Obrońcy pokoju

Obrońcy pokoju

Łatwo mówić o pokoju z „bezpiecznego” dystansu, faszerować opinię publiczną wyszukanymi formułkami, powtarzać znane slogany, rozgrywać swoje partyjne szachy, żerować na ludzkiej nieświadomości, nieszczęściu i emocjach. Żadna wojna nie jest sprawiedliwa, bo w każdej giną niewinni ludzie. Ale i pokoju nie obronią niesprawiedliwi, co najwyżej mogą doprowadzić do sytuacji, w której najbardziej liczyć się będą: cynizm, hipokryzja, przebiegłość, wyrachowanie, i obojętność.

„Bóg nam świadkiem, że nie chcieliśmy tej wojny” — pisał 1 września 1939 roku Wladimir d’Ormesson. Stały komentator wydarzeń, publicysta i od maja 1940 roku ambasador Francji przy Stolicy Apostolskiej przekonywał, że jego kraj przez lata czynił wiele, by uratować pokój, choć ten był nieustannie negowany i deptany. We francuskich dziennikach nie zapomniano opublikować odezwy Adolfa Hitlera do swojej armii, tłumaczącego agresję odrzuceniem przez państwo polskie pokojowych zasad współistnienia. Kilka dni później, zamieszczając apel Piusa XII do „rządów i narodów”, by odłożono broń i powrócono do dialogu, prasa donosiła również… iż paryskie domy mody pracują (urbi et orbi) pełną parą i robią wszystko, by stroje na najbliższy sezon były eleganckie, piękne, bogate i wygodne. Prezentując kolekcje „Molyneux” czy „Lucien Lelong”, niektóre dzienniki zapewniały: nie chcemy żadnej wojennej mody!

Wiosną 1940 roku skąpe wieści z Oslo i Narviku mieszały się z informacjami o triumfalnym tournée Komedii Francuskiej na Bałkanach, śmiechu Grety Garbo (skłaniającym do śmiechu!), aktorskim sukcesie Edith Piaf w Głosie ludzkim Jeana Cocteau czy… pocieszająca wiadomość o przedłużeniu sezonu grzewczego do 1 maja. „Przypadek Hitlera pasjonuje astrologów” — donosiło jedno z pism. Rewelacje typu „Francja powstrzyma nazistów” zakłócały zapowiedzi, iż… nawet w gorące dni „Paryżanie nie będą mogli otwierać okien”.

Klęska przyszła niespodziewanie i prędzej niż przypuszczano, ale też szybko powróciła nadzieja na stabilizację. „Kanclerz Hitler i marszałek Pétain są zgodni co do zasad współpracy na rzecz przywrócenia pokoju w Europie” — pisały dzienniki. Zaś dwa miesiące później informowały, iż „de Gaulle, Catroux i Larminat nie są już Francuzami”. „Nowy rok będzie rokiem nadziei” — zapewniał pétainowski minister wojny, generał Huntziger.

Wielu francuskich „obrońców pokoju” ogromnie zasłużyło się w czasie okupacji, uczynili wystarczająco dużo, by ich rodacy mogli szeroko otwierać okna. Nieprzeciętny głos Edith Piaf podnosił na duchu także niemieckich żołnierzy. Ten, który swoim Głosem ludzkim walczył „przeciwko estetom” i snobom, udowodnił, że „sztuka siły wyrazu” potrafi prowadzić do działań bez wyrazu, natomiast własna estetyka więcej czasem znaczy niż etyka i, jeśli zachodzi dziejowa konieczność, można służyć snobom tak własnym, jak i cudzym. Lista zasłużonych „dla pokoju” jest bardzo długa. Duch oporu wcale nie był powszechny. Mit Résistance i narodowego pospolitego ruszenia przeciwko najeźdźcom powstał znacznie później, post factum i — jak zazwyczaj bywa — przeciw faktom.

