Święta Chwila

Jestem w chwili dość szczególnej, kiedy to upadłem na twarz i za bardzo nie jestem do siebie podobny. Tym razem to nie żadna przenośnia. „Widzi Ojciec — próbował się doszukać w tym wszystkim sensu mój serdeczny przyjaciel — ten upadek na twarz to dla ojca najlepsze rekolekcje i znak, by się ojciec opamiętał.” Zacząłem stawiać sobie pytania, na które do tej pory nie miałem czasu.

Kiedy proszono mnie o felietony do „W drodze”, argumentowano, że miesięcznik powinien bardziej oddychać momentem, w którym żyjemy. Moje refleksje miały być tu ponoć pomocne. Ale jak tu się dzielić czasem, skoro chwila obecna, którą opisuję, dotrze do Was za miesiąc i będzie chwilą spóźnioną. To tak jak wysyłanie przed wojną listu na dalekie misje. Ludzie pisali, wiedząc, że dzieli ich odległość przestrzeni i czasu. Dzisiaj wydarzenie i informacja o nim następują jednocześnie. Tak jak w telewizji, która karmi nas okropnościami wojny i relacjonuje „na żywo”, jak człowiek zabija człowieka.

Pisanie do miesięcznika cofa mnie jakby do odległej epoki i każe inaczej odmierzać czas. Może to i dobrze pożyć innym rytmem.

Dla mnie mija właśnie okres Wielkiego Postu, w którym każdy jest wezwany do nawrócenia i zastanowienia się nad sobą. Również i kapłani, jeżdżąc w tym czasie z rekolekcjami, nie są zwolnieni z tego obowiązku.

Jestem w chwili dość szczególnej, kiedy to upadłem na twarz i za bardzo nie jestem do siebie podobny. Tym razem to nie żadna przenośnia. Głosiłem rekolekcje w Warszawie. Siódme już chyba z rzędu w tym Wielkim Poście. Zmęczenie, przesilenie wiosenne, niedostosowany ubiór (wybrałem się w zimowej kurtce i podkoszulkach z długimi rękawami), w głowie kłębiły mi się uczucia pobożnej zazdrości (gdy zobaczyłem jak inny kapłan o wiele sprawniej niż ja zbiera na budowę domu Bożego). To wszystko spowodowało, że wysiadłszy z autobusu w Warszawie na placu Krasińskich i przebiegłszy kawałek drogi, runąłem na ulicy Długiej, potknąwszy się o wystający bruk. Pozbierałem się, krew ze mnie ciekła, więc zasłoniłem twarz ulotką z Lednicy. Dotarłem jakoś do klasztoru na Freta, a siostra Marcina przywitała mnie słowami: „I ojca też pobili? To już trzeci dominikanin w kolejce. Najpierw Kwaśnica, potem Szprenglewski, a Góra trzeci”. No i kto mi uwierzy? W jasny dzień, nie nadużyłem alkoholu, ani nawet nie zażyłem, a wyglądam jakbym z Gołotą się spotkał. Wezwano czym prędzej brata Wacka, który odwiózł mnie do szpitala. Po zszyciu łuku brwiowego oko mi zaczęło puchnąć, tak że ostatnią naukę rekolekcyjną głosiłem, przypominając Juranda ze Spychowa. I podobno była ta nauka najłagodniejsza.

„Widzi ojciec — próbował się doszukać w tym wszystkim sensu mój serdeczny przyjaciel — ten upadek na twarz to dla ojca najlepsze rekolekcje i znak, by się ojciec opamiętał. Człowiek może dźwigać, tyle ile uniesie, a gdy chce więcej, to albo się wynosi ponad innych, albo jest beznadziejnym pracoholikiem, który przed czymś ucieka. A może ojciec rzeczywiście przed czymś ucieka? Księża uciekają w aktywizm zwykle przed pustką. Kiedy nie mają czasu dla Tego, dla którego wszystko porzucili. Czy ojciec zamierza coś zmienić w swym nadaktywnym życiu? Ten wypadek to zbawienny znak, że za chwilę w tym otłuszczonym ciele pęknie serduszko i tyle pozostanie z ojca Lednicy i Jamnej!” Wysłuchałem z pokorą tej rekolekcyjnej nauki, krótkiej, ale skierowanej do mnie osobiście.

Tak. Myślę, że należy popuścić trochę pedał gazu, zwolnić i włączyć hamulec. Kardynał Wyszyński kiedyś tak mnie napomniał, gdy usłyszał na jakimś spotkaniu moje zdarte gardło i zapewnienie, że to dla chwały Chrystusa: „Nie jest sztuką dla Chrystusa się spalić, ale długo dla Niego pracować”. A ja nie posłuchałem Prymasa Tysiąclecia i na Długiej wyłożyłem się jak długi.

Zacząłem stawiać sobie pytania, na które nie miałem dotychczas czasu. Czy ja przed czymś uciekam? Na ile znam samego siebie, to myślę, że nie. Ja tylko po prostu się śpieszę. Chcę bezustannie iść dalej. Bo wiem, że tylko tam dalej i głębiej…

To jest tak jak z braćmi świętego Brendana, o których pisał Kijowski. Szli i szukali miejsca na klasztor. Szli coraz wyżej i coraz dalej. Szli za kolejną górę i rzekę. Coraz wyżej. Zostawiali za sobą cudowne miejsca. Zaczynali już szemrać i buntować się. W pewnej chwili rozdrażniony brat Salomon wykrzyknął:

— Dokąd tak pędzisz bracie? Czy ci jeszcze mało? Czy na tę górę, która wznosi się przed nami, także chcesz wleźć?

— Tak — odpowiedział brat.

— A jeżeli za nią będzie jeszcze większa góra, też na nią wleziesz?

— Tak — odpowiedział.

— A po co?

— Bo jest! — odpowiedział pytany.

A ojciec Brendan, słysząc tę rozmowę, przystanął i rzekł.

— Mądrze powiedziałeś!

Rozmyślać można i należy się nawracać. Trzeba żyć każdą chwilą i czynić to coraz lepiej. Najważniejsza jest jednak ta Święta Chwila, która leży za wszystkimi górami i rzekami. Chwila spotkania. Między momentem, w którym piszę te słowa, a tym, w którym do was dotrą, wydarzy się coś najważniejszego. Coś, dla czego się urodziłem, żyję i ścieram się. Pan zmartwychwstanie i wszystkich nas odkupi. Gdybym do końca był posłuszny zaleceniu redaktorów i w swych felietonach rejestrował chwilę obecną, przeoczyłbym, nie uchwyciłbym tej najważniejszej — Świętej Chwili, tego jedynego Momentu. Nie, nie mogę żyć tylko chwilą obecną. I to nawet nie dlatego, że w tym stanie, w jakim się obecnie znajduję, nie mogę nawet w kościele się pokazać, bo zamiast ludzi zbudować, to bym ich przestraszył. Wierzę, że to moje „oko Juranda ze Spychowa” wróci do normy i że nie tylko moje ciało i duch zostaną uleczone przez Niebieskiego Lekarza. Ale chwili obecnej potrzebna jest wiara w tę Boską i Świętą Chwilę, która jest wiecznością, która nadaje sens wszystkim małym chwilkom mojej codzienności.

Święta Chwila
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...