Słuchanie na modlitwie
Błogosławienie to modlitwa pokornego, który przyjął błogosławieństwo samego Boga, a nie przekleństwo grzechu także w nim obecnego. To modlitwa uniżonego, który dał się wyciągnąć z dołu grzechu.
Często, kiedy myślimy o modlitwie, w centrum stawiamy siebie, własną osobę, która się modli – podejmuje wysiłek, by zacząć się modlić. Ten zaimek zwrotny, używany w języku polskim, gdy mówimy o naszej modlitwie, jest jednak mylący. Tym bardziej że niestety dość często, parafrazując Ludwiga Wittgensteina, granice mojego języka, chcąc nie chcąc, stają się granicami mojego świata, także świata mojej pobożności. Czy aby na pewno zatem chrześcijanin może uznać, że to on się modli, że to on jest autorem modlitwy? Wsłuchując się w to, co wypowiedział do nas Jezus, nie tylko słowami, ale całym swoim życiem, a także przez usta apostołów, nie wolno nam zredukować modlitwy do własnej pobożnej aktywności, w której proste stwierdzenie ja się modlę, mogłoby wyrażać naturę chrześcijańskiej modlitwy.
Nie tyle ja się modlę, co we mnie modli się Duch Święty, który został dany całemu Kościołowi w dniu jego narodzin (Pięćdziesiątnica), a także w dniu moich narodzin do wiary (chrzest). To we mnie, pośrodku mojego życia, tam gdzie jestem prawdziwie sobą – w biblijnie pojmowanym sercu i w sercu samego Kościoła – odmawia się najpiękniejsza modlitwa, której nie można wyrazić słowami (por. Rz 8,26). To „wołanie bez słów” samego Ducha Świętego jest początkiem modlitwy Kościoła, jest także początkiem mojej modlitwy. Modlić się, oznacza przyłączyć się do tej duchowej – par excellence – liturgii, która trwa w nas od chwili Pięćdziesiątnicy. Zacząć się modlić to podjąć decyzję, w konkretnym czasie, który jest mierzalny zegarkiem (chronos), by zanurzyć się w modlitwę, która już odbywa się w nas, sprawiając, że ludzki czas, ludzka aktywność, otwiera się na czas działania samego Boga: kairos – czas łaski, której dawcą jest zawsze Duch Święty.
Dlatego każda modlitwa, którą nieraz się nudzimy, którą przesypiamy, analizujemy, przepuszczamy przez system ocen i wartościowań, zachowując się, jakby była naszym prywatnym poletkiem lub poligonem, jest darem Ducha Świętego. My mamy się do niej pokornie przyłączyć, zatrzymać się, dać sobie prawo do modlitwy: czyli miejsca, czasu i sposobu, by jak najlepiej usłyszeć to żarliwe „wołanie bez słów” samego Ducha, który w naszym realnym życiu modli się już teraz.
Proście, a będzie wam dane
Duch Święty jest nie tylko Duchem modlącym się w nas – Duchem modlitwy, ale także tym, którego mocy możemy doświadczyć szczególnie na modlitwie. Kościół w osobach apostołów, będąc wierny słowom Jezusa, by nie opuszczali Jerozolimy, ale oczekiwali na spełnienie obietnicy – przyjście Ducha Świętego (por. Dz 1,4), modlił się wytrwale i jednomyślnie (por. Dz 1,14). Jeżeli do tego dodamy, że w pierwszej wspólnocie jerozolimskiej wierzący postępowali zgodnie z nauką apostołów, żyli we wspólnocie braterskiej, łamali chleb i się modlili (por. Dz 2,42) – mamy gotowy program życia pierwotnego Kościoła – także nasz program: pielęgnowanie wiary przekazanej przez apostołów, praktykowanej poprzez ludzką miłość, wzmacnianej przez Eucharystię i modlitwę.
