Ostatnia podróż Assmusa Brouwera

Ostatnia podróż Assmusa Brouwera

Żegluga długo przebiegała pomyślnie. Dni były ciepłe jak na tę porę roku, a wiatry niosły okręt — chciałoby się powiedzieć — z błogosławieństwem Bożym, tak szybko jak tylko było można. Dobry humor nie opuszczał Assmusa Brouwera. Choroba morska, której bardzo się obawiał, nie pojawiła się wcale. Pił wino i ze swojej kajuty spoglądał na morze. Nie lubił go, choć od dzieciństwa miał okazję oswoić się z jego widokiem. W końcu urodził się w portowym mieście, może największym i najbogatszym na świecie. Amsterdam — w ustach Assmusa Brouwera to słowo brzmiało jak Ziemia Obiecana — Terra Sancta. Był szczęśliwy, że tu właśnie brzuch matki uległ rozwiązaniu, że dziad Gerard, opuściwszy małą Goudę, któż o niej słyszał, w tym mieście założył kantor, a ojciec Jan wszedł do interesu z lichwiarzem, Izaakiem Wychrztą, interesu, który rozwinął się nad podziw.

— Obracać pieniędzmi, obracać bez przerwy — przykazywał Jan na łożu śmierci dwu synom: starszemu Assmusowi i młodszemu Pieterowi.

Assmus zrozumiał niebawem, że ten zachwalany przez ojca proces nigdzie nie przyniesie mu takiej satysfakcji jak tu, w Amsterdamie. Pieter przeniósł się do Gdańska.

— Amsterdam to pępek świata — Assmus, śmiejąc się, zaczepiał kapitana statku, McCartneya, małomównego emigranta ze Szkocji. — A Szkocja jest jego dupą — śmiał się jeszcze głośniej. Kapitan McCartney splunął za siebie. Jak mógł, unikał swego chlebodawcy, bezczelnego Holendra, ale ten, wyczuwając jego niechęć, świadomie go drażnił.
— Jeżeli u nas jest dupa, to wy, Holendrzy, jesteście naszym gównem — odciął się i odszedł. Szkot nienawidził kupców, a jednocześnie musiał dla nich pracować, narażając życie. Oni stawali się dzięki niemu bogaci, on dzięki nim doświadczał bezsilnej złości. Podczas sztormu wyobrażał ich sobie, jak siadają, tłuściutcy i zadowoleni, w swoich kantorach, przekładają pieniądze z kuferka do kuferka i zapisują w wielkich księgach, w rubrykach opatrzonych komentarzem: Winien, Ma. Przeklęci — syczał wtedy — po trzykroć przeklęci.

Kupiec Assmus Brouwer kochał pieniądze miłością prawdziwą, zaborczą, bardziej niż cokolwiek i bardziej niż kogokolwiek. Bawiło go jak nic na świecie lokowanie, pożyczanie na procent i pod zastaw, wyciąganie odsetek, zajmowanie majątku dłużników, sprzedaż — słowem pomnażanie. Świat jest, jaki jest — mawiał — trzeba być jednak uczciwym, zawsze, przede wszystkim, bez wyjątku — podkreślał na rozmaite sposoby i wedle swojego mniemania rzeczywiście tak postępował. To, co posiadał, stanowiło owoc jego pracowitości, jego i jego przodków. Mogli przecież siedzieć z założonymi rękoma, narzekać i pierdzieć w stołki, nie chcieli. Każdy ma według zasług. To takie proste. Żebracy powinni się zabrać do roboty, prostytutki wejść na uczciwą drogę, przyszli bankruci nie brać się za interesy, a kaznodzieje uczyć posłuszeństwa, skromności i dobrych obyczajów. Przestępcy powinni wisieć, nie tylko mordercy, tych należałoby ćwiartować, ale także złodzieje, wichrzyciele, wszyscy, którym na świecie się nie podoba. Assmus zrobiłby porządek. Wystarczyłoby trochę siły, bo stanowczości, ho, ho, stanowczości kupcowi z Amsterdamu by nie zabrakło.

