Błogosławieni ubodzy w duchu…

Błogosławieni ubodzy w duchu…

Być ubogim w duchu, to zgodzić się na całkowitą zależność. Korzystam z czasu, dobrego samopoczucia, planów, wyobrażeń na temat siebie, innych, Boga, ale za chwilę Pan może zaprosić mnie do pozostawienia mojego świata.

Pierwsze skojarzenie ze słowem „ubogi” przywodzi na myśl nędzarzy, żebraków — kojarzy się z materialną biedą. Czy jednak błogosławieństwo ubogich w duchu oznacza to samo, co „idź, sprzedaj, co masz, i rozdaj ubogim”? Oczywiście, czytając to błogosławieństwo w kontekście przypowieści o bogaczu i Łazarzu, musimy stwierdzić, że sukces i pomyślność na tym świecie są niezwykle trudne do pogodzenia z pomyślnością w świecie przyszłym. Pan Jezus wyraźnie mówi, że „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt 19,24). Nie wolno więc treści tego błogosławieństwa zbytnio „przeduchowić”, ale też nie wszystko sprowadza się do ubóstwa materialnego; rozdanie całego swego majątku nie sprawia automatycznie, że staję się ubogi w duchu. Można bowiem posiadać dużo i być wolnym, a można też mieć bardzo niewiele i być ogarniętym żądzą posiadania.

Cóż zatem znaczy posiadać? Szukając odpowiedzi na to pytanie, dobrze jest cofnąć się do Adama i Ewy. Szatan zwiódł pierwszych rodziców, wsączając w ich serca podejrzliwość wobec Pana Boga: „będziecie tacy jak Bóg; On ukrył przed wami tajemnicę, którą wy na własną rękę musicie poznać”. Dali sobie wmówić, że muszą „zdobyć” podobieństwo do Boga; jakby nie pamiętali, że noszą je w sobie, że zostali stworzeni na Jego obraz, że są dziećmi Króla. Człowiek zapragnął osiągnąć podobieństwo do Boga — chciał przywłaszczyć je sobie jako wartość samą dla siebie, a zapomniał, że nie musi nic robić, by je mieć, bo otrzymał je w darze. Pragnął panować jak Bóg; uwierzył diabłu, gdy ten sugerował, że Stwórca nie chce jego szczęścia. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to doprowadzi do dramatu potraktowania Boga jako przeciwnika.

Grzech pierworodny był początkiem nie kończącej się gonitwy za wielkością, za potęgą i władzą, za niezależnością. Szatan zdeformował człowiekowi pojęcie posiadania; wmówił, że posiadać można tylko to, co zdobyte własnymi rękami, co sobie zagarnę — że można mieć coś naprawdę tylko wtedy, gdy jest się panem, całkowicie niezależnym od źródła życia, od miłości — od Boga. Taka całkowita niezawisłość od Stwórcy nazywa się pychą. A ta z kolei jest przeciwieństwem pokory, określanej często jako stawanie w prawdzie — uznanie, że nie jestem panem życia, ale otrzymałem je w darze. Jest więc pycha ucieczką od prawdy o Bogu i człowieku. Jest dezercją z rzeczywistości.

Kim jest zatem człowiek ubogi? Biblijne określenie ‘anawîm Jahwe — ubodzy Pana oznaczało ludzi, którzy najczęściej przegrywali, byli na marginesie życia społecznego, nie byli panami swojego życia. Nieustanna zależność uczyła ich pokory. Trudniej im zatem było ulec złudzie panowania. Czy znaczy to, że aby być błogosławionym, trzeba przegrać? Chrześcijaństwo byłoby religią outsiderów?

A może dzisiejsi ubodzy w duchu to ludzie biznesu, którzy obracają wielkimi sumami pieniędzy i z dnia na dzień mogą stracić wszystko, żyjący w nieustannym napięciu z powodu ryzyka podejmowanych decyzji? Może ‘anawîm Jahwe to ci, którzy tracą pracę? Może też są nimi ludzie, którzy przez lata walczą ze swymi nałogami? Ile w życiu jest obszarów ubóstwa — bezradności, kiedy rzeczywistość wymyka się spod kontroli: nie dotrzymane terminy, choroba bliskiej osoby, rozbite małżeństwo rodziców.