Jeśli to Bóg jest sprawcą chcenia i działania (por. Flp 2,13), to każda modlitwa, której pierwszym autorem jest zawsze Duch Święty, będzie miała coś ze sposobu, w jaki Duch Święty dawał się i wciąż się daje swoim uczniom. Jest On Duchem obietnicy, danej przez Jezusa tuż przed Jego odejściem: „Będzie lepiej dla was, abym odszedł. Jeśli nie odejdę, nie przyjdzie do was Wspomożyciel; jeśli zaś odejdę, poślę Go wam” (J 16,7). Dlatego modlitwa będzie odkrywaniem tęsknoty za obietnicą, której wyczekujemy i której pragniemy. Tak rodzi się modlitwa prośby.
Żeby prosić, trzeba przyznać się przed sobą do braku: tego, co nie jest mi obojętne, zbywalne – czego nie da się samemu załatać, zapchać, zatuszować. Prośba to jednak nie tylko uznanie braku, ale przyznanie się przed drugim, że jesteśmy w potrzebie. Ten podwójny akt wyjścia z ukrycia, zakończenia zabawy w chowanego – przed sobą i przed drugim, buduje modlitwę prośby. Prośba wyprowadza nas od skupienia na sobie do spotkania z drugim. Uświadamia nam, że nie jesteśmy całkowicie panami naszego losu, nie jesteśmy jedynym celem dla siebie, samowystarczalnymi istotami, ale stworzeniami, które mają związek ze Stwórcą.
Jednak to, jak proszę, zależy także od tego, kogo proszę, do kogo się zwracam w modlitwie. Dlatego bardzo trafnie zauważa Katechizm, że w Nowym Testamencie nie znajdziemy już modlitw skarg (lamentacji). Jeżeli prośba zanoszona jest do Tego, który jest Świadkiem wiernym i prawdomównym (por. Ap 3,14), który przychodzi, by dać nam życie i to życie w pełni (por. J 10,11), który chce dawać wszystko, o cokolwiek Go prosić będziemy (por. J 14,13), nie ma już potrzeby wydzierać siłą tego, co On sam z miłością nam ofiaruje. Lamentacja i skarga leczone są w żarliwej prośbie poprzez nadzieję, w której już jesteśmy zbawieni (por. Rz 8,24). Ona nie pochodzi od nas samych i z naszych spekulacji, ale jest nam dana przez Ducha Świętego, który rozlewa się w nas przez miłość, idącą zawsze w parze z nadzieją, która nie może zawieść (Rz 5,5). Ale do tej nadziei, do tej obietnicy większej niż największe ludzkie oczekiwania zaprosił nas sam Jezus. To On, wlewając w nasze serca – czyli w to miejsce, gdzie prawdziwie jesteśmy sobą, gdzie prawdziwie kochamy i żyjemy – Ducha Świętego, który jest krzykiem pragnienia (por. J 19,28), miłością wypełnioną do końca (por. J 13,1), nie pozwala nam nie pragnąć i nie łaknąć. Żyjąc i kochając, niesiemy w sobie obietnicę wypełnienia, tęsknotę za pełnią obietnicy, która – im bardziej mamy odwagę żyć i kochać – tym bardziej będzie w nas rodziła modlitwę prośby. Prośba może się stać wyrazem tęsknoty, coraz bardziej otwierającej nas na obietnicę, której nie pomieścimy w naszych ciasnych i przykurczonych ludzką małodusznością sercach. W ten sposób modlitwa prośby rozszerza je na obietnicę, która nie jest z tego świata. Modlić się modlitwą prośby, to przyjąć siebie w tęsknocie, ograniczeniu i braku. Ale to dopiero początek – bo modlitwa prośby odsłania Tego, który przez tę tęsknotę upomina się o obietnicę, którą chce odważnie realizować w naszym życiu. Proś odważnie, żyj odważnie, tęsknij za odważną obietnicą Ducha. „O nic się nie martwcie, lecz we wszystkim przedstawiajcie wasze prośby Bogu, modląc się i błagając z dziękczynieniem” (Flp 4,6).
