Teologia Josepha Ratzingera

Teologia Josepha Ratzingera

Profesor Zoltán Alszeghy konstruował swoje wykłady o wielkich teologach w taki sposób, że dwie trzecie czasu mówił o życiorysie danej osoby, a jedynie przez jedną trzecią o jej dziele. Wskazywał, gdzie się teolog urodził, co studiował, co napisał, ale również opowiadał o jego przeżyciach osobistych czy uwarunkowaniach rodzinnych. W podobny sposób chciałbym spojrzeć na kardynała Ratzingera.

Zacznę od anegdoty o Josephie Ratzingerze, o Benedykcie XVI, po której powinienem zaprzestać dalszego pisania.

Kilka lat temu Wydział Teologiczny Uniwersytetu Nawarry w Pampelunie nadał kardynałowi Ratzingerowi doktorat honorowy. Kiedy dziekan tamtejszego wydziału omawiał z nim — jak to jest w zwyczaju — przebieg uroczystości, zaproponował mu temat wykładu, który doktor honorowy miałby wygłosić. Kardynał Ratzinger odpowiedział: „Na ten temat nie będę mówił, bo to jest sprawa, o której jeszcze nigdy w życiu nie myślałem”. Historia ta pokazuje, kim jest Joseph Ratzinger. Warto również zrozumieć, co ta anegdota mówi ludziom, którzy są gotowi wygłaszać wykład na każdy temat, w każdej chwili.

Chciałbym przypomnieć pewne elementy, które pozwolą zdać sobie sprawę, kim jest obecny papież jako teolog i jak się taki stał. Będzie to równocześnie wprowadzenie w perspektywę tego, czego Kościół może spodziewać się na płaszczyźnie teologicznej po posłudze tego następcy Piotra.

Inaczej naświetlić problem

Przez pewien czas w miarę regularnie spotykałem się z kardynałem Ratzingerem podczas posiedzeń komisji teologicznej w Rzymie, której przewodniczył. To były tygodnie intensywnej pracy. Kardynał przeważnie milczał, ale nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, bo na pewno miał na każdy poruszany tam temat. Milczał, bo nie chciał zdominować swobodnej rozmowy autorytetem kardynała prefekta Kongregracji. Natomiast włączał się w sposób bardzo precyzyjny wtedy, kiedy dyskusja albo schodziła na manowce, co się zdarzało na szczęście dość rzadko, albo kiedy się zaplątała, co się zdarzało częściej. Gdy w jakiejś sprawie powstawały dwie opinie i zaczynał się spór teologiczny, a tam byli ludzie, którzy byli do niego zdolni, zarówno ze względu na wykształcenie, jak i temperament, interweniował albo prefekt, albo o. Georges Cottier, który był sekretarzem. O. Cottier odgrywał rolę klasycznego stróża wiary. Wygłaszał krótkie exposé, jak dane zagadnienie jest rozumiane w wierze katolickiej, i ci, którzy odbiegali albo zdawali się od tego odbiegać, mieli jasny punkt odniesienia. Interwencje kardynała Ratzingera były innego rodzaju. Nie przypominały o granicach ortodoksji, ale naświetlały problem, który był przedmiotem dyskusji, od innej strony.

Bez korekty

Przy tych okazjach mogłem zobaczyć rzecz szczególnie charakterystyczną dla Ratzingera, mającą źródło w tym, że on nie mówi rzeczy, o których wcześniej nie myślał długo, gruntownie i skutecznie. Słyszałem jego wystąpienia w różnych językach, także mówione a vista. Na przykład, podczas dyskusji, którą zorganizował „Znak” w Krakowie, zaproszeni goście mogli postawić kardynałowi po dwa pytania. Zobaczył je bezpośrednio przed dyskusją. Na każde z nich odpowiadał po francusku. Wypowiadał zdanie po zdaniu, które można było spisywać i drukować bez korekty i bez adiustacji. To samo dotyczy wszystkich homilii, głosów w dyskusji w trakcie posiedzeń komisji, a także wypowiedzi, bardziej przygotowanych, na początek i na koniec posiedzenia, po łacinie. Przy okazji warto zaznaczyć, że jest on jednym z niewielu ostatnich Mohikanów, którzy potrafią na dowolny temat teologiczny swobodnie mówić po łacinie.