Wiadomo, na świecie jedni ludzie są zapisani w księdze bogatych, inni w księdze ubogich. Nikt nic na to nie poradzi. Czy kot może urodzić psa, a myszka rozwinie skrzydła do lotu? Assmus miał szczęście, kapitan McCartney znacznie mniejsze, ale majtkowie na jego okręcie, których Szkot poganiał kopniakami, obrzucał przekleństwem, mieli szczęścia tyle co nic. O takich jak oni zwykło się mówić „muszą żyć, póki nie umrą”.

Assmus nigdy nie wybrałby się w podróż daleką do Gdańska, przecież od tego byli inni, ale z pewnych źródeł dowiedział się, że wzmiankowana w ostatnim liście choroba brata, Pietera Brouwera, pogłębiła się i ci, co go widzieli na łożu boleści, nalegali — jedź Assmus, to twój obowiązek.

Dwa domy przy ulicy Ław Chlebowych, jeden na Przedmieściu, gorzelnia w pobliskiej wsi albo dwie, tego dokładnie nie pamięta, oprócz tego pieniądze w papierach, lokatach i gotówce — cały majątek pozostałby w razie śmierci Pietera w rękach wdowy, co nie najzdrowsza od urodzenia, i dwóch córek–trzpiotek, gotowych wszystko to wnieść w wianie byle komu. Należało koniecznie być tam, na miejscu. Dodatkowym powodem podróży morskiej kupca z Amsterdamu była chęć sprawdzenia przedstawiciela jego firmy w Gdańsku, niejakiego Adriaena de Vosa, co do którego od pewnego czasu miał podejrzenia, że okrada go i to w najbezczelniejszy sposób. Dlaczego „w najbezczelniejszy”? To jasne — bo udawał drań uczciwego. Assmus w razie udowodnienia mu winy zamierzał posłać Adriaena de Vosa na szafot. Zmniejszyły się zyski, więc musi kraść — tłumaczył sobie — zmniejszyły się zyski i już samo to powinno wystarczyć do skazania. Sprawy należy doprowadzać do końca.

Gdyby Bóg dopuścił w swojej łaskawości, że Pieter przeżyje, Assmus będzie musiał z nim porozmawiać rzeczowo. Czy dalej zamierza go tak denerwować, czy też wreszcie, jak na Brouwera przystało, zawczasu opowie, co zamierza zapisać w ostatniej woli i komu. Wtedy może spokojnie chorować i umierać. Assmus nie będzie miał do niego żalu. W końcu każdy wcześniej czy później umrzeć musi. Powinien jednak być… uczciwy. Assmus to brat, jedyny. Krew, ta sama krew płynie w ich żyłach. Kto, jeśli nie on powinien zostać gwarantem testamentu, opiekunem wdowy i sierot. „Mamy takie niespokojne czasy. Bezinteresownych ludzi trudno znaleźć. Ludzie to wilcy” — układał w głowie zdanie po zdaniu. Czasem cmokał z zadowoleniem, innym razem, marszcząc brew, wracał do początku, wynajdował z Biblii ładnie brzmiące cytaty. Pieter jest lub też był taki ckliwie pobożny, chyba zaraził się tą chorobą od swojej małżonki, aż dziw, że doszedł do takich pieniędzy. Ma zawsze tyle niepotrzebnych skrupułów. „Gdyby złączyć obie fortuny albo choćby tylko przez jakiś czas — powiedzmy dziesięć lat — poobracać majątkiem, to morze na linii od Amsterdamu po Gdańsk kupiec Assmus Brouwer wykupiłby od Neptuna za gotówkę” — rozmarzył się Holender, lecz zaraz, przestraszony, wyciszył myśli. Nie chciał przecież drażnić żywiołu.

