Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój…

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój…

„Błogosławieni pokój czyniący”, mówi Pan Jezus w Kazaniu na górze, nie przypadkiem używając słowa „czyniący” (gr. eirinopoioe), a nie na przykład „zachowujący”. Jezus chciał nam przypomnieć, że szczęścia nie osiągamy, zazdrośnie strzegąc własnego stanu bezpieczeństwa, ale wprowadzając pokój, który nie pochodzi od nas, ale jest darem z nieba. Człowiek pokój czyniący to przede wszystkim ktoś, kto ma odwagę walczyć z fałszywym poczuciem spokoju. Jak prorok Jeremiasz wypominający swoim współczesnym: „Mówicie beztrosko, pokój, pokój, a tymczasem nie ma pokoju” (Jer 6,14). Również Pan Jezus przypomni, że wprowadzanie pokoju podobne jest do oczyszczającego ognia: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? (…) przyszedłem ogień rzucić na ziemię (por. Łk 12,49–51).

Człowiek Boży nie unika za wszelką cenę dysput i kłótni, ale gotowy jest narazić swoje bezpieczeństwo i stabilność swego świata dla innych, wierząc, że pokój zbyt skrzętnie chroniony, uschnie jak kwiat w wazonie.

Amerykanie nieco złośliwie powiadają, że kiedy trzech ludzi siedzi razem przy stole i nagle dwóch z nich zaczyna się bić, a trzeci wychodzi, to tego trzeciego nazywamy liberałem. I tak się dzieje dzisiaj, że najprostszym i najpopularniejszym środkiem osiągnięcia tak zwanego pokoju jest zmiana okoliczności, zaaranżowanie nowej sytuacji, w której problem zniknąłby z naszego horyzontu zdarzeń. Można przecież wyobrazić sobie, że w imię uniknięcia nieustannie powtarzających się kłótni, małżonkowie kupują dwa samochody, zamieszkują w osobnych mieszkaniach i na wszelki wypadek osobno spędzają wakacje. Pokój zostaje wprawdzie osiągnięty, ale każdy chyba czuje, że niedokładnie o takie rozwiązanie chodziło.

Z drugiej strony, nie wolno nam zapominać, że w wielu wypadkach zmiana okoliczności i rozkładu sił (na przykład wyprowadzenie się dorosłego syna z rodzinnego domu), rzeczywiście powoduje nie tylko uniknięcie wielu konfliktów, ale i wyzwolenie nowych energii i twórczych sił. Jak odróżnić wprowadzanie pozornego rozejmu, czyli ucieczkę od trudnych sytuacji, od prawdziwego starania o pokój, które w jednych przypadkach oznaczać może potrzebę zmiany układu sił, a w innych przeciwnie, heroiczne trwanie na dotychczasowych pozycjach?

W najbardziej ludzkim i naturalnym rozumieniu, troska o pokój jest rodzajem „cnoty”, związanej ze sprawiedliwością. Jak przypominają filozofowie, człowiek nie rodzi się „gotowy”. Tak, jak w sferze ciała rozwija swoje mięśnie, tak i w sferze moralnej i duchowej potrzebuje wzrostu, który nie dokonuje się bez pewnego wysiłku. „Życie duchowe potrzebuje treningu” — mówił Papież 26 stycznia 1999 roku. I nie ma innego sposobu wyrobienia zdolności i umiejętności czynienia pokoju niż… wytrwałe jego wprowadzanie. To znaczy, że tym lepiej potrafimy rozróżnić pokój pozorny od prawdziwego, im częściej i im więcej prawdziwego wysiłku włożymy w aktywne wprowadzanie pokoju. Błędne koło? Niekoniecznie. Raczej realizm przypominający nam, że takie zaangażowanie nie oznacza jasnych i prostych rozwiązań, ale poszukiwania takich działań, których skuteczność i dobro okazują się dopiero „pół kroku później”. Człowiek, który zaprowadza wokół siebie pokój, rozwija w sobie „duchowe muskuły”, czyli zdolność rozpoznawania dobra i podejmowania właściwych decyzji.

Zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach dotyczących ładu międzynarodowego chrześcijanin często staje przed niesłychanie trudnym wyborem: między „realizmem polityków”, na przykład w odniesieniu do Iraku czy Kosowa, a „realizmem chrześcijańskim”, głoszonym choćby przez Jana Pawła II, który ukazuje spiralę zła i nienawiści, związaną z użyciem siły. Dla katolika w Polsce 1999 roku staranie o pokój na świecie stało się nagle arcyważnym problemem, bo przecież, kiedy mordują niewinnych, nie wolno stać bezczynnie w imię własnego spokoju i bezpieczeństwa. Stąd realizm podpowiada nam konieczność poparcia naszych natowskich sojuszników. Z drugiej strony czujemy, że zbyt proste byłoby sprowadzić apele Papieża do życzeń pobożnego staruszka, który ze względu na to, kim jest, po prostu musi nawoływać do zaprzestania wojny, choć w zasadzie jego wołania skazane są na to, by pozostać wzniosłym apelem moralnym, który nijak się ma do rzeczywistości.

Warto zwrócić uwagę na coś, co można by nazwać papieskim realizmem politycznym czy ewangeliczną szkołą wprowadzania pokoju. Przede wszystkim chrześcijanom nie wolno się zgodzić na uznanie dwóch standardów zachowań: jednego „realistycznego”, dla ogółu niedoskonałych ludzi, i drugiego „idealistycznego” w duchu kazania na górze, przeznaczonego dla wąskiej grupy wybranych. Taki podział jest sprzeczny z duchem błogosławieństw, które opisują prawdy dotyczące wszystkich ludzi, a nie tylko wąskiej grupy. Pan Jezus nie mówi o tym, jaka powinna być rzeczywistość, ale jaka jest. Człowiek, wkraczając na drogę uczciwego czynienia pokoju, odkrywa utajoną dotychczas radość i szczęście, płynące z uchwycenia sensu rzeczywistości. Błogosławieństwa nie są tylko zbiorem nierealnych apeli, są — jeśli tak można powiedzieć — ponadracjonalne, a nie pozaracjonalne.

Przypomnijmy na przykład realizm papieskiego programu solidarności, który przemienił oblicze naszej ziemi i przyczynił się do obalenia porządku jałtańskiego, w powszechnym przekonaniu nieobalalnego. Kiedy Papież apeluje o pokój w Iraku, nie prowadzi tylko nieskutecznej, choć wzniosłej propagandy, ale planując wizytę w Ur chaldejskim (dzisiejszy Irak), chce całymi swoimi siłami, zdrowiem i życiem rozpocząć bardzo realistyczne budowanie pojednania Żydów, Arabów i chrześcijan. Jan Paweł II jest specjalistą od wprowadzania głębokiego pokoju, nawet gdyby za cenę swojego, podkreślam swojego, życia miał doświadczyć klęski czy nadwyrężyć swoją „mocarstwową pozycję” autorytetu moralnego.

Chrześcijanie, jako ludzie, którzy swoje życie gotowi są oddać za wzajemne pojednanie i pokój, jeśli to tylko możliwe, pójdą raczej krok dalej w znoszeniu cierpienia niż zdecydują się na jego zadawanie. Taka postawa nie zapewnia natychmiastowego sukcesu, ale sprawia, że człowiek staje po właściwej stronie. Po stronie człowieka i Boga.