Kiedy się słucha jego wypowiedzi, czuje się, że w tym, co ma do powiedzenia, nie on jest najważniejszy, nie chodzi o to, że to jest jego zdanie. Są tacy dyskutanci, którzy bardzo silnie eksponują fakt, że to jest ich opinia. To nie jest złe samo w sobie i niekoniecznie musi być dowodem pychy przemawiającego. Jednak u Ratzingera następowało wyraźne cofnięcie siebie za istotę rzeczy, za to, co ma być powiedziane. W jego wypowiedziach można odkryć również wewnętrzną harmonię — nie zawsze od razu widoczną — ze źródłami wiary, począwszy od źródeł biblijnych po bardzo dobrze znaną kardynałowi tradycję Kościoła. Nie jest jednak reprezentantem tego, co najbardziej powszechnie przyjmowane przez tradycyjnych teologów. Nie jest tomistą, jest teologiem z nurtu augustyńsko–franciszkańskiego i bardzo chętnie akcentuje rozwiązania, myśli, idee z tego nurtu.

Ważne to, co się zwykle pomija

Warto sobie uświadomić, z jakich źródeł wypływa, w jakich okolicznościach narodziła się teologia kardynała Ratzingera.

Wspominam wykłady, których słuchałem jako student Gregorianum w Rzymie. Zapisałem się do profesora Zoltána Alszeghy’ego, wybitnego węgierskiego dogmatyka, jezuity, który nauczał o wielkich teologach tradycji chrześcijańskiej. Wykład był skonstruowany w taki sposób, że profesor dwie trzecie czasu przeznaczonego dla każdego z teologów mówił o jego życiorysie, a jedynie przez jedną trzecią o jego dziele. Historię życia danego teologa omawiał bardzo gruntownie i wskazywał na rzeczy, które się zazwyczaj pomija. Nie tylko mówił o tym, gdzie się dany teolog urodził, z jakiej rodziny pochodził, co studiował, co napisał i o elementach kariery kościelnej. Opowiadał również o przeżyciach osobistych czy uwarunkowaniach rodzinnych. W podobny sposób chciałbym spojrzeć na kardynała Ratzingera, tym bardziej, że on sam daje do tego podstawę.

Rodzinna Bawaria

Przyglądając się jego książkom, zwłaszcza Mojemu życiu 1, można zauważyć kilka charakterystycznych rzeczy.

Pierwsza to Bawaria. Kardynał nie mówi o niej zbyt wiele, ale kto zna ten kraj, ten go dobrze wyczuje w jego sylwetce duchowej, w sposobie mówienia i myślenia. Jest to najbardziej tradycyjnie katolicka część Niemiec. Ważny jest typ tego katolicyzmu — mocny, ludowy, dobrze zakorzeniony. Ponad dwadzieścia lat temu miałem wykłady o kardynale Ratzingerze dla kleryków. Akurat byłem krótko przedtem w Niemczech. Zobaczyłem tam plakaty z Josefem Straussem, ówczesnym premierem Bawarii, i hasłem Wir in Bayern — „My w Bawarii”. To jest sedno kultury duchowej w Bawarii. To jest kultura „my”, kultura wspólnoty. Tam mieszkają ludzie, którzy myślą w naturalny sposób z perspektywy wspólnoty, a nie własnego poglądu czy własnego stosunku do rzeczy. Dobra tradycja, w której nie wysuwa się na pierwszy plan napięcie indywidualistyczne, tylko poczucie wspólnego zakorzenienia i wspólnego ducha.