Każdy człowiek — niezależnie od tego, czy ma konto w banku, czy nie — może odkryć w swoim życiu wymiar ubóstwa — przestrzeń, w której nie wszystko od niego zależy. Błogosławieństwo ubogich w duchu nie jest więc tożsame z nakazem „idź, sprzedaj, co masz” (te słowa nie odnoszą się bowiem do każdego powołania w Kościele). Owszem, jest swoistą przestrogą: uważaj na to wszystko, co może stać się dla ciebie bożkiem. Bogactwo materialne, jako że przynosi często poczucie panowania, niesie ze sobą szczególne niebezpieczeństwo. Równie niebezpieczne jest piastowanie władzy. Nie tylko politycznej czy gospodarczej, też na przykład rodzicielskiej. Nade wszystko błogosławieństwo ubogich w duchu jest zaproszeniem: odkryj i uznaj swoje sytuacje ubóstwa. Ktokolwiek widział na przykład człowieka chorego lub sam był chory, wie, na czym polega doświadczenie zależności. Te i inne sytuacje ubóstwa niosą błogosławieństwo, bo przypominają, uczą, że otrzymałem życie w darze. Chodzi zatem o to, by nie uciekać od tych sytuacji za wszelką cenę, nie odcinać się od nich. One bowiem uczą pokory.

Paradoksalnie, przykładem człowieka, który nie jest ubogi w duchu, jest jedna z bohaterek C. S. Lewisa, która wydaje się bardzo skromną i pokorną osobą — staruszka, która nic nie posiada, nie musi już — jak wielu młodych — o nic walczyć. Jak bardzo pasuje ona do potocznego wyobrażenia na temat ubogich w duchu. Nie pragnie bowiem niczego poza jedną, dobrze wypieczoną grzanką. Ktokolwiek próbuje uczynić zadość jej — tak przecież skromnemu — pragnieniu, doznaje zawodu, bo okazuje się, że grzanka nigdy nie jest dość dobrze wypieczona. W gruncie rzeczy tylko ta kobieta wie, jak powinno się ją przyrządzać. Jej „bogactwo” (i dramat zarazem) polega na tym, że zatruwając sobie życie, zatruwa je innym. Ona posiada tę jedną grzankę i to stanowi jej sposób panowania nad innymi, nad światem. Decyduje o tym, co jest dobrem, co jest szczęściem. Zaimpregnowana we własnej koncepcji szczęścia nie jest w stanie przyjąć tej miłości, którą próbują jej okazać najbliżsi.

Jakże pięknie o doświadczeniu ubóstwa, które staje się błogosławieństwem, ponieważ uczy prawdziwego bogactwa — Boga, mówi w jednym ze swoich wierszy Emily Dickinson:

Wody — uczy pragnienie.
Brzegu — morskie przestrzenie.
Ekstazy — ból tępy jak ćwiek —
Pokoju — o Bitwach pamięć —
Miłości — nagrobny Kamień —
Ptaków — Śnieg.

Czym zatem jest to szczęście, określane przez poetkę słowami: woda, brzeg, ekstaza, pokój, miłość, ptaki? Na określenie szczęścia, które jest udziałem błogosławionych, zwykło się używać łacińskiego słowa beatitudo. Wskazuje ono na spełnienie siebie i jest czymś więcej niż felicitas — satysfakcjonującym doznaniem. Człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Wzorem i źródłem szczęścia jest sam Bóg. Dlatego człowiek zraniony przez grzech może być szczęśliwy tylko przez upodobnienie się do Boga; przez pokorę, czyli uznanie zależności od dawcy życia. Prawdziwym szczęściem jest więc odkrycie, że nie muszę zdobywać podobieństwa do Boga, bo noszę je w sobie. Jestem powołany do pracy — a raczej współpracy z łaską Bożą — nad przywróceniem pełni podobieństwa do Boga. Jak dobry konserwator przywracający wiekowemu obrazowi piękno oryginału przez zdejmowanie warstw nałożonych przez pokolenia poprawiaczy oraz brudu naniesionego przez upływ czasu. Taki jest też cel życia według Ewangelii.

Jak odnaleźć w sobie ten obraz Boży i odnowić podobieństwo? W Ewangelii Jezus stawia nam dzieci jako wzór do naśladowania. Dlaczego? Nie dlatego, że są czyste i niewinne (bo i często takie nie są). Dzieci są najczęściej bezradne i niezaradne; są całkowicie zależne od rodziców i w naturalny sposób potrafią przyjmować dary. Prawdziwe ubóstwo polega na uznaniu, że obraz i podobieństwo Boże — jedynie godna posiadania rzeczywistość jest poza moim zasięgiem — mogę tylko przyjąć. Takiej postawy nie umieli zająć znani z Ewangelii faryzeusze. Ten, który przyszedł do świątyni, aby się modlić, wyliczał Panu Bogu swoje zasługi, czyli to, co — jak mu się wydawało — posiadał i uważał, że za to należy mu się nagroda. Był więc bogaty — uważał, że niczego mu nie brak i dlatego nie umiał przyjmować. Natomiast na przyjęcie daru gotowy był celnik — ubogi w duchu, który respektował rzeczywistość, uznawał swą grzeszność i — wiedząc, że nic mu się nie należy (oprócz kary za grzechy) — zwracał się do Boga z prośbą o przebaczenie. Celnik stał się naprawdę pokornym — błogosławionym.