„Ludzki gest czy chwyt propagandowy?” — pytano w 1992 roku, kiedy prezydent Francji François Mitterrand odwiedzał Sarajewo. Dlaczego nie zrobił nic, kiedy w Wilnie ginęli niewinni ludzie? Dlaczego przymykał oczy na to, co czyni Moskwa? Dlaczego Francja prowadzi podwójną grę w konflikcie w Zatoce Perskiej? Dlaczego dwuznacznie zachowuje się wobec reżimu Miloszevicia? Podobne pytania i wątpliwości pojawiały się często, nie tylko za kadencji poprzedniego prezydenta. André Glucksmann, filozof i publicysta, u początków bałkańskiego konfliktu przestrzegał przed „filozofią dozorcy” i brakiem woli działania. Jean d’Ormesson, pisarz i członek Akademii Francuskiej, wyrażał obawy, czy cokolwiek pomoże „demonstracja siły”. Nieliczne, zbrojne interwencje w Bośni–Hercegowinie najbardziej zaciekłych przeciwników znalazły wśród komunistów.

Francja wciąż próbuje odgrywać rolę światowego mocarstwa, choć nie ona decyduje o układzie sił. Kiedy słucha się wypowiedzi niektórych „wysokich funkcjonariuszy” na temat batalii o Kosowo i honor Europy, przypominają się wypowiedzi takich polityków, jak Edouard Daladier, Marcel Cachin czy Paul Reynaud, którzy nie szczędzili swoim rodakom propagandowych haseł. Dawna retoryka antymilitarystyczna czy mocarstwowa niewiele w gruncie rzeczy różni się od obecnej.

Przed laty, w swoich szkicach o języku polityki Mowa do ludu,Jakub Karpiński pisał: „Grecki źródłosłów mają słowa «demagogia» i «demagog» oznaczające dosłownie przewodzenie ludowi. Współcześnie «demagogia» oznacza umiejętność odwoływania się do potrzeb i uprzedzeń tłumu i wykorzystywania tych potrzeb i uprzedzeń dla celów politycznych”.

Sztuka demagogii wciąż rozkwita i raczej nie grozi jej regres. Do opinii badacza sowieckiej nowomowy można by dodać, że dziś (jak dawniej) niektórym nie wystarcza odwoływanie się do „potrzeb i uprzedzeń”, dlatego je tworzą, pielęgnują i podsycają. Bynajmniej nie jest to umiejętność zarezerwowana dla dyktatorów i tyranów.

Komuniści, którzy w imię pokoju protestowali przeciw rozszerzeniu NATO o Czechy, Węgry i Polskę, przyznali sobie „prawo do autodeterminacji”. Robert Hue, pierwszy sekretarz Francuskiej Partii Komunistycznej, odwołując się do formuły Jaquesa Préverta, nazwał działania sojuszu w Jugosławii głupotą (żeby nie powiedzieć: kretyństwem, bo słowo connerie można różnie tłumaczyć). Allain Krivine z Rewolucyjnej Ligii Komunistycznej i Arlette Laguiller z Walki Robotniczej potępili amerykański imperializm, nic jednak nie mówiąc o rosyjskiej, mocarstwowej retoryce. Według Philippe’a de Villiers z Ruchu na Rzecz Francji, jego kraj daje się wodzić za nos Amerykanom i europejskim partnerom. Także dawny minister spraw wewnętrznych, Charles Pasqua, i obecnie piastujący ten urząd Jean–Pierre Chevenément postanowili bronić swojej ojczyzny przed aliantami, imperializmem i Ameryką. Zdaniem Bruno Mégreta z Frontu Narodowego — Ruch Narodowy, francuski prezydent i premier są lokajami Stanów Zjednoczonych.

