Religia sportu

Religia sportu

Idea sportu jako religii, dobra nowina kultury fizycznej miała być nie tyle uzupełnieniem, co zastąpieniem chrześcijaństwa. „Aby uczynić sport atrakcyjnym, Coubertin wprowadził do niego wszystkie atrubuty i rytuały neopogańskiej, humanistycznej religii mieszczańskiej oddającej cześć młodemu ciału człowieka.” Sport zyskuje na znaczeniu tam, gdzie zawodzi rodzina, społeczeństwo, państwo, Kościół.

Nie podlega dyskusji, że sport zawsze — w każdej epoce na swój sposób — fascynował, tak uprawiających go, jak i przyglądających się siłowo–zręcznościowym zmaganiom atletów. Jest również faktem, że w ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleciach, sport „wymknął się spod kontroli” sportowców, funkcjonariuszy i kibiców. Jest on fenomenem domagającym się źródłowego, fundamentalnego namysłu. Jeśli nawet wielu ma własne zdanie co do takich czy innych faktów i wydarzeń, to są to przeważnie zdania w dużym stopniu oparte na emocjach. Daleko im do racjonalnej analizy samego problemu. Tymczasem sytuacja domaga się wspólnej refleksji: samych sportowców (jeśli pozwalają im na to wiek i intelektualne możliwości), dziennikarzy (jeśli ci nie chcą ograniczyć swego zadania do sprawozdań i podawania wyników), nauczycieli i trenerów (jeśli ci pragną przekazywać określoną kulturę obchodzenia się z własnym ciałem), polityków i działaczy (jeśli oni swoją rolę widzą szerzej, „poza” problematyką miejsca drużyny w tabeli i transferów), naukowców (którzy nie kierują się ambicją „wyciśnięcia” ze sportowca tego, co tylko jest możliwe). Namysł sportowców, funkcjonariuszy, przedstawicieli biznesu, nauki, medycyny i kibiców — bo przecież każda z tych grup ma inny stosunek do sportu — winien przybliżyć sytuację współczesnego sportu. Jej analiza jest — ze względu na powiązania tylu różnych interesów — sprawą bardzo skomplikowaną, a tym samym trudną.

Czym jest współczesny sport? Kiedy mamy do czynienia z prawdziwym sportem, a kiedy z sytuacją, która ze sportem ma bardzo mało lub nic wspólnego? Sport umarł! Ale czy ta śmierć, a raczej śmierć wyobrażeń, jakie mamy o nim, nie jest założeniem, a nawet warunkiem dla jego nowych narodzin? Tak dalej być nie może! Co można, a co należy zmienić? Jak? — oto tylko niektóre z pytań. Nikt nie ma na nie gotowych odpowiedzi. Dlatego potrzebą chwili jest stworzenie filozofii sportu, rozumianej jako samodzielna, naukowa dyscyplina, analizująca współczesne fenomeny (V. Caysa [red.], Sport-philosophie, Reclam Verlag–Leipzig 1997, ss. 336). Skończył się czas teoretycznej i praktycznej naiwności, bezrefleksyjnej wiedzy o sporcie, jednym z największych i najbardziej interesujących zjawisk naszego świata.

Sport żyje z mitów i mitami. Demitologizująca refleksja „obnaża” owe mity: odsłania ich korzenie, ukazuje wynaturzenia. Nie jest rolą filozofii sportu być jego obrońcą czy oskarżycielem. Jej zadaniem nie jest moralizowanie i wskazywanie na to, co „dobre” i co „złe”, lecz rzeczowa analiza.

Przypatrzmy się początkom nowożytnego ruchu olimpijskiego. Jego ojcem jest Pierre de Coubertin (1863–1937). Często mówił on o sporcie jako religio athletae: „Pierwszym i istotnym znakiem starego i nowego ruchu olimpijskiego było i jest stać się religią”.

