Nastał dla mnie czas pożegnań…

Nastał dla mnie czas pożegnań…

Rozstanie — pożegnanie! Ileż to ostateczności może się zawierać w tym stwierdzeniu! Rozstanie bezpowrotne! Muszą się w naszym życiu takie zdarzyć. A jeśli rozstajemy się z czymś, co bardzo kochamy, lub z kimś, kogo autentycznie kochamy… Pożegnać, by już nigdy nie powitać — jakiż to dramat! Jakaż rana! Struktura naszego być przetykana jest dosyć często czarnymi włóknami tragizmu. Gdy żegnamy wiosnę, mówimy sobie: do przyszłego roku. Ale bywają rozstania na zawsze. Przynajmniej w znaczeniu doczesnym. Stoicy doradzali, by nie kochać nikogo zbyt mocno, bo silna miłość rodzi ból… Ale rada ta jest ponad siły dla człowieka, który w miłości szuka dla siebie nie tylko oparcia, ale i realizacji siebie. Serce ludzkie jest stworzone do kochania. Taka jest struktura osobowości ludzkiej, a więc tym samym człowiek musi cierpieć. Miłość prawie zawsze zwiastuje rozstanie — chyba że jest się wierzącym chrześcijaninem. Wówczas sprawy mają się inaczej. „W krainie ducha nie ma pożegnania”. „Wyrzeknij się szczęścia, a będziesz szczęśliwy” — doradzał Marek Aureliusz. Jednak człowiekowi trudno jest pójść za tą radą. Wciąż czegoś oczekujemy… Trzeba się nauczyć właściwego miłowania i przeżywania spraw i rzeczy, które muszą się skończyć, przeminąć; nauczyć się pożegnań, rozstań… I mieć świadomość płynącą z wiary, że ostateczne rozstanie z tym światem będzie POWITANIEM ŻYCIA NOWEGO — WIECZNEGO…

Siedzę przy stoliku na Piazza Maddalena — już zjadłem obiad, dopijam un bicchiere di vino i wcale się nie spieszę. Dym z papierosa zatacza łuk wokół mojej głowy. Trzy gołąbki spacerują na schodach prowadzących do kościoła Marii Magdaleny. Myślami jestem przy trzecim moim pobycie w Rzymie — rok 1981… Cofam się jeszcze dalej wstecz — rok 1970, pierwszy przyjazd do Rzymu; potem następne… a każdy inny. Każdy ciekawy. Każdy bogaty w przeżycia, doświadczenia, wzbogacony refleksją osobistą i lekturą nie tylko „Przewodników”, ale również refleksją o Rzymie tych, którzy tu przyjeżdżali, przebywali, pracowali. Zdaję sobie sprawę, że to już mój „ostatni Rzym”… Przebiegam myślami po Rzymie, całym Rzymie. Tym antycznym, średniowiecznym, nowożytnym, tym współczesnym…

Zapadam w klasztorną ciszę na Monte Celio, gdzie dawniej Grzegorz Wielki, benedyktyni, obecnie kameduli i… Matka Teresa z Kalkuty, jej Siostry. Ten zakątek to Rzym moich snów… spełnionych snów… Potem staję na Kapitolu pod „błogosławiącą ręką” cesarza-filozofa Marka Aureliusza na koniu… Przez jakiś czas nie było go tam, był w renowacji. Teraz stoi jego kopia. Oryginał jest w Muzeum. Przypomina się myśl filozofa: „Zajrzyj w siebie! W twoim wnętrzu jest źródło, które nigdy nie wysycha, jeśli potrafisz je odszukać”. Właśnie. Wszystko niesiemy w sobie. Cały wszechświat, nie tylko Rzym. Jeśli potrafimy myśleć. A człowiek jest istotą myślącą. Przypomina nam o tym mozaika w Museo della Terme. Antyczna mozaika z napisem GNOTHI SEAUTON (Poznaj samego siebie) W kościele św. Augustyna w pobliżu Piazza Navona często przypominałem sobie słowa chrześcijańskiego filozofa i teologa — doktora Kościoła Deum et animam scire cupio, nihilne plus, nihilne omnino (Człowieka i Boga pragnę poznać, nic więcej, nic ponadto).

Chodzę po Rzymie pośród zabytków, pamiątek przeszłości i mówię sobie: „Żegnaj Stary”, a zawsze młody Rzymie!

Odwiedzam, składam wizyty pożegnalne swoim starym znajomym… W pierwszym rzędzie odwiedzam małego niewolnika drzemiącego z latarnią w ręku, który niezmiennie czeka na kogoś — na kogo…? już od wieków. Przypomina mi to rzeźbę Chrystusa Frasobliwego… Quaerens me sedisti lassus… (Szukając mnie, siedziałeś udręczony).