To jeszcze bardziej widać, kiedy się przyglądamy wspomnieniom obecnego papieża mówiącego o swoich rodzicach, o swojej rodzinie. Opowiada o tym bardzo pięknie i jest jasne, że rodzina odgrywała bardzo ważną rolę we wszystkich jego zmiennych kolejach życia. Musiała być wielkim Bożym darem dla wszystkich jej członków, począwszy od rodziców, a skończywszy na synach i córce, którzy się tam wychowali. Widać to na przykład we wspomnieniu kardynała Ratzingera o swojej habilitacji. Kiedy ją przygotował i przedłożył na Uniwersytecie Monachijskim, jednym z recenzentów był słynny dogmatyk, profesor Michael Schmaus. Mocno skrytykował pracę Josepha Ratzingera, twierdząc, że nadaje się do wyrzucenia. Niesłusznie. Skrytykował ją dlatego, że miał nastawienie teologiczne, któremu nie odpowiadało augustyńskie i bonawenturowe spojrzenie Ratzingera, nie odpowiadała mu jego metoda. Ratzinger, pisząc o tym, wyznał, że nie martwił się, iż jego habilitacja może upaść, tylko o to, jak to rodzice przeżyją. Zmienił coś w pracy, powołano innego recenzenta i wybronił się. Widać, że nawet wielcy teologowie nie oddają wszystkich prac summa cum laudum. Ratzinger musiał się rzeczywiście napracować, żeby obronić ten rodzaj myślenia, jednak pierwszą jego myślą było, jak rodzice dadzą sobie z tym radę. Miał bardzo silną więź z obojgiem rodziców, innego rodzaju w stosunku do każdego z nich. To widać do dzisiaj. Na przykład, kiedy się porówna sylwetki dwóch braci Ratzingerów, ks. Georga, który jest nieco starszy, i Josepha. Ten ostatni jest bardziej podobny do matki, a Georg do ojca.

W połowie lat 90. odbywał się w Poznaniu festiwal chórów chłopięcych, występował tam chór Regensburger Domspatzen, czyli Szpaki z Katedry w Regensburgu pod dyrekcją Georga Ratzingera. Byłem z moimi rodzicami na koncercie galowym. Na korytarzu spotkaliśmy ks. Georga. Moja mama zapytała go o brata kardynała. Odpowiedział jej: „Źle jest. Jest w szpitalu. Miał zator mózgu, nie wiadomo, czy przeżyje”. To było ponad dziesięć lat temu. Między innymi dlatego po wyborze swojego brata na papieża Georg pozwolił sobie stwierdzić: „On ma na to za słabe zdrowie”. Krótko, trzeźwo i zwięźle, bez żadnych dalszych komentarzy. Historia ta pokazuje coś, co wielu ludzi wyczuwa, nawet wtedy, kiedy obecny papież jest przedstawiany jako ktoś bardzo twardy, wymagający, surowy teologicznie. To nieprawda. Jest w nim wewnętrzna wrażliwość czy czułość, która czasem jest skrywana. Nie demonstruje jej, tak jak wielu innych rzeczy.

Formacja teologiczna

Drugi element, o którym już trochę wspomniałem, to typ formacji teologicznej, przez którą przeszedł Joseph Ratzinger. Kilka miesięcy temu pisałem na zamówienie niemieckiego czasopisma artykuł o Janie Pawle II jako teologu. Kiedy teraz się zastanawiałem nad sylwetką kardynała Ratzingera, to sobie zdałem sprawę z tego, że różnica między nimi być może polega na tym, że Ratzinger studiował w bardziej wymagających warunkach. Najlepszy ówczesny wydział teologiczny w Polsce nie był tak wymagającym miejscem studiów, jak wydziały niemieckie pod koniec lat 40., na początku lat 50. XX wieku, kiedy tam była wykładana tradycyjna wielka teologia, a równocześnie pojawiały się nowe pytania. Przez wymagające studia człowiek zostaje przyzwyczajony do wysiłku intelektualnego. Niewątpliwie Ratzinger jest mocniejszym teologiem niż jego poprzednik. Przewagę zawdzięcza również teologii augustyńskiej, franciszkańskiej i wypływającej z nich większej wrażliwości na różne ludzkie doświadczenia. Myśl augustyńska i franciszkańska jest spójna przez wewnętrzny stosunek do źródła, którym jest Bóg zbawiający człowieka. Kardynał Ratzinger zapytany, którą książkę wziąłby na bezludną wyspę, bez wahania wymienia Wyznania św. Augustyna. To pokazuje, że zainteresowany jest on nie tylko dobrze sformułowaną myślą, ale także człowiekiem, który ją formułuje. Jest to bardzo istotny element jego wewnętrznej sylwetki.