„Bombardowania! Francuzi są przeciw”, doniósł pod koniec marca „Le Parisien”. Według sondażu przeprowadzonego przez CSA Opinion, 62% badanych winą za naloty obarczyło Slobodana Miloszevicia, 25% — rząd amerykański, 6% — Armię Wyzwolenia Kosowa, 5% — kraje Unii Europejskiej. 40% było za, a 46% przeciwko udziałowi Francuzów w bombardowaniach. Naloty anglo–amerykańskie zaakceptowało 23% respondentów, 63% było przeciw. Gazeta zamieściła rysunek przedstawiający prezydenta Jugosławii odpowiadającego na paryską ankietę: „osobiście jestem za wojną, ale przeciwko bombardowaniom…” Owa satyra jest przewrotną, ale i trafną ilustracją do obecnej sytuacji, mimo że — dla odmiany — według sondażu IPSOS, przeprowadzonego w tym samym czasie dla „Le Journal du Dimanche”, interwencję NATO zaakceptowało 57% (bez zastrzeżeń 18%) i udział w niej Francuzów 59% (bez zastrzeżeń 23%). Trzeba pamiętać, że „opinia publiczna” jest zależna nie tylko od rozwoju wydarzeń, ale i od rządców dusz, od propagandowej retoryki i mniej lub bardziej demagogicznych wystąpień polityków. Tych z kolei często, bardziej niż sytuacja na Bałkanach, interesują ewentualne partyjne korzyści i własna kariera.

„Nie ulega wątpliwości, że w szeregach pacyfistów istnieje ogromna ilość ludzi szczerze zaniepokojonych i przestraszonych, ludzi o zacnych zamiarach. Jestem głęboko przekonany, że zdecydowaną większość stanowią ludzie szczerzy i uczciwi. Ale podobnie jak w latach pięćdziesiątych, jest tam wystarczająco dużo komunistów, ludzi obłudnych i pragnących sławy zawodowych spekulantów politycznych, zastraszonych burżujów i ludzi młodych, zdecydowanych na kontestację dla kontestacji; są tam również […] nieprzezwyciężeni duchowni katoliccy z podejrzaną «misją» i masa ludzi głęboko wierzących, że Pan wybrał ich, by czynili pokój na Ziemi” — pisał w swojej książce Pacyfiści kontra pokój Władimir Bukowski. Jego słowa, choć dotyczyły innej epoki, pozostały w dużej mierze i dziś aktualne. Sowiecki dysydent i przymusowy pacjent specjalnych zakładów psychiatrycznych uważał, że dla zapewnienia rzeczywistego pokoju należy współpracować z ofiarami, a nie z ich oprawcami. Podczas stanu wojennego w Polsce protestował przeciwko zaproszeniu przez Światową Radę Pokoju (na Międzynarodowy Kongres Obrońców Pokoju w Danii) „przedstawiciela polskiej junty”, którego „ohydne kłamstwa […] spotkały się z owacją zebranych «gołąbków pokoju»”. Nie godził się na paktowanie z tyranami i zstępowanie w Epokę Ciemności. Ostro potępiał „efektowne frazesy” i „tandetne hasła”.

Czy zatem niegdyś należało zasiadać do stołu obrad z takimi osobami jak Hitler czy Stalin? Czy trzeba było — jak czyniło wielu francuskich intelektualistów — jeździć do Kraju Rad i brać udział w propagandowej komedii? Czy odpowiednimi partnerami rozmów byli: Ceausescu, Marcos, Mobutu, Castro, Chatani…? Czy na dialog zasługuje przywódca Chin albo białoruski satrapa? Czy serbski dyktator, który już tyle razy udowodnił, że nie respektuje ani umów, ani cywilizowanych zasad, powinien być traktowany jak każdy inny władca i polityk? „Na dialog nigdy nie jest za późno” — powtarza obecny Papież. Do dialogu muszą być spełnione określone warunki i jest on zależny od woli obu stron. Według zasad przyjętych przez Deklarację powszechną praw człowieka i konstytucje Vaticanum II,musi się on opierać na prawdzie, tolerancji, ludzkiej godności oraz wolności osobistej i obywatelskiej. Paweł VI w encyklice Ecclesiam suam wyjaśniał, iż dialog musi wypływać z miłości i powinien być uprzejmy, życzliwy, serdeczny, wolny od uprzedzeń, nacisków, prowadzony „w atmosferze całkowitej wolności”.

