Dlaczego? Biblijne podstawy katolicyzmu
Są prezesami firm, prowadzą działalność gospodarczą, pracują na etacie. Niektórzy zarabiają cztery średnie krajowe. Inni ledwie wiążą koniec z końcem. Wszystkich łączy troska o Kościół. Co miesiąc płacą dziesięcinę. Nikt z nich nie myślał, że będzie to inwestycja ich życia.
Majątek Piotra z Warszawy był duży. Firma działa w branży medycznej, więc nazbierało się gadżetów w postaci dwóch motocykli wyścigowych i luksusowego samochodu. W końcu Piotr powiedział dość. – To były moje zamienniki miłości – mówi prezes firmy medycznej. – Sprzedałem je bez żalu. Na karku trzydziestka, a tu żadnej kobiety na horyzoncie. Motocyklem przejeżdżałem rocznie tysiąc kilometrów, czyli nic. Im bardziej szło w biznesie, tym mocniej czułem, że to bez sensu.
Piotr sprzedał to, co ciągnęło w dół, i kupił… trzy samochody. Jeden dał człowiekowi, który zbankrutował, drugi rodzinie z problemami, trzeci… Nieważne. W ogóle dla Piotra mówienie o dziesięcinie jest nieważne. To sprawa między nim a Panem Bogiem. – Zawsze myślałem, że pieniądze to coś złego. Byłem przekonany, że dobrzy są tylko mnisi w klasztorach kontemplacyjnych, a zwykły śmiertelnik powinien oszczędzać. Najlepiej mieć odłożone na dziesięć lat do przodu.
Gdy obdarowani wyjechali samochodami na ulice, życie Piotra się zmieniło. Coś pękło w sercu. Od tego momentu co miesiąc przekazuje potrzebującym dziesięć procent dywidendy. Na początku szukał stowarzyszeń i fundacji w internecie, ale spowiednik na Jasnej Górze powiedział, że to nie jest dobry pomysł. W dziesięcinie nie chodzi o przelew ani o ustawienie na koncie zlecenia stałego. Zasugerował, że skoro Piotr marzy o założeniu rodziny, powinienem szukać rodzin w potrzebie. Prezes słucha swoich pracowników. Czasem słyszy, jak rozmawiają o znajomych w tarapatach albo sąsiadach, którzy topią się w ratach chwilówek. Ma w głowie radar na biedę. Pan Bóg przysyła adresatów pomocy. – Pewnie, że tym ludziom jest wstyd brać pieniądze – mówi warszawski przedsiębiorca. – Dlatego staram się pomagać anonimowo. Był człowiek, który miał zostać eksmitowany z mieszkania. Nie wiem, ile zalegał z czynszem. Znalazł moją kopertę. Okazało się, że było w niej dokładnie tyle, po ile na drugi dzień miał przyjść komornik. Jakoś tak się dzieje, że moja pomoc jest adekwatna do potrzeb ludzi.
Dziesięcina to był początek. Piotr postanowił pomagać swoim pracownikom. Nie finansowo. Daje im dobre miejsce pracy. Bo przeważnie szefowie są jak niedzielni katolicy. Cudowni tylko od święta. – Widzę swoje niedoskonałości. A skoro ja je mam, to mają je również moi pracownicy. Popełniają błędy, ale nie z własnej woli. Taka perspektywa ułatwia zarządzanie.
Prezes nie wtrąca się w życie prywatne podwładnych, ale uważnie ich obserwuje. Oni wiedzą, że on wie, iż człowiek może mieć problem w życiu i gorzej się czuć w pracy. Ostatnio serce mu urosło. Pracownik przyszedł porozmawiać o delikatnej sprawie rodzinnej. Powiedział smutno, że może będzie mu gorzej szło w pracy, bo ma poważny problem. Zaufał Piotrowi. Piotr dał mu nowe zadanie, przeorganizował firmę. Gdyby nic nie wiedział, za pół roku pracownik z problemem zawaliłby robotę i wszyscy byliby zestresowani.