Doświadczenie soboru

Jako stosunkowo młody teolog Ratzinger został zabrany na II sobór watykański przez kardynała Fringsa, ówczesnego arcybiskupa Kolonii, jako ekspert osobisty. Na soborze były dwa rodzaje ekspertów: tacy, których powoływał papież dla całego soboru, i tacy, których zabierali ze sobą poszczególni biskupi. To musiało być bardzo silne przeżycie. Obecność na tym zgromadzeniu była ważnym doświadczeniem. Ratzinger jest niewątpliwie człowiekiem soboru i Kościoła soborowego. Równocześnie nie przeszkodziło mu to odnieść się krytycznie do rozwoju dziedzictwa soborowego, a zwłaszcza interpretacji posoborowych. Na przykładzie tego, co mówi o liturgii, widać wyraźnie, że nie do końca zaakceptował sposób, w jaki została zinterpretowana Konstytucja o liturgii. Jeśli coś jest interpretowane w sposób trudny do zaakceptowania, to problem nie leży tylko w czynnikach zewnętrznych, ale również wewnątrz takiego dokumentu. Krytyka nie polega tylko na stwierdzeniu, że sobór był dobry, tylko interpretatorzy niedobrzy. Potwierdzeniem krytycznego podejścia Ratzingera do soboru, zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach, jest bardzo wyraźna odmowa ponownego uczestniczenia w tego rodzaju doświadczeniu. Nigdy nie wykluczał, że sobór mógłby zostać zwołany w najbliższym czasie, ale wyraźnie dawał do zrozumienia, że przechodzenia przez doświadczenie soborowe nie uważa w tym czasie za dobre dla Kościoła. Dziedzictwo II soboru watykańskiego jeszcze nie zostało właściwie przyjęte i wobec tego potrzebny jest spokojny czas.

Profesor teologii i wykładowca

Kolejnym elementem, dzięki któremu możemy poznać osobę obecnego papieża, są wyzwania, które się pojawiły w czasie pracy Ratzingera jako profesora teologii i wykładowcy. Spowodowały one, że Kardynał zaproponował nowy obraz teologii. Za sztandarową pracę nowego obrazu uchodzi Wprowadzenie w chrześcijaństwo, które jest zapisem wykładów wygłoszonych na Uniwersytecie w Bonn dla studentów wszystkich wydziałów, także nieteologicznych. Ratzinger zaproponował w nim metodę, która próbowała budować most do doświadczeń jego słuchaczy i nie obawiała się zrezygnować w znacznym stopniu z pewnych standardów języka teologicznego i tworzyć nowe. Do dzisiaj ta książka jest bardzo uważnie czytana pod tym kątem. Wśród profesorskich doświadczeń Ratzingera często wspomina się o roku 1968 na uniwersytetach niemieckich, kiedy zapanowała tam polityczna anarchia w imię przekreślenia dotychczasowego porządku, w imię buntu pokoleniowego. Przeżył ją jako bardzo dramatyczny wstrząs, który zachwiał jego dotychczasowym światem. Niektórzy twierdzą, że wtedy w Josephie Ratzingerze dokonała się przemiana od teologa tak zwanego postępowego do teologa uchodzącego za bardzo konserwatywnego. To jest nieporozumienie. Nigdy nie był ani teologiem postępowym, ani teologiem konserwatywnym w niemądry sposób. Gdy jednak się uważnie przyjrzymy jego drodze życiowej, to odnajdziemy pewne naturalne przesunięcia. Gdy ktoś przeżyje sześćdziesiąt, siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat, to z natury rzeczy trochę inaczej myśli, niż kiedy miał pięćdziesiąt i jeszcze mniej. Tu nie ma u Kardynała przełomu, natomiast niewątpliwie widać, że zdał sobie sprawę z ryzyka, które się wiąże z przekraczaniem granic, stawianiem pewnych kwestii na nowo.