Miłość, która błogosławi
Jezus, odchodząc, daje swojego Ducha, błogosławi wpatrujących się w Niego uczniów, którzy adorując Go, widzą, jak uniesiony do nieba znika z ich oczu. Oni zostają w mieście do czasu, aż napełnieni będą mocą z wysoka (por. Łk 24,49–52). Tak rodzi się modlitwa błogosławieństwa i adoracji.
Błogosławieństwo Boga jest zawsze pierwsze, bo to On pierwszy pokochał, a nie myśmy Go pokochali (por. 1 J 4,10). Na tym polega miłość objawiona w Jezusie. A miłość, jak mawiał kardynał Basil Hume, nie może nie błogosławić. Miłość, którą Bóg objawia nam wtedy, kiedy jeszcze jesteśmy jego nieprzyjaciółmi i bezbożnikami, kiedy jeszcze jesteśmy słabi i grzeszni (por. Rz 5,6–10), nie chce pamiętać złego i nie chce liczyć doznanych krzywd (por. 1 Kor 13,5). Miłość błogosławi, to znaczy dobrze nam mówi o nas, o naszym życiu, o tym, kim jesteśmy i nigdy nie przestaliśmy być, wbrew temu, co mówi o nas grzech, czyli narzędzie w rękach diabła, upadłego anioła, który nigdy nie kieruje się prawdą i nigdy nie ma w sobie prawdy, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa (por. J 8, 44). Dlatego Miłość błogosławi, dobrze mówi zwłaszcza do grzesznika, pytając Judasza: „Przyjacielu, po co przychodzisz?” (por. Mt 26,50); Miłość błogosławi, modląc się za swoich katów i oprawców: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34); Miłość dobrze mówi, gdy jest odrzucana i oskarżana: „Dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, należy do ciebie” (Łk 15,31); Miłość błogosławi, gdy zazdrość i małoduszność odmawia Jemu dobroci: „Przyjacielu! Nie krzywdzę cię” (por. Mt 20,13). Nie przez przypadek cynicznie nazwano Jezusa przyjacielem celników i grzeszników (por. Mt 11,19), skoro to my, grzesznicy, jesteśmy Jego przyjaciółmi – których On sam wybrał (por. J 15,14–15).
A ponieważ Bóg błogosławi, również człowiek może błogo- sławić Boga, odpowiadając w ten sposób na Miłość, którą On ma dla mnie. Mogę błogosławić Boga, to znaczy mówić Mu dobrze, mówić Jego językiem miłości, bo tym językiem miłości On pierwszy do mnie przemówił. Kocham, bo zostałem pierwszy pokochany. Moja miłość do Boga, wyrażona błogosławieniem Go, to nie efekt mojej doskonałości moralnej, która daje mi prawo do takiej modlitwy. Błogosławienie to doświadczenie pierwszeństwa Jego miłości w mojej słabości i grzechu, w której jeszcze mocniej objawia się moc Jego miłości (por. 2 Kor 12). Błogosławienie to modlitwa pokornego, który przyjął błogosławieństwo samego Boga, a nie przekleństwo grzechu także w nim obecnego. To modlitwa uniżonego, który dał się wyciągnąć z dołu grzechu i słabości, a przyjął miłość, do jakiej Bóg zaprasza, a od której nic nas nie zdoła odłączyć (por. Rz 8,38–39). Błogosławić to wejść w rytm miłości, która jest nieustępliwą i nieugiętą prawdą o mnie, w przeciwieństwie do rytmu grzechu. Modlitwa błogosławieństwa przemienia się w ten sposób w modlitwę adoracji. Adoruję, trwam w milczeniu przepełnionym Dobrym Słowem, wobec Tego, który jest „zawsze większy” niż mój grzech, niż moja miłość; wobec Tego, który jest zawsze „Pierwszy i Ostatni, i Żyjący”, a ja pośrodku Niego (por. Ap 1,17).