Ubogi w duchu żyje słowami Ewangelii: „Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je” (Łk 17,33). Człowiek, pragnący żyć, musi być przygotowany na to, że może mu zostać odebrane wszystko, co dla niego oznacza życie, wszystko, co posiada. Być ubogim w duchu, to zgodzić się na całkowitą zależność. Korzystam z czasu, dobrego samopoczucia, planów, wyobrażeń na temat siebie, innych, Boga, ale za chwilę Pan może zaprosić mnie do pozostawienia mojego świata.

Na koniec pojawia się oczywiście pytanie, jak to osiągnąć? Co konkretnie zrobić, by odkrywać w sobie obraz Boży i zależność od Stwórcy? Nie ma oczywiście gotowej recepty, którą można by zalecić. Jest jednak rodzaj modlitwy, która może prowadzić do prawdziwego ubóstwa i pokory. Jaka to modlitwa? Jej początkiem jest dziękczynienie — najpierw za dobro, które otrzymuję od Boga. Następnie zaś uciekanie się do Boga w tym, co jest trudne, bolesne czy wręcz niezrozumiałe. Modlitwa dziękczynna sprawia, że człowiek lepiej dostrzega Boże działanie w swoim życiu, a także wokół siebie. Owo przywoływanie pomaga nie wyrzucić tego, co jest doświadczeniem ubóstwa. Ale samo dziękczynienie i przyzywanie Bożej obecności nie jest końcem; ze swej natury prowadzą one do modlitwy uwielbienia. Dziękczynienie skupia na tym, co Bóg czyni — na Jego działaniu. Wielbienie sprawia, że człowiek zwraca się ku Bogu dla Niego samego, bardziej bezinteresownie. Taka modlitwa przynosi w pewnym sensie zapomnienie o sobie. Odwraca wzrok człowieka od ciemności, która jest w nim, a poprzez którą diabeł wciąż sączy podszept, że nie jest człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ale musi tę Boską rzeczywistość dopiero zdobyć i to w samotnej walce ze Stwórcą, który jawi się jako przeciwnik człowieka. Przestaję się wpatrywać w siebie, w swoje sprawy i problemy. Nie ja jestem najważniejszy, nie ja jestem w centrum. Najważniejszy staje się ten, który chce być „wszystkim we wszystkich”. Ja czerpię radość z tego, że jestem do Niego podobny, odkupiony przez Jego Syna, zaproszony do tego, by wieczność — nieskończone szczęście — stało się moim udziałem. Prostym przykładem takiej modlitwy uwielbienia jest hymn na cześć stworzenia św. Franciszka z Asyżu:

Najwyższy, wszechmogący, dobry Panie,
Twoja jest sława,
chwała i cześć,
i wszelkie błogosławieństwo.
Tobie jednemu, Najwyższy, one przystoją
i żaden człowiek nie jest godny
wymówić Twego Imienia.
Pochwalony bądź, Panie mój,
ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
szczególnie z panem bratem słońcem,
przez które staje się dzień i nas przez nie oświecasz.
I ono jest piękne i świecące wielkim blaskiem:
Twoim, Najwyższy, jest wyobrażeniem.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata księżyc i gwiazdy,
ukształtowałeś je na niebie jasne
i cenne, i piękne.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata wiatr i przez powietrze,
i chmury, i pogodę, i każdy czas,
przez które Twoim stworzeniom
dajesz utrzymanie.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez siostrę wodę,
która jest bardzo pożyteczna i pokorna,
i cenna, i czysta. (…)

Ubóstwo nie jest celem samym w sobie. Jest pośrednikiem niebiańskich bogactw. „Ubogi był Pan, abyś i Ty nie bał się ubóstwa. Przeto jeśli z Nim, ubogim, będziesz ubogi, z Nim, królującym, będziesz królował” (św. Grzegorz z Nyssy).

Błogosławieni ubodzy w duchu…
Przemysław Ciesielski OP

urodzony w 1963 r. w Poznaniu – dominikanin, duszpasterz, katecheta, zafascynowany Thomasem Mertonem, rok spędził w pustelni....