Następnie pozdrawiam znajome mi posągi Wenus: Pudica, z Cyreny, Kapitolińską, z Eskwilinu, Praksytelesa… Pytam, co mają mi do powiedzenia…? Powiedziałem Wenus z Cyreny, że jest zawsze piękna i pełna uroku, i podziwiam ją nadal, chociaż znamy się już tak dawno. I pytałem ją, czemu straciła głowę…? Powiedziała mi, że zawsze traci głowę, gdy jakiś mężczyzna ją podziwia. Potem idę do Dyskobola, chociaż sportem się nie interesuję za bardzo. Moja niepoprawnie romantyczna natura tu, w Rzymie, czuje się najlepiej. Idę więc na Piazza della Rotonda, siadam naprzeciw Panteonu przy stoliku i zamawiam cappuccino. Mogę tu, w samym centrum historii, tej dawnej i tej najnowszej, wśród zabytków, spotykać się co chwilę, z kim tylko moja dusza zapragnie…

Z kim ja się tu już nie spotkałem… Był czas, że oprowadzałem wielokrotnie wycieczki po Rzymie — prawie zawsze trasa moja wiodła przez Piazza della Rotonda, by pokazać zwiedzającym Panteon, najstarszą budowlę antycznego Rzymu, zachowaną do naszych dni w stanie używalności, dawniej świątynię wszystkich bogów pogańskich, a od VII wieku przemianowaną na kościół Wszystkich Świętych Męczenników. To właśnie stąd, spod Panteonu, Roman Brandstaetter pisał do Jana Wiktora list 18 X 1946 roku, w którym wyznał, że Rzym dla niego jest boski i piękny…

Krzyż w Coloseum, stare renesansowe kościółki, Bazylika św. Piotra, małe zaciszne placyki z szemrzącymi fontannami, pamiątki przeszłości, tej materialnej i tej duchowej, zwłaszcza tej związanej z działalnością Apostołów i Świętych — napełniają człowieka jakąś dobrą, spokojną wiarą w przyszłość tego bandyckiego świata. W Jerozolimie i w Rzymie człowiek uczy się wiary. I jest mu z tym bardzo dobrze — zwłaszcza, że wtedy nagle budzi się w człowieku jakaś głęboka świadomość, że ci wszyscy, którzy płonęli w krematoriach, gettach lub ginęli w obozach koncentracyjnych — nie byli samotni, nie umierali śmiercią samotną. Że konał wraz z nimi Chrystus. Ja, Panie Janie, przeszedłem podczas tej wojny przez pół świata, widziałem wielu bogów i byłem świadkiem bankructwa wielu wiar. Wszystko to jest naprawdę prochem w porównaniu z tą mądrą i kojącą ciszą, która panuje po dzień dzisiejszy w Ogrodach Getsemani w Jerozolimie lub w Katakumbach św. Agnieszki w Rzymie. Tu, w Rzymie, najlepiej doświadcza się tego, jak przemija postać tego świata — spacerując po Forum Romanum lub siedząc w cieniu Panteonu, gdzie nawet proch podnoszący się spod butów zawiera w sobie ślady narodów — ale również nigdzie indziej nie doświadcza się mocniej tego, że to, co Boskie, trwa na wieki — gdzie u św. Pudencjanny na mozaice z V wieku Chrystus jest również Rzymianinem.

Tu w cieniu Panteonu można spotkać się z każdym… Człowiekiem prostym, chudopachołkiem, niewolnikiem, patrycjuszem, legionistą. Westalką, gladiatorem, prostytutką, męczennikiem, cesarzem, papieżem… z kobietami i poetami… Stąd udaję się na Forum Romanum, by móc za Horacym powtórzyć: Ibam forte via Sacra, sicut est meus mos (Idę szparko via Sacra, jak to mam w zwyczaju).

Rzym to moje wielkie wzruszenie… Tu najlepiej żyje się pamięcią, wspomnieniem, wzruszeniem. Pamięć jest przewodniczką człowieka. Sztuka sprzymierza się z czasem i zagarnia człowieka w nieustanną obecność.