Spierać się i przyjaźnić

Przykładem sposobu myślenia profesora Ratzingera była prowadzona przez niego dyskusja z jego wielkim kolegą Karlem Rahnerem. Joseph Ratzinger napisał krytyczną recenzję z Podstawowego wykładu wiary Rahnera. Unaoczni to, co ci wielcy teologowie wnieśli do dwudziestowiecznej teologii, a również zilustruje, na jakim poziomie się toczyła ich rozmowa. To była jeszcze bardziej wymagająca sytuacja niż ta, w której trzydzieści czy dwadzieścia lat wcześniej Joseph Ratzinger studiował, bo w latach bezpośrednio posoborowych teologia przeżywała zarówno wielki rozkwit, prawdziwą ostrą dyskusję, jak i wielkie trudności. Znaleźć się w tym świecie pełnym napięć nie było wcale łatwo. To wymagało wielkiego wysiłku intelektualnego. Spory były więc ostre, ale toczyły się między ludźmi, którzy się doskonale znali i przyjaźnili. To jest coś, co z perspektywy polskiej nie jest do końca zrozumiałe. U nas jest często tak, że gdy ktoś się różni poglądami, to tym samym nie próbuje zbliżyć się do tego drugiego. Tymczasem oni się potrafili gwałtownie spierać, po czym usiąść razem, żeby porozmawiać i wypić piwo. W omawianym sporze dwaj teologowie bardzo się spierali między innymi o jedną z najważniejszych idei Rahnera, o ideę anonimowego chrześcijaństwa, której kardynał Ratzinger nie akceptował w takiej postaci, w jakiej Rahner ją przedstawiał. Ratzinger nie wahał się postawić ostrego zarzutu Rahnerowi. To nie były grzecznościowe stwierdzenia, ale rzeczywista rozmowa, w której się mówi temu drugiemu, co robi źle, a jednocześnie pokazuje mu się w jego własnym dziele, od jakiego miejsca mógł zacząć, żeby zrobić dobrze. Nie było prostego schematu dobrze — źle, potępiony — uznany, w porządku — nie w porządku. Była rozmowa o zasadniczych kwestiach, wykorzystanie faktu, że ktoś powiedział coś ważnego i wobec tego można powiedzieć znów coś ważnego obok niego, po części przeciw niemu, ale głównie dlatego, że on nam na to pozwolił, że nam dał na to szansę.

Innym z wielkich sporów teologicznych ostatniego dziesięciolecia jest spór Ratzinger — Kasper o podstawową konstytucję Kościoła, o pierwszeństwo Kościoła jako powołanego odwiecznie przez Boga i urzeczywistnianego w poszczególnych sytuacjach lokalnych czy historycznych lub też pierwszeństwo wspólnot, które się gromadzą tam, gdzie się głosi Ewangelię i kiedy się zbiorą, stwierdzają, że są jednym Kościołem. Pierwsza, w uproszczeniu przedstawiona wizja, jest koncepcją kardynała Ratzingera, druga kardynała Kaspera. Toczyli prawdziwy i mocny spór. Na sympozjum w rocznicę uchwalenia konstytucji Lumen gentium w 2000 roku kardynał Ratzinger wygłosił wykład, w którym wprost, wyraźnie skrytykował poglądy kardynała Kaspera. Równocześnie obaj pozostali pełnoprawnymi współpracownikami Jana Pawła II w ramach tej samej struktury odpowiedzialności za Kościół. Nie jest bowiem tak, że jest tylko jedna nauka katolicka i że w jej ramach nie może być różnicy poglądów, a zwłaszcza już nie może być różnicy poglądów między kardynałami, bo to gorszące. To nic gorszącego.

O Bogu, którego głosi Kościół

Ilustracja ta dotyczy spojrzenia na Kościół. Przypomnę wykład kard. Josepha Ratzingera o eklezjologii II soboru watykańskiego. Powiedział w nim rzecz bardzo zasadniczą, która będzie charakterystyką sposobu myślenia wewnątrz tego pontyfikatu. Cytuję:

Jak wiadomo, papież Jan XXIII nie wyznaczył soborowym obradom określonej tematyki, lecz wystosował do biskupów całego świata zaproszenie, by przedstawili priorytetowe ich zdaniem problemy. Zadania soboru miały stanowić owoc żywego doświadczenia całego Kościoła. Członkowie Niemieckiej Konferencji Biskupów byli zgodni, że to sam Kościół powinien stanowić temat soborowych obrad. Jak opowiadał arcybiskup Kolonii [właśnie kardynał Frings, który zabrał Ratzingera na sobór], głos zabrał wówczas biskup Buchberger z Regensburga: „Drodzy bracia, na soborze musimy debatować przede wszystkim o Bogu. To najważniejsza kwestia”. Biskupów poruszyła powaga tych słów. Rzecz jasna, Konferencja nie mogła zaproponować, aby tematem obrad soboru był po prostu Bóg.