Dziesięcinę płaci również firma. Część zysku z „Dr. Bociana” pójdzie na fundacje pro life. „Dr Bocian” to najnowszy produkt firmy Piotra. Są to produkty dla par starających się o dzieci. Odpowiedź na in vitro. Jest wśród nich żel dopochwowy stosowany z powodzeniem od piętnastu lat w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii i Kanadzie. Żel pomaga przeżyć plemnikom w kwaśnym środowisku. – Dużo się mówi o in vitro, a mało o kwaśnym śluzie szyjkowym. To nie jest temat medialny. Stres, kawa, której pijemy więcej niż wody, gorszy sen, paskudne żarcie, konserwanty, i nic dziwnego, że kwaśniejemy. Bóg jest miłosierny i zawsze wybacza. Natura nie. Jeśli ktoś mówi, że powinniśmy być krajem bezwyznaniowym, to właśnie natura taka jest.
Zespół Piotra wierzy w nowy produkt firmy i wie o dziesięcinie z jego sprzedaży. A jeśli chodzi o samotność, to pomogła dziesięcina z czasu. Prezesom i właścicielom firm trudniej dzielić się czasem niż pieniędzmi. Piotr podarował swój czas Panu Bogu i poszedł na pielgrzymkę do Santiago de Compostela szlakiem francuskim. Szedł sam. Wrócił z kobietą swojego życia.
Najlepsza lokata
Tomek z Olsztyna pracuje w firmie nagłośnieniowej. Ma ciężarówkę głośników, wzmacniaczy, kabli i mikrofonów. Zanim płacił dziesięcinę, dawał jałmużnę. Gdy był w podstawówce, dowiedział się, że w rodzinie kolegi z klasy jest wielka bieda. Zebrał pieniądze w klasie i z kumplami podłożył kopertę pod drzwi mieszkania Pawła. Operacja wyglądała jak w filmie szpiegowskim. Ktoś stał na czatach, ktoś sprawdzał, czy ciekawscy sąsiedzi nie otwierają drzwi, ktoś pilnował, czy nie idzie Paweł z mamą.
Tomek nie pomógłby koledze, gdyby nie przykład rodziców. – Pamiętam, że powiedziałem tacie o chłopcu z podwórka, który nie dostaje prezentów od Mikołaja – mówi nagłośnieniowiec z Olsztyna. – Byłem pod wielkim wrażeniem, gdy rodzice przygotowali dla niego paczkę, i to większą niż moja. U nas też się nie przelewało. Żyliśmy w prawdziwej biedzie. Pamiętam proboszcza, który chodził po kolędzie. Nigdy nie wziął pieniędzy, a przed komunią przyniósł ubranie. Takie postawy kształtują człowieka.
W wieku dwudziestu dwóch lat Tomek postanowił przekazywać stałą kwotę na zbożny cel. Piękne postanowienie zderzyło się z prozą życia. Z pierwszej pensji – a wynosiła osiemset złotych – ledwie mógł opłacić rachunki. A co dopiero wysupłać osiemdziesiąt złotych. Walczył z sobą. A może da po podwyżce? A może nie ma nic złego w dawaniu tego, co człowiekowi zbywa? Przełamał się. – Istotę dziesięciny zrozumiałem dopiero wtedy, gdy urodził się nasz synek – mówi Tomasz. – Załóżmy, że kupuję mu paczkę gum do żucia. Michałek jest szczęśliwy. Proszę go, żeby się ze mną podzielił. I on z ufnością podaje mi jedną gumę. Oczywiście, że mogę otworzyć portfel i kupić sobie tysiąc gum. Ale mnie zależy na tej jednej. Od mojego dziecka. Bo dzięki temu powstaje między nami więź. Tak właśnie jest z Panem Bogiem. Wszystkie pieniądze i tak są Jego, ale On chce od nas tej gumy, dziesięciny, by spojrzeć nam głęboko w oczy i się szeroko uśmiechnąć.
A co na to żona? Tomek śmieje się w głos i opowiada historię czterech tysięcy złotych. Otóż pewnego dnia poszedł na uwielbienie. Co miesiąc jego olsztyńska wspólnota organizuje uwielbienia. W czasie modlitwy poczuł przynaglenie, że musi pomóc koleżance. Nie było po niej widać, że ma problem. Nie skarżyła się.