— Szkocie, daleko jeszcze? — zapytał kapitana. Wracający od dziobu McCartney błysnął oczami. Spodziewał się kolejnego podstępu.
— Wpław? — zakpił. Dobrze znał lęki lądowych szczurów.

Kupiec nie przywykł śmiać się z cudzych żartów.

— Oj, nieładnie, nieładnie tak sobie dowcipkować. Premia pójdzie na dno — podrzucił w ręku mały pieniążek i udawał, że ciska go za burtę. Tego było kapitanowi za wiele. Skończyła się jego cierpliwość.
— Jeśli z tobą, panie, niech idzie — burknął groźnie i poszedł w swoją stronę. Assmus śpiesznie splunął trzy razy za siebie dla odegnania złego, co potrafi uczepić się każdego, choćby i w złości tylko wypowiedzianego słowa.
— Kiedyś skończy w rybich wnętrznościach, nie inaczej. A potem zjedzą go morscy kompani w jakiejś tawernie, nawet się tego nie domyślając. „Węgorze i piwo!” — zamówią i zjedzą kapitana McCartneya, co miał nieszczęście urodzić się w najbardziej zafajdanej części tego globu — myślał z satysfakcją Assmus. Poprawiło mu to humor do wieczora. Wcześnie zasnął.

Tragedia zaczęła się nocą, nikt jej nie przeczuwał. Wiatr zerwał się nagle, jak wypuszczony z diabelskiego worka. Za wiatrem poszła fala. Pierwsze uderzenia były mocne, następne wywołały panikę.

— Toniemy! — krzyczał Assmus.

Kajuta podskakiwała wysoko, okręt tańczył swój ostatni taniec. Assmus rozpaczliwie przecierał oczy — to niemożliwe, to musi być sen. Kiedy się kładł, była znośna pogoda, a teraz… mój Boże! Przecież nie umiał pływać. Pójdzie na dno, woda wpłynie mu do gardła, rozepchnie brzuch. Kupiec amsterdamski, który tak wiele godzin spędził w pobliżu ciepłego, kaflowego pieca, teraz trząsł się jak w febrze. Założył, co miał, na siebie, i ruszył na pokład. W rękach ściskał szkatułkę, było w niej trochę drogocenności. Woda wlewała się po schodkach do środka okrętu. Wiatr szalał, unosząc w górę wachlarze zimnych kropel, i siekł nimi po twarzach marynarzy. Huczało potwornie. Nie było nic słychać prócz huku, wycia. Kapitan McCartney stał przy głównym maszcie, krzyczał coś, czerwony na twarzy z wysiłku. Wtedy pękł ster. Bosman trzymający koło wyleciał w powietrze jak wyrzucony z procy i zginął w ciemnościach. Wyglądał jak zjawisko, nie człowiek, lecz kometa.

Kucharz i jego pomocnik przywiązywali się pasami do masztu, inni poszli w ich ślady, zrzucono łódź ratunkową, lecz jedna fala zgruchotała ją jak łupinę orzecha, a druga połamanym drewnem rzuciła po pokładzie. Assmus, na czworaka, czepiając się wszystkiego, co dawało oparcie stopom lub dłoniom, dobrnął do kapitana. Z przerażeniem patrzył jak sinoczarna woda, mlaszcząc, podnosi się, rycząc, atakuje. Ujrzał dwóch majtków zaplątanych w liny. Otchłań bawiła się z nimi jak kot z myszą, niby dawała im czas na ucieczkę, lecz jej czujne oko śledziło każdy ich ruch, aby w pewnym momencie z niespodziewanej strony uderzyć, ogłuszyć i wessać. Kapitan McCartney stał nad Assmusem jak Herkules, miał muskularne nogi i buty przeżarte morską solą. Do tych butów ze świńskiej skóry przypadł amsterdamski bogacz, krzycząc — Ratuj!

Szkot spojrzał na niego z obrzydzeniem i złością, wciąż wydawał rozkazy, choć sensu ich Assmus zupełnie nie rozumiał. Kto ich słuchał, na kogo grzmiał głos kapitana, skoro cała załoga zajęta była tylko sobą?