Idea sportu jako religii, dobra nowina kultury fizycznej miała być nie tyle uzupełnieniem, co zastąpieniem chrześcijaństwa. Ukierunkowanie religii tradycyjnych na życie przyszłe było dla Coubertina koniecznością historyczno–społeczną. Jakie historyczne i społeczne czynniki przyczyniły się do powstania religii sportu? Bellah zalicza sport do „religii mieszczańskich”, będących zinstytucjonalizowanym zbiorem określonych przedstawień, symboli, rytów i rzeczy świętych. Tak jak chrześcijaństwo przezwyciężyło w IV wieku religie pogańskie, tak religie mieszczańskie, wśród nich sport, przezwyciężyły w XIX i XX wieku chrześcijaństwo. Formalnie zostały zachowane cele i środki, ale ich treść uległa istotnej zmianie. Przytoczmy kilka przykładów analogii między religią a sportem:

a) wprowadzają w szarą codzienność czas święty, wydarzenia, które są czymś niezwykłym;
b) wzywają do wysiłku i ofiary; o ile religia nagradza wiernego spokojnym sumieniem i obietnicą szczęścia w życiu przyszłym, o tyle sport daje zwycięzcy poczucie absolutnego szczęścia już tutaj, na ziemi: wielcy sportowcy mają zagwarantowaną przyszłość;
c) w obu tych dziedzinach istnieje świat widzialny i niewidzialny;
d) „służą” na swój sposób państwu, narodowi, grupie i poszczególnym ludziom oraz przekazują określony sposób bycia.

„Aby uczynić sport atrakcyjnym, Coubertin wprowadził do niego wszystkie atrybuty i rytuały neopogańskiej, humanistycznej religii mieszczańskiej oddającej cześć młodemu ciału człowieka: sztandary, ogień, znicze, procesje, śluby”.

Poszukując genezy ruchu olimpijskiego, należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden moment. Jest nim przegrana przez Francję wojna, rozpoczęta w 1870 roku. Sąsiedzi okazali się silniejsi, to znaczy: sprawniejsi fizycznie i duchowo. Coubertin dostrzegł ratunek ojczyzny w sporcie uprawianym na wzór religii. Wprawdzie na ołtarzu głównym była (i jest) wspaniała masa mięśniowa (często bez głowy), wywołująca wrażenie siły i bogactwa, ale na ołtarzach bocznych był (i jest) uprawiany kult ojczyzny.

Nie potrzeba zbytniej wyobraźni, aby uzmysłowić sobie praktyczne konsekwencje wyżej przedstawionych teoretycznych założeń uprawiania sportu jako religii — stał się narzędziem w rękach polityków. W krajach o charakterze nacjonalistycznym sportowcy stali się podmiotami kultu. Państwa komunistyczne mogły wyjść na międzynarodową arenę i pokazać swoją wyższość nad państwami kapitalistycznymi.

Coubertin zwykł mówić o sportowcach jako „kapłanach religii siły mięśni”. Oni winni być wierni własnemu sumieniu jako najwyższej instancji oraz ślubom złożonym na sztandar narodowy i olimpijski. Dla bardzo wielu C. Levis nie jest już kapłanem, lecz „bogiem wcielonym”, pomnażającym od dziesięcioleci liczbę medali (dla narodu) i stan konta (dla siebie).

Sport zyskuje na znaczeniu tam, gdzie zawodzi rodzina, społeczeństwo, państwo, Kościół… Otworzył on wielu ludziom bramy świata. Nie bez znaczenia jest wypowiedź jednego z trenerów piłkarskiej reprezentacji Niemiec: „Nie możemy mieć dobrej drużyny narodowej, gdyż naszym piłkarzom powodzi się zbyt dobrze! W naszej lidze musimy mieć obcokrajowców zdolnych do największego wysiłku”. Członkowie społeczeństwa konsumpcyjnego nie potrzebują przyszłości, gdyż oni już wszystko mają, co jest tylko do osiągnięcia. Zwycięstwa na arenach otwierają dla wielu przyszłość, bo dają możliwość zmiany dotychczasowego życia. Czy na lepsze? — to już inna sprawa. O przegranych, o ofiarach nadludzkiego wysiłku milczy się lub mówi bardzo mało.

Okazuje się, że religia i sport — rzeczywistości od siebie tak odległe, mają tyle wspólnego. Warto wiedzieć o podobieństwach i różnicach.

Religia sportu
ks. Jerzy Machnacz

urodzony 10 stycznia 1949 r. we Wrocławiu – polski filozof i ksiądz katolicki, były salezjanin, profesor nauk teologicznych, przedstawiciel tomizmu fenomenologicznego. W 1968 roku ukończył naukę w Lotniczych Zakładach Nauk...