Była zima, a zimą jest niewiele imprez do nagłośnienia. Żona chwyciła się za głowę, gdy usłyszała o planie Tomka. Biznes nie idzie, a tu cztery tysiące miały wyparować z domowego budżetu. Marta przeliczała cztery tysiące na butelki płynu do prania, pary butów dla Michałka, turystyczne wyjazdy, rachunki za gaz, ale zaufała mężowi.
Dar trafił do koleżanki przez znajomego. Może by odmówiła? Pewnie byłoby jej głupio.
Po miesiącu kobieta przyszła do Tomka i jego żony na śniadanie. Przez przypadek. I przy drugiej kawie powiedziała, że rok temu pomogła sąsiadom i dała im czterysta złotych. Teraz, kiedy miała straszny problem z ratami kredytu, ktoś podarował jej cztery tysiące. Nie mogła się nadziwić, że Pan Bóg o niej pamiętał i odpłacił dziesięciną za dziesięcinę. – Mnie zamurowało – mówi Tomek – a żona zrobiła się cała czerwona. Gdy koleżanka wyszła, usiedliśmy przy stole i spłynęło na nas niesamowite uczucie. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyliśmy. Radość, szczęście, błogość. Dała komuś czterysta złotych i dostała dziesięć razy więcej. Wykonaliśmy plan Pana Boga.
Tomasz raczy mnie jeszcze jedną historią. Jej bohaterem jest jego do niedawna twardo stąpający po ziemi przyjaciel Kamil. Kamil udzielał się w zespole muzycznym, który grał w kościele w czasie modlitwy uwielbienia. Ksiądz, który opiekował się zespołem, wyjeżdżał i zabierał ze sobą sprzęt nagłośnieniowy. Tomek nic o tym nie wiedział. Jechał samochodem na zakupy i coś go tknęło. Zadzwonił do Kamila. Powiedział, że chce przekazać zespołowi pięć tysięcy złotych na nowy sprzęt. Akurat miał duże zamówienie. Pieniądze leżały na koncie. – Kamil milczał. Bałem się, że coś mu się stało. A on na to, że właśnie się modlił o pieniądze dla zespołu. Potrzebowali równo pięciu tysięcy złotych. Od tego czasu Kamil się zmienił. Opowiada o tym zdarzeniu jak o cudzie. To był cud.
Czy Tomka kusi, by się chwalić dziesięciną? Nie. Prosi, bym zmienił jego imię i imiona bohaterów opowieści. Zmieniłem.
Niech nie wie lewica, co czyni prawica
Aleksander Szczyrba ma czterdzieści osiem lat i eksportuje części samochodowe na Zachód. Na początku rozmowy ma dla mnie ważną informację. Będzie nas nagrywał, bo ma złe doświadczenia z prasą.
Jak znakomita większość mieszkańców tego kraju, pan Aleksander jest ochrzczony. Pierwsze doświadczenie Kościoła? W domu, w salce katechetycznej, później godzinka w niedzielę na mszy świętej. Na studiach kościół był wspaniałym miejscem. Można było dowalić komunie.
Po dziesięciu latach życia na Zachodzie wrócił z żoną i dziećmi do kraju. Spotkał przyjaciela ze szkolnej ławy. Kolega zabrał pana Aleksandra do Ludźmierza na spotkania muzyków chrześcijańskich. Wszystko się zmieniło. – Ostatni nawraca się portfel. Najtrudniej oddaje się pieniądze – mówi przedsiębiorca. – Ale ja nie narzekam. Życie na Zachodzie nauczyło mnie, że jeśli ktoś pyta, jak jest, to się odpowiada, że dobrze. Pewnie, że były kłopoty. Gdy moja żona była w czwartej ciąży, załamał się spory kontrakt. Zwalniałem ludzi, ale się podnieśliśmy.
Pan Aleksander zaskakuje mnie swoją teorią dziesięciny, ale nie można odmówić jej głębokiego ewangelicznego sensu. Skoro ktoś potrzebuje dziesięciu tysięcy złotych i dajemy mu te dziesięć tysięcy jako naszą dziesięcinę, to ile Pan Bóg powinien dać zarobić? – Jeżeli On wie, że ja płacę dziesięcinę, na przykład dziesięć tysięcy, to daje mi stówę. Nie znam takiego biznesu na świecie.