Aby Rzym dobrze pożegnać, dobrze się z nim rozstać tak, by utrwalił się na dobre w pamięci, trzeba wejść na Kopułę św. Piotra albo jeszcze lepiej, na Gianicolo… Kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II w swojej apostolskiej wędrówce po Polsce nawiedził Tarnów, po skończonej uroczystości — podczas której nastąpiła beatyfikacja Karoliny Kózkówny — nie mógł rozstać się ze zgromadzonymi tłumami wiernych i tak długie minuty wpatrywał się bez słowa w zgromadzonych; powiedział na koniec: „By móc się naprawdę spotkać — trzeba się napatrzeć”. I właśnie podobnie jest z Rzymem. Trzeba się napatrzeć… Dlatego najlepiej z Kopuły Bazyliki św. Piotra lub z Gianicolo. Stamtąd Rzym leży w dole jak otwarta księga — jak otwarty mszał… jak otwarte dzieje świata. Historia świętych. Jest tu i nasz rozdział… mój rozdział. Zobaczyć można kościoły poświęcone świętym męczennikom, wyznawcom, dziewicom i wdowom. Widnieje Kopuła wspomnianego Panteonu. Kopuła kościoła św. Agnieszki przy Piazza Navona, miejscu dawnego Stadionu Domicjana, przy którym poniosła śmierć męczeńską. W pobliżu widnieje kościół św. Augustyna, w którym spoczywają relikwie św. Moniki i w bocznej kaplicy jest słynny obraz Matki Bożej Dei Pellegrini, namalowany przez Caravaggia. I dalej kościół Marii Magdaleny z relikwiami św. Kamilla — patrona chorych i pielęgniarzy. Da się zobaczyć kościół św. Ignacego z relikwiami świętych: Alojzego, Jana Berchmansa i Roberta Bellarmina — patrona dobrej śmierci i autora dzieła De arte bene moriendi. Patrząc dalej, widzimy niezliczoną ilość kopuł i kościołów. Między innymi piękną kamanillę kościoła Santa Maria Nuova przy Forum Romanum, w którym znajdują się relikwie św. Franciszki Rzymianki. Dalej Awentyn ze św. Sabiną, św. Aleksym i św. Anzelmem; S. Maria in Vallicella, w którym znajdują się relikwie św. Filipa Nereusza — patrona nie tylko biednych, ale i Rzymu… A w dole Isola Tiberina z kościołem św. Bartłomieja, w którym przez całe wieki przechowywano relikwie św. Wojciecha, bo właśnie dla niego kościół ten był zbudowany. Warto jeszcze popatrzeć na pięknie prezentujący się ze Wzgórza Gianicolo Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu — Angelicum. I tak można by bez końca. Ale trzeba jeszcze wstąpić do kościoła San Pietro in Montorio, aby rzucić okiem na sarkofag franciszkanina, na którym jest napis: Bonis et mors et vita dulcis est (Dla dobrych i śmierć, i życie są słodkie) — właśnie! Ten napis jest kluczem do zagadki życia i śmierci… Bonis — dobroć, dobro… być dobrym. Co to znaczy? W Ewangelii czytamy, że „Dobrym jest tylko Bóg”. Poza Bogiem nie ma dobra. A tym bardziej — wbrew Bogu. Przypomina nam często tę prawdę Ojciec Święty. Dziś — gdy świat i ludzie na nim chcą tak żyć, jakoby Boga nie było. A tak bardzo tego dobra wszyscy ludzie pragną. Są za nim stęsknieni…

Ale zejdźmy na dół. Ze wzgórza Gianicolo do miasta. „Rzym jest zawsze ładny i zawsze ma nam coś do powiedzenia” — napisał te słowa do mnie w liście przed laty o. Konrad Hejmo, zapraszając mnie do kolejnego jego odwiedzenia. I rzeczywiście tak jest. Rzym to między innymi Miasto Aniołów… w tym dosłownym i przenośnym znaczeniu. Anioły przemawiają, wołają, trąbią, czasem krzyczą. Śpiewają i grają. Napominają. Pocieszają. Uczą. Jest ich wiele. Na wieżach, fasadach kościołów. Na cokołach, kolumnach, ołtarzach. Na mostach. Chociażby na wieży Zamku św. Anioła… Ale są w Rzymie również Anioły w domach i klasztorach. Wprawdzie nie widać u nich skrzydeł, ale można je wyraźnie rozpoznać po sposobie bycia. Po modlitwie, po pracy. Na via Pfeiffer 13 jest taka oaza Aniołów… Niepozorna, ale bardzo dynamiczna. Kto chociaż raz tam się zatrzymał, może to potwierdzić. Ja doświadczyłem tego po wielekroć. A więc Rzym rzeczywiście „ma nam zawsze coś do powiedzenia”. Na Anioł Pański w każdą niedzielę też przemawia w Rzymie Anioł do całego świata. Czy go uważnie i pilnie słuchamy…?

Roma Aeterna… dlaczego? Przecież przeminęło już tyle cywilizacji w świecie i kultur… „Przemija postać tego świata…” Rzym nie przemija, bo w nim Apostoł Piotr i Apostoł Paweł zakotwiczyli Kościół Jezusa Chrystusa, który już dwa tysiące lat trwa i będzie trwał aż do skończenia tego świata; trwa i będzie trwał po to, by ludzi „przenosić”, przeprowadzać do WIECZNOŚCI, do KRÓLESTWA NIEBIESKIEGO, do BOGA SAMEGO.

Dlatego można i trzeba pożegnać Rzym jako miasto ziemskie i doczesne, ale nie można i nie trzeba żegnać tego, co Rzym reprezentuje. Na co Rzym wskazuje. A Rzym reprezentuje i wskazuje na wartości duchowe. Na samego Boga, który jest DOBREM NAJWYŻSZYM I OSTATECZNYM. Dlatego można żegnać Rzym bez smutku i żalu. Z nadzieją i optymizmem, że bonis et mors et vita dulcis est.