modlitwy, Homini, Kraków 2003. Thomas Merton — brat, mnich. W poszukiwaniu prawdziwej wolności, Homini, Kraków 1999. Pięć tajemnic światła, „W drodze” 10/2004.

1 Basil Pennington, Życie w głębi, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2005, s. 158. 
2 Ibidem, s. 72. 
3 Ibidem, s. 99.

Patrzyłeś Bożymi oczami
Mateusz Stróżyński

urodzony w 1979 r. – filozof i filolog klasyczny, psycholog i psychoterapeuta, pracuje w Instytucie Filologii Klasycznej UAM, gdzie zajmuje się zagadnieniami mistyki i ćwiczeń duchowych w filozofii antycznej. Interesuje s...