W tym wykładzie kardynał Ratzinger pokazuje bardzo ważną charakterystykę obecnej sytuacji:

Epizod ten przypomniał mi się ponownie, gdy czytałem tekst wykładu, który Johann Baptist Metz wygłosił w 1993 roku, opuszczając swą katedrę na Uniwersytecie w Münster. Z tego doniosłego wystąpienia chciałbym przytoczyć przynajmniej kilka znamiennych fragmentów. Kryzys, który ogarnął europejskie chrześcijaństwo, nie jest już tylko czy też wyłącznie kryzysem Kościoła. Kryzys tkwi głębiej. Swe źródło ma nie tylko w stanie samych Kościołów. Kryzys stał się kryzysem odniesienia do Boga. Również Kościół ma swoją koncepcję reagowania na kryzys Boga. W dzisiejszych czasach Kościół nie mówi już jak za czasów I soboru watykańskiego o Bogu, lecz jedynie, jak podczas ostatniego soboru, o Bogu, którego głosi Kościół. Kryzys Boga jest więc opisywany kodem eklezjologicznym.

Historia zbawienia

W tym pontyfikacie dochodzi wyraźnie do głosu również bardzo szczególny stosunek do historii zbawienia, w tym do ludu, który został pierwszy wybrany w ramach tej historii, to znaczy do Izraela. Uwidacznia się to między innymi w relacjach kardynała Ratzingera z dosyć oryginalną wspólnotą, która powstała na terenie jego przyszłej diecezji w latach 50., Katholische Integrierte Gemeinde. To jest grupa założona przez byłą szefową Związku Katolickich Dziewcząt Niemieckich, która po wojnie doszła do wniosku, że po doświadczeniach nieszczęścia, które Niemcy sprowadzili na świat i na siebie samych, nie można już działać w taki sposób, jak przed wojną. Odtwarzanie organizacji i związków, które wcześniej istniały, jest nieporozumieniem w stosunku do powstałej sytuacji. Z grupą podobnie myślących osób postanowiła żyć doświadczeniami pierwotnych gmin chrześcijańskich. Ta grupa kształtowała się nie bez napięć w stosunku do oficjalnego ówczesnego Kościoła niemieckiego, a zwłaszcza diecezji monachijskiej.

Kiedy arcybiskupem Monachium został Joseph Ratzinger, zajął się tą grupą, między innymi z tego powodu, że bardzo silnie i głęboko przeżywa ona żydowskie doświadczenie chrześcijaństwa, jego żydowskie korzenie. Pomógł tej wspólnocie w miarę uporządkowany sposób zaistnieć w strukturach Kościoła, poukładać sprawy oficjalne, zarówno w swojej diecezji, jak i w innych diecezjach niemieckich. Utrzymał z nią kontakt przez cały czas, kiedy był prefektem kongregacji w Rzymie. Sprawował dyskretną opiekę nad grupą oraz uczestniczył w jej inicjatywach, zwłaszcza w relacjach między wspólnotą a różnymi środowiskami w Izraelu. Grupa ta traktuje lud Boży, do którego wszyscy jesteśmy wezwani, jako jeden. Takie podejście ma konkretne, praktyczne skutki w spotkaniach, w sposobie, w jaki ci ludzie nawiązali więzi i w jaki uczestniczą w dialogu z dzisiejszym Izraelem i to nie tylko z Izraelem religijnym, ale i z Izraelem niereligijnym.

Kardynał Ratzinger zaproponował Katholische Integrierte Gemeinde, aby założyła Akademię Teologii Ludu Bożego, z pełną świadomością, że będzie to teologia jednego ludu Bożego, że ta wspólnota jest przekonana, iż się gromadzimy razem z Izraelem, niezależnie od tego, co poszczególni przedstawiciele czy poszczególne wspólnoty, grupy lub formacje w ramach tego ludu sądzą o sobie na płaszczyźnie religijnej czy niereligijnej. Izrael jest w sercu ludu Bożego w każdych okolicznościach. Warto zauważyć, jeśli chodzi o oficjalne działania papieskie, że jeden z pierwszych imiennych listów, które wystosował Benedykt XVI już dzień po wyborze, był adresowany do rabina Rzymu. W następnych dniach usłyszeliśmy wiadomość o spotkaniu z wyznaczonymi rabinami z Izraela i deklarację współpracy i dalszego dialogu w tej wspólnocie. To jest niewątpliwie jeden z rysów i osobistych, i całkiem oficjalnych jego sylwetki.