Obecność w pustce
Modlący się w nas Duch Święty jest Duchem obietnicy dotykającej mocno naszej samotności, miejsca bolesnych rozstań, poczucia bycia pozostawionym: „Nie pozostawię was sierotami, lecz powrócę do was” (J 14,18). Tak rodzi się modlitwa wstawiennicza.
Potrzebujemy takiej modlitwy, modlitwy samego Jezusa, który wstawia się za nami u swojego Ojca, za każdego bez wyjątku człowieka, a zwłaszcza za grzesznika (por. Rz 8,34). Potrzebujemy obecności Ducha Świętego, który wstawia się za nami tam, gdzie my sami nie potrafimy już walczyć o siebie i trwać przy sobie. Tam, gdzie gardzimy sobą, gdzie czujemy się słabi, niewarci miłości, nazywania się dziećmi Bożymi. Podczas gdy my przekreślamy siebie, gdy z siebie rezygnujemy, gdy dokonuje się zdrada nas samych, On – w doświadczeniu pustki i porzucenia, duchowego sieroctwa, jakie w nas prowokuje grzech odbierający nam nadzieję – wstawia się za nami, przychodząc z pomocą naszej słabości (por. Rz 8,26).
Mocy wstawienniczej modlitwy można doświadczyć, rozstając się nie tylko z wizją człowieka samowystarczalnego, jak to dzieje się przy modlitwie prośby, ale także przyjmując bez wstydu i cienia kokieterii własną niemoc i paraliż. W tym rozstaniu, w pozostawieniu za sobą wizji giganta, zawsze i wszędzie ogarniającego swoje duchowe życie, przychodzi miejsce na przyjęcie wstawiennictwa samego Ducha. W tym rozstaniu z własną mocą – „mocą z niska”, być może latami wypracowywaną i tyle razy sprawdzającą się w naszym życiu, a w końcu szwankującą i wymykającą się nam, rodzi się gotowość do przyjęcia „mocy z wysoka” (por. Łk 24,49), w którą jesteśmy przyobleczeni, gdy zrzucimy starą szatę, albo zostajemy napełnieni nią, gdy pozwolimy się opróżnić do dna, dotykając pustki. Wtedy On powraca, w mocy i sile, jakiej nie znaliśmy do tej pory. Dlatego nie pozwólmy, aby nasze serca były wstrząśnięte w chwili niemocy (por. J 14,27).
Gdy doświadczysz mocy wstawiennictwa Ducha Świętego, który w modlitwie trwającej żarliwie w tobie w każdym czasie, a zwłaszcza pośród ciemności, jest ci hojnie udzielany, wówczas będziesz chciał dzielić się tą modlitwą z innymi. Modlitwa wstawiennicza jest odważną, solidarną i kochającą obecnością w pustce drugiego człowieka. Jest to obecność podobna do tej, jaką daje nam Duch Święty, który „wołaniem bez słów” wstawia się za nami. Tak i my możemy wstawiać się za innymi w ich modlitewnym i życiowym paraliżu, unikając zbędnych słów, pretensjonalnego poklepywania, dobrych rad, które w dramacie bezsilności bardziej ranią niż leczą. A skoro darem modlitwy wstawienniczej jest Duch Święty, który przenika wszystko, nawet głębokości samego Boga (por. 1 Kor 2,10), to On poradzi sobie także z mieliznami, w których niejeden z nas utknął, nie mając już odwagi i siły, by Go przyzywać. Wstawiennictwo chrześcijan, jak mówi Katechizm, nie zna granic: wstawiać się mamy za wszystkimi, a zwłaszcza za naszymi oprawcami i tymi, którzy odrzucają Ewangelię.
ON jest
Duch „wołający w nas bez słów” żarliwie dotyka niepamięci, sklerozy serca, która czyni nas ogłupiałymi i ślepymi na Boga i siebie: „Duch Święty (…) pouczy was o wszystkim i przypomni wszystko, co wam powiedziałem” (J 14, 26). W tym zaskoczeniu przypomnienia sobie wszystkiego, co się wydarzyło, i odczytania na nowo własnego życia, w perspektywie nadziei, jakiej się nie spodziewaliśmy, będzie wybuchać dziękczynienie przemieniające się w uwielbienie. Tak się rodzi modlitwa dziękczynienia i uwielbienia.