— Giniemy! — wrzeszczał Assmus. Jego hebanowa szkatułka, inkrustowana masą perłową, trzymana nie tak mocno jak buty, wyślizgnęła się spod palców, powędrowała po deskach mokrych i śliskich jak po wielkim myciu z mydlinami na koniec pokładu, gdzie balustrada, a za nią śmierć. Podskoczyła prawie wesoło i przepadła.

Ujrzał to Szkot, zaśmiał się i szarpnąwszy Assmusem, postawił go na drżących nogach.

— I co! — ryknął mu w twarz. — Boisz się, draniu! Całe swoje życie wysługiwałem się takim jak ty, ale teraz koniec, na zawsze i ze wszystkim, koniec.

Pokład załopotał jak flaga, nagły dreszcz przebiegł po burcie, trzasnęło raz i drugi.

— Twoja kotwica poszła na dno, Holendrze — wskazał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała szkatułeczka. — Teraz pora na ciebie. Tam skarb twój, gdzie serce twoje — rzucił Assmusem na balustradę.
— Nie! — krzyczał Assmus, ale nikt nie chciał go słuchać, oddalało się od niego życie, uciekało, a on starał się je pochwycić, lecz nogi cofały się, a tam, z tyłu, huczało to, co miało go zabrać. Złapał balustradę, ale ona przestraszyła się widać i rzuciła do ucieczki. Znów trzasło i grubiutki kupiec grubiutkim tyłkiem wbił się w fale, przed sobą trzymał potężny kawał drewna jak lirę i śpiewał, śpiewał, aż łzy sypnęły się z niebios. Zamknął oczy, przestał słyszeć, miał wrażenie, że przepływa tuż nad nim, jak ogromny wieloryb, wielka Arka Noego, pełna zwierząt i z miejscem także dla niego.

Dlaczego nie popłynął z Noem, dlaczego wybrał kapitana McCartneya?

Usłyszał krzyk mew nad sobą. Otworzył oczy. Ujrzał niebo. Było ciemne, pędziły po nim ogromne chmury. Chyba nigdy takich nie widział, choć w kraju, z którego pochodził, chmur nie brakowało. Wiatr zdawał się je kierować wprost na leżącego. Assmus bał się. Ból wypełniał mu piersi, nie czuł nóg, nie mógł poruszyć głową, tylko ręce, jak dobrze, że choć one, wykonywały rozkazy.

„Palce mam grube, lecz nie aż tak, a więc spuchły” — pomyślał, dotykając nimi piasku, który był mokry i ziarnisty jak piasek na plaży. Po jednej stronie tułowia i po drugiej taki sam. Szum morza wyciągał po niego ramię. Wydawał się bliski, niebezpiecznie bliski. Assmus przełknął ślinę, coś załomotało w skroniach, otworzył usta i chciał wyszeptać „żyję”. Nie usłyszał dźwięku, ale go sobie wyobraził. „Język jest martwy. Jakie to skomplikowane — pomyślał — wydobyć z siebie słowo”. Potem zasnął wbrew sobie, bo pewny był, że się już nie obudzi. Kiedy znów otworzył oczy, była noc. Mewy przestały krzyczeć, chmury latać. Morze, szumiąc, wciąż upominało się o rozbitka złowieszczo. — Wróć, wróć — naciskało, a w uszach Assmusa ten pomruk stawał się coraz mocniejszy i widział już oczami wyobraźni fale, co lgną do niego, łapią i powolutku wciągają w głębinę. Połykają i trawią.

Na domiar złego ręce, dotąd posłuszne woli, przestały istnieć. Wołał do nich, szukał wszędzie, nie było — zdrętwiały, odeszły. „Zapłaczę” — pomyślał holenderski kupiec z Amsterdamu, bo chwila wydała mu się być właściwa, ale był zbyt słaby. Różnobarwne mroczki migały mu przed oczami, czasem myślał, że to gwiazdy, częściej, że stracił wzrok i noc, którą widzi, jest nocą wieczną. „A więc taki jest mój koniec — rozważał w ciemnościach. — Marny”.