Brać odpowiedzialność

Kolejny element drogi i sylwetki Josepha Ratzingera to praca na wezwanie Jana Pawła II w Kongregacji Nauki Wiary. Wielu przyjmowało tę jego posługę z trudem i napięciem, twierdziło, że tu właśnie wytworzył się „pancerny kardynał”, który jest konserwatywnym, nierozumiejącym współczesnego świata stróżem ortodoksji. Należy jednak sobie zdać sprawę, co oznacza ten rodzaj powołania. Trzeba wziąć odpowiedzialność za nauczanie Kościoła w jego dzisiejszym skomplikowaniu, które jest niewątpliwie większe niż kiedykolwiek wcześniej. Nie było czasu, w którym toczyłaby się tak intensywna dyskusja w sprawach wiary, byłyby tak rozbieżne poglądy i myśli oraz tak trudno byłoby o pojednanie tego wszystkiego, choćby tylko z tej racji, że komunikacja jest dzisiaj o wiele łatwiejsza niż kiedykolwiek. Jeżeli ktoś chce za to wziąć odpowiedzialność, musi postawić sobie i innym bardzo wysokie wymagania przypominania rzeczy zasadniczych, żeby Magisterium nie zostało zniekształcone. Równocześnie warto zdać sobie sprawę z tego, w jakim stylu pracował Ratzinger jako prefekt.

Jan Paweł II wybrał monachijskiego kardynała pod każdym względem świadomie. Potrzebował kogoś, kto będzie dobrze reprezentował wielką teologię w jego najbliższym otoczeniu i we współpracy z nim. Z całą pewnością się uzupełniali. Prefektem Kongregacji Nauki Wiary został obecnie biskup, który bardziej się zajmuje kwestiami moralnymi niż doktrynalnymi. Benedykt XVI sam się zajmuje doktryną, natomiast potrzebuje kogoś, kto będzie mu pomagał w kwestiach społeczno–moralnych. Arcybiskup Levada jest wysokiej klasy teologiem moralistą, a poza tym umie rozmawiać także z bardzo trudnymi przeciwnikami.

Warto zauważyć, że kardynał Ratzinger obok przygotowywania oficjalnych dokumentów Kongregacji, nigdy nie zrezygnował z osobistych wystąpień, takich, za które odpowiedzialność brał on sam jako teolog. Zanim pojawiła się instrukcja Kongregacji na temat teologii wyzwolenia, Joseph Ratzinger wygłosił serię wykładów w różnych miejscach świata na ten temat. Można porównać te wykłady z Instrukcją i zobaczyć, że jest między nimi różnica — w Instrukcji pewne rzeczy są uporządkowane i powiedziane bardziej zasadniczo, ale też bardziej spokojnie, a nie polemicznie, bo taki jest charakter dokumentu. Natomiast w wykładach znalazły się wszystkie zasadnicze myśli, które on reprezentował z pełną odpowiedzialnością teologa. To jest człowiek, który za swoje wypowiedzi bierze osobistą odpowiedzialność.

Nowa rola

Ostatni element, który warto zauważyć, to przeżycie, którym dla Ratzingera musiał być fakt, że to jemu powierzono odpowiedzialność za Kościół. Wielu komentuje, że teraz może być bardziej sobą niż był przedtem, gdyż wcześniej musiał traktować dyskretnie pewne elementy swojej osobowości, w pewnym sensie ukryć je za urzędem i nawet odgrywać rolę piorunochronu, który zbierał na siebie uderzenia, chroniąc Jana Pawła II. Niewątpliwie nawet w elementach czysto zewnętrznych, takich jak styl bycia, sposób mówienia, uśmiech, widać obecnie pewne odprężenie, wyjście, nawet coś w błysku oka. Wielu tak odebrało jego minę, kiedy pierwszy raz wyszedł na balkon po wyborze. Nie wiemy, jak Pan Bóg to widzi, ile da mu sił i jakie zadanie przed nim postawi, ale to nie jest sprawa zamknięta i wszystkie elementy, które się zgromadziły w tej sylwetce, zapewne teraz się ujawnią. Z całą pewnością ujawnią się przede wszystkim teologicznie, bo niewątpliwie teologia jest centrum jego życia, jako źródło i podstawa tej najbardziej podstawowej więzi z Chrystusem i z Kościołem.