I jeszcze druga część błogosławieństwa: „…albowiem oni będą nazwani synami Bożymi”. Cóż oznacza ów tytuł synów Bożych? Jest to kolejne przypomnienie o nadprzyrodzonym wymiarze daru wprowadzania pokoju. Zraniony grzechem człowiek, próbując żyć w tym duchu, odkrywa wszystkie swoje strachy, kurczowe pilnowanie własnych spraw czy zwykłą ludzką głupotę i nieumiejętność. Jednocześnie odkrywa powszechne pragnienie pokoju, obecne we wnętrzu każdego człowieka. Biblijne pozdrowienie i życzenie Shalôm kondensuje w jednym słowie wszystkie te tęsknoty. Zawarte jest w nim pragnienie wiecznego pokoju, życzenie pomyślności, ale może przede wszystkim Obietnica dana przez Boga, że ześle Księcia Pokoju, który pouczy nas o grzechu i przebaczeniu. Właśnie o rozgrzeszeniu, bo Shalôm to również słowo pojednania. Kiedy Jezus po swoim zmartwychwstaniu wypowiada słowa „Pokój wam”, obdarza swoich uczniów radością, ale i odpuszczeniem win wobec niedawnej zdrady. Nowa perspektywa objawiona przez Syna Bożego ukazuje nam, że „przebaczyć” przewyższa „mieć rację”. Każda troska o pokój musi być poprzedzona rachunkiem sumienia i pokorną prośbą o przebaczenie w prawdzie, nazywające krzywdy i bóle po imieniu.

Teologowie mówią, że dzięki Chrystusowi, Księciu Pokoju, staliśmy się synami Bożymi, to znaczy, że i my mamy uczestnictwo w Bożym pokoju i nadprzyrodzoną zdolność obdarzania pokojem. Jakbyśmy przez chrzest otrzymali specjalne okulary, które pozwalają nam widzieć świat z Bożej perspektywy, nie na różowo, ale wyraźniej, ostrzej, z większą zdolnością do rozpoznawania godności drugiego człowieka. I znów odwołam się do przykładu Jana Pawła II. Oprócz całej dobroci Papieża i jego naturalnej zdolności czynienia pokoju, często widać u niego owo boskie dotknięcie, cudowną intuicję, która pozwala mu we właściwym momencie podjąć działanie ukazujące zupełnie nową perspektywę. Z papieskiego punktu widzenia, każdemu cierpiącemu człowiekowi należy się najwyższa uwaga i troska, niezależnie od tego, po której stronie barykady się znajduje. Jeśli choć jedna krzywda ludzka jest nieważna, zdaje się mówić Papież, to wszystko traci sens.

I jeszcze jeden ważny aspekt wprowadzania pokoju. Mimo całego realizmu programu błogosławieństw i ciągle na nowo odkrywanej skuteczności tej perspektywy, trzeba wyraźnie powiedzieć, że chrześcijańskie wezwanie do życia w pokoju, opartego na prawdzie i przebaczeniu, nie jest logarytmem zapewniającym sukces. Nawet w długiej perspektywie. Pan Jezus nie obiecał nam, że jeśli będziemy szli Jego drogą, osiągniemy sukces; obiecał nam, że nawet jeśli poniesiemy klęskę, nasza ofiara nie będzie bezsensowna, o ile będzie autentyczną ofiarą. Kiedy 1000 lat temu święty Wojciech wyruszał do Prus, radzono mu, by najpierw zatroszczył się o strukturę państwową, prawo i władzę króla, która stworzyłaby warunki do ewangelizacji. Odprawiając swoją eskortę, św. Wojciech wybrał inną drogę, którą wyznaczyła mu jego wiara i sumienie. I nie udało się. Zginął. I wcale nie musiałoby być tak, że po latach jego wybór przyniósł wielkie owoce. Polski mogłoby dziś nie być, chrześcijaństwo na tych terenach nie zdołałoby się zakorzenić, ale i tak jego ofiara nie byłaby nadaremna. Bo drogą Chrystusa jest każdy człowiek, i Syn Boży raczej sam wybierze śmierć, niż komukolwiek odbierze szansę wolnej decyzji nawrócenia. Prawdziwy, głęboki pokój serca, który jest darem od Boga, wymaga chyba zawsze, decyzji gotowości na śmierć i obumieranie. Nie da się wprowadzić pokoju ani we własnym sercu, ani wśród innych, bez gotowości umierania. Pan nasz powiedział: „Jeśli ziarno rzucone w ziemię nie obumrze…”

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój…
Jarosław Głodek OP

urodzony w 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, duszpasterz, doktor politologii, absolwent filozofii na Catholic University of America, socjusz prowincjała, radny Prowincji. Do zakonu dominikanów wstąpił w 1985 roku...