Próbował się modlić, okazało się jednak, że tak naprawdę to nie zna żadnej modlitwy do końca, a własnymi słowami modlić się nie potrafił, a może nie chciał. „Co mi z tego przyjdzie. Widocznie tak miało być” — starał się być dzielny, a jednak gdzieś tam, pod sercem, kłuło go, swędziało, męczyło.

Zawiodłeś się — szeptał ktoś w głębi ucha. — Nie spodziewałeś. Myślisz — „tak miało być”, ale kłamiesz. „Tak nie powinno być!” — krzyczy twoje serce. Zabierać Assmusa Brouwera ze świata, toż to niegodziwe. Kilkadziesiąt tysięcy gorszych znalazłoby się w samym tylko Amsterdamie. Sprawiedliwości nie ma.

Assmus miał wiele czasu na rozmyślania, przemierzył wzdłuż i wszerz swoje życiowe ścieżki, nic nie wzbudzało w nim niepokoju, z wszystkim, co zaszło, odczuwał żywy związek. „Nie popełniałem błędów, za każdym razem brałem tyle, ile tylko było można” — cieszył się wspomnieniami. Nie wiedział, ile mogło minąć godzin.

Przez krótką chwilę wydało mu się, że usłyszał głosy. Nasłuchiwał, a gdy przestał, głosy pojawiły się ponownie, były wyraźniejsze. Zbliżały się, raz czy dwa rozpoznał słowo, potem całe zdanie. — „Tatuś się będzie gniewał”. — O, Boże — pomyślał i westchnął. O mało nie stracił przytomności. Głos utkwił mu w gardle i nie pojawił się wyżej, nie usłyszało ucho — „Ratunku!” tylko dźwięk podobny do gęsiego „gę” lub jęku kopniętego psa. Assmus rozumiał, och, jak dobrze, jak mocno rozumiał, że albo teraz, albo nigdy. Kimkolwiek są, stanowią jego ostatnią deskę ratunku. Bez ich pomocy zgaśnie.

Szum morza wzmagał się, gdy on z głębin swojego nieistnienia dobywał, unosił i wyrzucał pomruki tyleż rozpaczliwe, co słabe. Stracił nadzieję, rozpadał się, resztka świadomości usiłowała utrzymać go na powierzchni, ale w końcu omdlała, pogrążyła się, przepadła. Coś jednak musiało pozostać z Assmusa w rzeczywistości, jakieś czułe miejsca wciąż jeszcze funkcjonowały na ciele bezwładnym, bo pośród tego, co pojawiało się w jego głowie, rozpoznawał twarze dziwne, niby dziecięce, lecz pokrzywione. Słyszał głosy piskliwe, unosił się i opadał. Podróżował pośród prawdziwej lub urojonej nocy.

Obudził się ponownie. Wstrząsnął nim ból, jakiego nigdy dotąd nie doświadczył. Całe ciało wyło, a on, gdzieś w środku, myślał, że śmierć byłaby chyba lepsza od tego, co stało się jego udziałem. Błogosławił rzadkie chwile całkowitej utraty świadomości. To, co dostrzegał wokół siebie, przypominało rybacką chatę. Choć w jego rozgorączkowanym wzroku podskakiwało, szamotało się, pęczniało wszystko, zdołał jednak rozpoznać znajome kształty: ławy, stół, półkę, na jednej ze ścian okno, na innej drzwi. Czuł, że ktoś go dogląda, lecz dotąd nie widział swojego opiekuna.