Eksportera części samochodowych boli, że w Polsce bogactwo to grzech, a gdy ktoś ma, to znaczy, że ukradł. Dlaczego tak rzadko mówimy, że świetnie nam idzie i cieszymy się z tego? Zdechła krowa? Nie szkodzi. Sąsiadowi zdechły dwie.
Czy dziesięcina jest opodatkowana? Wspólnota, do której należy Aleksander Szczyrba i której przekazuje pieniądze, jest stowarzyszeniem. Zarząd dba, by wszystko było zgodne z prawem.
Czy pracownicy firmy Szczyrby wiedzą o dziesięcinie szefa? Wiedzą i pewnie czasem myślą, że szef zbzikował. Znają też jego filozofię. Firma ma być jak rodzina, a pracownik to nie przypadkowy człowiek z ulicy. Tego człowieka w firmie postawił Pan Bóg. Jeśli pracownik, któremu daje się palec, zabiera rękę, to trzeba dać mu drugą szansę. Jeśli znów weźmie rękę, trzeba go zwolnić. W biznesie nie ma czasu na wychowywanie. – Jeśli się przekonają, że warto dobrze pracować, to wszystko zaczyna funkcjonować. Traktujemy ich fair. Nie żyjemy po to, by pracować, ale pracujemy po to, by żyć.
Szczyrba nie wie, czy jego ludzie się nawracają. Wie, że dziesięcina nigdy nie będzie powszechna, bo wymaga zmiany myślenia o Kościele i eksplozji odpowiedzialności za Kościół. Nie należy spodziewać się szybkiej zmiany myślenia całego społeczeństwa. Przemiana w głowie Aleksandra i jego żony trwała kilka lat.
Również zdaniem biskupa Grzegorza Rysia dziesięcina nie trafi pod strzechy. Nie przynosi chwały i blasku, a ludzie chcą się pokazać. Ciężko wziąć do serca biblijne „Niech nie wie lewica, co czyni prawica”. – Dziesięcina to wyraz odpowiedzialności za wspólnotę – mówi biskup z Krakowa. – Te pieniądze mogą pójść na pomoc biednym członkom wspólnoty lub na zatrudnienie na etacie kogoś, kto cały swój czas poświęca sprawom wspólnoty. Wtedy oczywiście taka wspólnota musi zostać zarejestrowana jako stowarzyszenie.
Biskup Ryś przypomina, skąd się wzięła dziesięcina. Gdy na pustyni pojawił się chleb, Mojżesz kazał Izraelitom zebrać go według potrzeb. „Niechaj nikt nie pozostawia nic z tego do następnego rana”. Ci, którzy nie posłuchali, stracili wszystko. Chleb zjadły robaki. Żeby naszych pieniędzy nie trafił szlag, nie magazynujmy ich jak słynny skąpiec Ebenezer Scrooge, bohater Opowieści wigilijnej Karola Dickensa.
Dziesięcinę wywodzi się wprost z Księgi Rodzaju. Jeszcze na długo przed zawarciem przymierza na górze Synaj Abraham oddał dziesiątą część łupów wojennych Melchizedekowi (por. Rdz 14,20).
W XIX wieku polscy chłopi przeklinali dziesięcinę. Nie mogli ruszyć snopów na polu, póki nie przyjechał ktoś z kościoła i nie policzył swojej części. Ale to historia.
Kahal
We wsi Czyżowice niedaleko Wodzisławia Śląskiego mieszka była nauczycielka klas 1–3, pani Kasia. Pani Kasia rzuciła pracę, by towarzyszyć mężowi w prowadzeniu działalności gospodarczej. Budują domy. Należą do stowarzyszenia Kahal w Czyżowicach. Jest to grupa przyjaciół zajmujących się m.in. organizowaniem kursów Alfa, czyli cyklu spotkań poświęconych dyskusji nad wiarą. Od każdego zlecenia oddają stowarzyszeniu dziesięcinę. W Kahalu wiedzą, że gdy nie ma pracy dla firmy męża Kasi, nie ma przelewu, ale przeważnie jest, bo Pan Bóg daje domy do zbudowania. – Wiem, na co wspólnota wydaje pieniądze – mówi Kasia. – Co miesiąc dostajemy mailem raport z wydatków.