Trudno w warunkach wojny i czystek etnicznych mówić o jakimkolwiek dialogu. Czy jednak porozumienie jest godziwe i wtedy, kiedy wprawdzie nie ma działań militarnych, ale o granicach decyduje polityka faktów dokonanych? Czy należy paktować z kimś, kogo nie interesują żadne normy, konwencje czy traktaty? Czy zwyciężać mają argumenty siły? Co będzie, jeśli zwycięży idea Wielkiej Serbii i dojdzie do parcelacji Kosowa albo… kiedy dojdą do głosu ci, którzy marzą o Wielkiej Albanii? Wreszcie, co zrobić z najbiedniejszymi, najbardziej pokrzywdzonymi, wypędzonymi ze swojej ziemi, pozbawionymi dorobku całego życia, skazanymi na poniewierkę lub zagładę? Jak położyć kres katastrofie humanitarnej? Jak zaprowadzić pokój na Bałkanach?

„Nigdy jeszcze nie udało się zachować pokoju histerycznym pragnieniem przeżycia za każdą cenę” — pisał Władimir Bukowski. Zdaniem eksperta ds. bezpieczeństwa brytyjskiego Royal United Services Institute, Jonathana Eyla, nikt nie chce ponosić ofiar, „żaden europejski rząd nie chce wysyłać swoich żołnierzy” do Kosowa.

Mało kto chce ginąć za Prisztinę, choć może się to okazać ponurą konsekwencją podjęcia działań wojskowych. Zatem różne mogą być odmiany pacyfizmu. Pokój, niestety, nie jest sprawą tygodni czy miesięcy. Jest kwestią lat i pokoleń. Arcybiskup Sarajewa zapytany przez francuskiego dziennikarza o sytuację w Bośni i Hercegowinie odpowiedział, że raczej należy mówić o wstrzymaniu działań wojennych, a nie o pokoju, bowiem ten trzeba będzie dopiero zrekonstruować. Kardynał Vinko Pulić uważa, że dialog prowadzący do przebaczenia jest jedyną drogą, na razie jednak nie jest przestrzegana zasada równości, ani zagwarantowane prawo do swobodnego poruszania się. Droga jest zatem bardzo długa, trudna i niebezpieczna.

Łatwo mówić o pokoju z „bezpiecznego” dystansu, faszerować opinię publiczną wyszukanymi formułkami, powtarzać znane od dziesięcioleci (a nawet stuleci) slogany, rozgrywać swoje partyjne szachy, żerować na ludzkiej nieświadomości, nieszczęściu i emocjach. Nietrudno krzyczeć z partyjnej trybuny lub na ulicy, manipulować tłumem, czynić z siebie obrońcę ładu i strażnika porządku. Łatwo obnosić się ze swoim patriotyzmem i popisywać elokwencją, powtarzać ogólniki, które nic nie kosztują. Bez problemu można głosić wygodne prawdy, niewygodne przemilczać, zbijać kapitał na niedomówieniach, straszyć wizją zagłady lub mamić obietnicami bez pokrycia (czynią to zresztą nie tylko pacyfiści, ekolodzy, komuniści, trockiści, skrajni przywódcy polityczni czy spolityzowani działacze związkowi).

Św. Augustyn twierdził, że „pokój niesprawiedliwych w porównaniu z pokojem sprawiedliwych nie zasługuje nawet na nazwę pokoju”. Sprawiedliwi przedkładają porządek nad bałagan i prawość nad nikczemność. Nawet w bezładzie — wyjaśniał autor dzieła O państwie Bożym — można w jakiejś części zachować pokój, daleko mu jednak do „pokoju wszechrzeczy”. Na ziemi nigdy nie będziemy „społecznością doskonale uporządkowaną”, ale nie oznacza to, że musimy żyć w nieładzie czy stwarzać pozory ładu, kierować się niskimi pobudkami, wygrywać na przegranych, nazywać zwycięstwem rozumu, woli czy rozsądku to, co dla nas wszystkich jest klęską.

Żadna wojna nie jest sprawiedliwa, bo na każdej giną niewinni ludzie, podjęcie działań zbrojnych może być w najlepszym wypadku uzasadnione. Ale i pokoju nie obronią niesprawiedliwi, co najwyżej mogą doprowadzić do takiej sytuacji, w której najbardziej liczyć się będą: cynizm, hipokryzja, przebiegłość, wyrachowanie i obojętność.

Paryż, 3 kwietnia 1999 roku

Obrońcy pokoju
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...