Tak mijały dni i tygodnie, mogły minąć miesiące i lata. Kupiec amsterdamski Assmus wracał do zdrowia, był to powrót naprawdę z bardzo daleka. Odzyskiwał siebie kawałek po kawałku. Nie tylko czucie w palcach, które pojawiło się jako pierwsze, nie tylko stopy, zdawałoby się bezpowrotnie stracone, i kolana, do niedawna jak z drewna, i szyję, tę szyję, której zdradę tam, na plaży przyjął najciężej. Powróciły znajome procesy, a skoro one, to już było znakiem, że funkcjonuje. Assmus Brouwer jeszcze w rybackiej chacie, ale już jedzący, trawiący i wydalający.

Zanim jeszcze odzyskał mowę, ujrzał swego opiekuna. Starzec miał niewiarygodnie brzydką twarz, prawie czarną od brudu, pokrytą bliznami po wrzodach, które maskowała broda rudego koloru. Pod nosem ogromnym, niekształtnym, tkwiły rzadkie wąsy, niżej usta wąskie i blade, prawie sine. Jego oczka spoglądały na Assmusa — dostrzegał to — bezczelnie. Kupiec usiłował zadawać mu pytania, pisząc palcem po nakryciu, zrozumiał niebawem, że dziad był niepiśmienny. Tymczasem język poszarpany przez zęby goił się najwolniej. Assmus codziennie kilkakrotnie ponawiał próby powiedzenia choćby jednego, krótkiego słowa. Zależało mu zwłaszcza na tym, aby dowiedzieć się, gdzie jest i jak szybko można stąd dotrzeć do Gdańska. Mieli wszak niebawem minąć Hel i wpłynąć w zatokę. W Gdańsku wydobrzeje, napisze listy i ruszy lądem, tylko lądem i już zawsze lądem do Amsterdamu — oby się nigdy stamtąd nie wyprawiał.

Interesy czekają. Bóg jeden wie tylko, ile stracił przez swoją bezczynność. Trzeba będzie zakasać rękawy. A jeżeli sądzą, że umarł? Co wtedy? Tego obawiał się najbardziej. Jego brat z Gdańska, ten świętoszkowaty Pieter, mógł tymczasem wyzdrowieć i teraz albo za parę tygodni zajmie w Amsterdamie kantor i wszystko, wszystko. Z pewnością pośpieszy się. Co robić? Co robić? Pytanie to budziło go nocami. Wciąż nie mógł wstawać, ołowiany tyłek ciążył, napięta cięciwa kręgosłupa tkwiła w nim jak miecz czasem lodowaty, a czasem gorący niczym płomień. Opiekun pojawiał się rzadko. Rzadziej niż powinien — denerwował się Assmus. Przynosił zupę, tylko zupę, w dodatku wciąż tę samą — chyba rybną, bo znaleźć w niej można było ości i rybie głowy. Wyglądała jak wywar ze szmaty, którą wcześniej używano do zmywania podłogi, smakowała zdaje się podobnie.

Jego dzieci, te same, które przytargały kupca z plaży do chaty ojca, nie pokazywały się w izbie wcale. Ich śmiech i wesołe rozmowy słychać było przez ścianę, czasami spoglądające przez okno przyłapywało słońce. Rzucały cień na podłogę. Uciekały, zanim Assmus zdążył się im przyjrzeć. „Jeśli są tak urodziwe jak ojciec, powinienem się cieszyć, że nie muszę ich oglądać. Potworki” — pomyślał. — Potworki — powiedział. Język, jego język zdecydował się mówić. Kupiec był wstrząśnięty. „Po–twor–ki” — choć brzmiały jak „Powolki” — były wyraźne. Rozpłynęły się na ustach Assmusa w uśmiechu. Mówię, więc jestem — ucieszył się. — Mówię, więc zaczynam swoje rządy. Czekał niecierpliwie na przyjście stwora o ziemniaczanej twarzy, któremu zawdzięczał życie. Denerwował się bardzo jego nieobecnością. Czas gonił go przecież. Teraz, gdy wreszcie może pytać, musi mieć szybko odpowiedź. Musi natychmiast ruszyć stąd. Niech się martwią, jak i za ile. Zwróci wszelkie koszty, oczywiście, jeżeli nie będą zbyt duże. Szalone podniecenie wypełniało Assmusa, jak wcześniej wypełniał go ból. Ach, życie, cudowne życie, teraz dopiero da wszystkim do wiwatu. Odbije sobie.