Stosunek Polaków do pieniędzy jest dla byłej nauczycielki zrozumiały. Naród po przejściach walczy o każdy grosz. Wszędzie mówią, że państwo nas okrada. Ciężko coś oddać. Na tacę trudno rzucić więcej niż dwa złote. Media zrobiły swoje. Jaki jest obraz księdza proboszcza w telewizji, każdy widzi. Że ma samochód w garażu. A niby dlaczego ksiądz nie miałby mieć dobrego samochodu, skoro parafianie mają?
Aleksander i Alicja również należą do Kahalu. Kiedyś byli niedzielnymi, letnimi katolikami. Ksiądz był dla nich mało wiarygodny, a kościół stanowił obowiązek. Chodzili na mszę w sobotę wieczorem, żeby mieć wolną niedzielę. Rzucali do koszyczka dwa złote, albo pięć, gdy nie było drobniej. Aleksander szukał sensu życia w kieliszku. Otarł się o narkotyki. Kurs Alpha był punktem zwrotnym. – Dawali dobre jedzenie – śmieje się Alicja. – Żartowałam, że idziemy na Alphę i nie trzeba będzie gotować.
Widzieli na kursie takich jak oni. Zwykłych ludzi z problemami dnia codziennego. Zawiązały się przyjaźnie. To przyjaciele ze wspólnoty wymodlili życie dla ich synka. – Leżałam na badaniu KTG w szpitalu – wspomina Alicja. – Obok stał lekarz i powiedział: „Panie docencie, to dziecko nie przeżyje”. Nasz synek Tymoteusz miał nie oddychać po urodzeniu. Weszła pielęgniarka i powiedziała: „Panie doktorze, to jest ta pacjentka”. Kopali leżącego. Odbierali nam nadzieję.
SMS do przyjaciół i zaczęła się modlitwa. Ludzie modlili się nocami, pościli. A oni czuli, jakby szli po wodzie. Bóg dawał znaki, że nie muszą się bać, ale nie dowierzali. Gdzieś pod skórą nadzieja walczyła ze słowami lekarzy. Wiedzą, że to była walka dobra ze złem.
Cesarskie cięcie. Wyciągnięty z brzucha synek płacze wniebogłosy. Tymoteusz jest cały i zdrowy.
Aleksander i Alicja mają dobrą pracę, chociaż z tyłu głowy zapala się czasem czerwone światełko. Wysyłają ludzi do pracy w Holandii w rolnictwie i w fabryce telefonów. Młodzi ludzie jadą za pieniędzmi i zostawiają rodzinę. Ale czasem nie ma innego wyjścia, bo w Polsce nie ma zielonej wyspy. Dziesięcina to dla nich oczywistość i wyraz odpowiedzialności i łączności z żywym Bogiem. – Kościół jest ciałem – mówi szef stowarzyszenia Kahal Andrzej Strączek. – Bóg objawił się ludziom w konkretnych warunkach historycznych i geograficznych. Domaga się od nas odpowiedzi.
Andrzej Strączek pamięta parafialną salkę, w której kilka lat spotykał się z przyjaciółmi. Mleczno-barowy klimat, rozstrojona gitara i myśl, że ewangelizacja, o której marzyli, nie posuwa się do przodu. Wyłożyli pieniądze i kupili sprzęt muzyczny. Mogli wielbić Boga. Później wczytali się w Biblię i zobaczyli, że bez pieniędzy pole manewru w odpowiadaniu Bogu jest zawężone. Dziesięcina stała się wymiarem miłości. – Żonie kupuję kwiaty i zapraszam ją czasem do restauracji – tłumaczy prezes Kahalu. – Nie myślę wtedy o pieniądzach. Tak właśnie jest z dziesięciną. Wielu katolików traktuje kościół jak urząd do wydawania zaświadczeń. Gdyby proboszcz poprosił z ambony o dziesięcinę, pod probostwem natychmiast rozstawiłby się TVN 24. Nie uczymy się odpowiedzialności za nasz Kościół. Przychodzimy po sakrament jak do urzędu i mamy pretensję, że źle nas obsłużono – mówi pan Andrzej. I opowiada dowcip: Tata z synem wychodzą z kościoła. Tata narzeka: „Co za marne kazanie, ksiądz nudziarz, charczący mikrofon, w kościele zimno, kolejka do konfesjonału”. A synek na to: „Tato, a czego byś chciał za dwa złote?”.
Oceń