Krótko po śmierci Jana Pawła II i po wyborze obecnego papieża zastanawiałem się nad jego ludzką, teologiczną i także ewentualnie papieską sylwetką (za sprawą zamówienia z redakcji „Tygodnika Powszechnego”). Wtedy sobie uświadomiłem, w jakim rozpięciu w sensie ludzkim kształtuje się teologia Josepha Ratzingera. Jest w niej element rzeczywistego zatroskania o to, co się stanie z nami wszystkimi, z wiarą chrześcijańską, z Kościołem i świadomość tego, co już się stało. Ta świadomość idzie w kierunku akceptacji tego, co się wydarzyło, mówi, że mimo iż wielu odeszło i nie możemy się z tym do końca pogodzić, musimy przyjąć konsekwencje. Być może będzie nas przez pewien czas mało, nie możemy jednak z niczego zrezygnować. Możemy pozostać w tym świecie i nie musimy go traktować jako wrogiego z zasady. Taka postawa skłaniała kardynała Ratzingera do wchodzenia w dialog z osobami, które innym wydawały się mało skłonne do tego rodzaju spotkania, także z bardzo silnymi przeciwnikami ideowymi, na przykład w dialog z Hansem Georgiem Gadamerem, i w tym dialogu rzucać wyzwanie, które jest tak sformułowane, żeby było widać, że ono nie jest tylko podkreślaniem pozycji przeciw pozycji. W tekście, który wówczas napisałem do „Tygodnika Powszechnego”, zacytowałem kazanie, które kardynał Ratzinger wygłosił w przeddzień śmierci Jana Pawła II, w Subiaco, kiedy wręczano mu nagrodę związaną z sylwetką i dziełem duchowym św. Benedykta. Powiedział wtedy:

Odwróćmy aksjomat ludzi oświecenia i powiedzmy tak: że ten, który nie potrafi zdobyć się na uznanie Boga, mógłby spróbować żyć i ukierunkowywać swoje życie velutis si Deus daretur, tak jakby Bóg miał być.

To jest rada, którą kiedyś Pascal dawał niewierzącym przyjaciołom. Benedykt XVI chce ją dać wszystkim naszym przyjaciołom, którzy nie wierzą. W ten sposób — mówi — nie zostaje ograniczona niczyja wolność, ale wszystkie sprawy znajdują oparcie i kryterium, którego pilnie potrzebują. To jest styl, w którym Kościół z niczego nie rezygnuje, ale też niczego nie narzuca. Jest gotowy przyjąć tę sytuację, która naprawdę jest. Trzeba nauczyć się w tej sytuacji powiedzieć to, co należy do katolików i być tym, czym mamy być. Równocześnie to, że można taką sytuację przyjąć wraz z jej bardzo trudnymi wymaganiami, ma źródło w czymś, co jest o wiele głębiej. Wiąże się to z augustyńskim typem doświadczenia. W Wyznaniach św. Augustyna dwukrotnie — na początku i na końcu — pojawia się zdanie: Amore amoris tui facio istuc — „Robię to przez miłość do Twojej miłości”. Po raz pierwszy znajdujemy je, kiedy Augustyn wspomina i opłakuje swoje grzechy, po raz drugi, kończąc Wyznania, kiedy próbuje spojrzeć w przyszłość. Jedno i drugie, zarówno spojrzenie na nieszczęście, które sam na siebie ściągnął, czy które na siebie ściągnęliśmy (bo można to też zobaczyć w perspektywie społecznej), jak i wtedy, kiedy siedząc w środku tego nieszczęścia, zdajemy sobie sprawę, że coś mamy do zrobienia, że potrzebujemy do tego siły. Amore amoris tui facio istuc.


1
Joseph Ratzinger, Moje życie. Wspomnienia z lat 1927–1977, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2005.

Teologia Josepha Ratzingera
Tomasz Węcławski

urodzony 20 listopada 1952 r. w Poznaniu – Tomasz Polak, do 30 kwietnia 2008 Tomasz Węcławski, były ksiądz, studiował w Poznaniu i Rzymie, polski teolog specjalizujący się w teologii dogmatycznej i fundamentalnej, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mi...