Jęk drzwi złożył skrzydła jego marzeń. Opadł na łoże. Podobna do ziemniaka twarz wyłoniła się ze szczeliny, błysnęło oko. Usta skrzywiły się w uśmiechu.

— Nie śpi — wymamrotał. Drzwi za sobą pozostawił uchylone. Sine niebo ujrzał Assmus w tej szczelinie i piasek, usłyszał skrzekliwe mewy i skrzekliwe dzieci–potworki. Ich cienie znów podpełzały do okna.
— Jeść — powiedział długonosy, podchodząc do garnka.
— Jeść, jeść — powtarzał, a brzmiało to jak szczek. Oblepioną łyżką zamieszał w osmalonym garnku.
— Jeść — mrugnął okiem do Assmusa.

Kupiec wzdrygnął się. Co za okropny człowiek — myślał, usiłując udać zadowolonego. Co za okropne miejsce — starał się nie rozglądać po ścianach. Potworny brud wyglądał z każdej szczeliny, robactwo wszelkiej maści poruszało się wokół, żywiło, umierało.

Zeschłe trupy karaluchów leżały na stole. Assmus miał podejrzenie, że pożera je nocą wielki pająk z sieci pod oknem. Co kilka dni ginął następny.

Assmus zrobiłby wszystko, aby się stąd wydostać jak najspieszniej.

— Dobry człowiek — wycedził.

Opiekun spojrzał zdziwiony.

— Mówi — powiedział. — To dopiero. Mówi! — krzyknął do dzieci.
— Dziękuję, bardzo, za wszystko — kupiec mówił powoli, a „dobry człowiek”, kucając przy nim, zdawał się wyławiać każde słowo wprost z jego ust. Był przejęty.
— Mówi — mamrotał od czasu do czasu. Przy drzwiach zrobiło się głośniej. Gromadka cisnęła się do progu, a jednak obawiała się go przestąpić. Assmus uśmiechał się błogo.
— Jestem bogaty — szło mu ze słowa na słowo lepiej — kupiec, zapłacę, chcę do Gdańska albo Amsterdamu.

Opiekun położył mu palec na ustach.

— Dzieci! — zawołał. — On chce do Gdańska albo Amsterdamu. — Powtórzył głośno. Dzieci zachichotały przyjaźnie. Ich blade cienie przepychały się przy wejściu, tuż za progiem. Opiekun cofnął palec.
— Niech mówi.

Pogłaskał tym palcem Assmusa po czole. Było pokryte gęstym, zimnym potem. Kupiec amsterdamski zapytał — Gdzie jestem? Czy daleko…

Nie dokończył. Cały świat wokół zaniósł się śmiechem, starzec złapał się za brzuch.

Assmus ujrzał jego czarną gębę i nieliczne, brązowe, pokrzywione i połamane zęby. Odór czosnku rzucił się na twarz chorego. Liczne cienie wypełniły małą izdebkę wokół łoża. Zrobiło się ciasno i duszno.

— Gdzie jesteś? — rechotał rybak–nie rybak, opiekun–nie opiekun, ojciec–nie ojciec. Opuścił głowę i spojrzał swoimi zimnymi jak lód oczami w oczy kupca.
— W piekle.

Zza jego pleców wyjrzały szkaradne buziaczki małych diabląt, śmiejąc się, pociągały nosami jak świnki, drapały się pod pachami i podskakiwały.

Opowiadanie z książki Nocny sprzedawca owoców, która ukazała się właśnie hakładem wydawnictwa „W drodze”.

Ostatnia podróż Assmusa Brouwera
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz.Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....