To, że przynajmniej raz w tygodniu, w niedzielę na mszy świętej wyznajemy, że Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, w perspektywie naszego konkretnego życia, to za mało. Można znać formułę, symbol wiary, ale we własnej, konkretnej historii życia nie odkrywać tej prawdy jako mnie zbawiającej. Można, jako uczeń Chrystusa, wciąż przemierzać drogę z Jerozolimy do Emaus, opowiadając własną historię życia – sobie, innym albo Bogu – jako pełną goryczy i rozczarowania (por. Łk 24,13–35). Można znać i zgłębiać Pisma, symbole wiary, sakramenty (por. J 5,39), ale nie znać ich mocy (por. Mk 12,24). Można się karmić Słowem Bożym, ale tak jakby gryźć kamień i próbować nim napełnić żołądek.
A Pascha Jezusa ma się dokonać w naszym życiu, naszej indywidualnej historii życia: tej faktycznej, a nie postulowanej. Wówczas ta sama opowieść o nas samych, o naszym życiu będzie miała zupełnie nową narrację: te same wydarzenia, często pełne bólu, goryczy i smutku, dotknięte bardzo intymnie przez Ducha Świętego, zostają włączone w Świętą Historię Zbawienia. Historia mojego życia przez Ducha, który wskrzesił Chrystusa z martwych, może naprawdę być przywrócona do nowego życia (por. Rz 8,11). To na nowo rozpalone serce (por. Łk 24,32), które przed chwilą było ściśnięte, dotknięte bolesną niepamięcią, może zacząć żarliwie dziękować. I to dziękczynienie może trwać w nas nawet wtedy, kiedy wciąż jeszcze doświadczamy cierpienia (por. Rz 8, 22), bo wiemy, że zwycięstwo Chrystusa jest pewne, że z tą nadzieją obumieranie naprawdę jest rodzeniem się do Nowego Życia. Wówczas może się w nas odsłaniać horyzont już nie tyle „dziękowania za”, ile modlitwy uwielbienia, gdzie istotą nie jest to, za co dziękuję i wielbię, ale wystarczającym powodem jest to, że ON JEST. On jest w moim życiu, a moje bycie jest częścią Jego istnienia, bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (por. Dz 17,28). Moja historia, choćby nie wiem jak bardzo kręta, nielaurkowa – albo i ta banalna, zwyczajna – jest historią Jego miłości: On wszedł w moje życie i już nigdy mnie nie opuści. Wielbić to nie tylko uznać, że Bóg jest Bogiem, ale również uznać siebie, i to bez cienia wstydu i skrępowania. W wielbieniu jest to ewangeliczne „trzeba było”: tak, trzeba było cierpieć; w wielbieniu jest ten paschalny „konieczny grzech Adama” i „szczęśliwa wina”. I choć ślady ran pozostaną w naszym życiu, to jednak nie będą krwawić, a nawet staną się źródłem łaski (por. Rz 5,21). Wielbić to uznać w Bogu siebie, odkryć swoją obecność na tym świecie jako przejaw Jego miłości i przejaw Jego obecności: „Dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy” (por. 1 Kor 8,6).
Gdzie odnajdziemy wszystkie te formy modlitwy, które ogarną całe nasze życie, jak silne ramiona kochającego Ojca? Tam, gdzie trwa niekończący się Wieczernik, w którym Duch Święty zstępuje i napełnia wszystkich zebranych, a do którego drzwi nigdy nie zostaną zamknięte przed kimkolwiek. To Eucharystia, na zakończenie której słyszymy: Idźcie, ofiara spełniona. Tak jak spełnione do końca w tej miłości moje życie.
Oceń