Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy

Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy

Jest On, ale jest i ona. Zwyciężona, a jednak jej doświadczamy: najpierw w odejściach drugich — gwałtownych, tragicznych, przypadkowych, przewidzianych, powolnych jak dopalanie się świecy. Jest marzeniem dla tych, co nie zaznali życia, a tą cząstką, której zaznali, zostali umęczeni i zdegradowani. A i my pytamy wcale nierzadko: „a co z nami będzie”, z upływem lat jakby coraz ciszej i niepewniej, coraz odleglejsze staje się „wszystko mi jedno” — to hasło potężnej witalności, eksplozywnej energii lub buntu, kiedy naszym zniknięciem chcemy oskarżyć Boga, sprowokować Go, wykazać Mu nieodwzajemnioną miłość. Oglądamy ją ustawicznie od zewnątrz, nawet jeśli jej skutki żłobią w naszej psychice głębokie koleiny. Mocnej psychice — u niektórych z nas wyzwala się zdziwienie: jak to, i ja żyję, potrafię jeść, zasypiać, kupować na tę okazję czernie, przymierzać woalkę i sposobny do tej ceremonii pożegnania najbliższego kapelusz?

Kiedy bliscy lub nawet przypadkowi umierają na naszych rękach, zdaje się, że cząstkę tej tajemnicy nam przekazują — w gwałtownym i pełnym ciemności zmaganiu lub cichym zaśnięciu. Ale czas i tę odrobinę potrafi rozpuścić lub zwerbalizować, uszykować do zakomunikowania innym. Tkwi w tym pewnie i terapia przewidziana przez Opatrzność.

Jeśli zdanie: „Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy” interpretować w duchu „nieprzekazywalności” śmierci i zastępstwa w niej (choć mity greckie znają taki przypadek), to dobrze powiedziała jedna z karmelitanek z Compiegne, że każdy ma swoją śmierć, chociaż postronnym obserwatorom zdaje się ona czasami na wyrost — jak przez pomyłkę przydzielony przez westiariuszkę zbyt obszerny habit.

Żałoba. Wydaje się, że jest ona gestem uczciwym, udzielanym przez różne kultury osobie zmarłego — jest jakby cząstkową, symboliczną spłatą długu za dokonane przez niego dobro (wzmożona pamięć o nim podkreślana także strojem i kolorem stroju, zwyczajami, jak np. zamknięciem na jakiś czas pokoju, w którym żył i pracował, ograniczeniem rozrywek itp.) i osobom pozostałym na tym świecie — mianowicie żałoba przez określony precyzyjnie czas trwania zabezpiecza od konsekwentnego, coraz bardziej drapieżnego w naszym żalu wypierania zmarłego przez naszą zrozpaczoną osobę i porzucania codziennych zajęć, co zawsze przecież łączy się z krzywdą nas otaczających.

O, przedmioty mego pożądania, dla których zdolny byłem do ascezy, żarliwości i heroizmu, jaka litość, kiedy myślę o waszych ustach i rękach, i piersiach, i brzuchach oddanych gorzkiej ziemi.

Ja wspominam stecki, dróżki

Gdzie chodzili twoje nóżki

O, tak — to też owoc nieubłaganego czasu — ta tkliwość, litość, kiedy oddaliło się już pożądanie, a pozostał zachwyt i ogromne pytanie: „Jak to tak odejść, jak to tak pozwolić się stoczyć robakowi i wchłonąć ziemi?!” To, co było ciałem, oddzielnie i dusza tkająca ciało oddzielnie — przepaść. I my także oddzieleni, rozdzieleni. Pytanie — na jak długo? — jest jakąś pociechą, ale przecież codziennie przyłapujemy się na rozmowie z pustką: odwracamy się na krześle — tak jak zawsze, żeby się poradzić — a nie ma nikogo.

Buntujemy się. Św. Tomasz, jako wnikliwy obserwator człowieka, potrafi powiedzieć, że śmierć dla człowieka jest czymś głęboko nienaturalnym — choć powiemy, że przecież, to starzenie się, rozpad jest naturalnym procesem. Dziś już może bardziej przeraża ludzi niż dawniej Sąd Boży, to że po śmierci NIC ich już nie czeka i waga przygotowana na nasze uczynki pokryła się jedynym obiektywnym kosmicznym pyłem. „NIC” jest tak straszne, że — jak uczą niektórzy teologowie — nawet diabeł woli piekło niż „NIC”. Nie znaczy to wcale, że taka świadomość przyprowadza człowieka do bezruchu i otępienia. Skoro po naszej śmierci dziury w niebie ani krateru w ziemi nie będzie — wielu poświęca ziemski czas na sypanie choćby małego kopczyka pamięci: dzieło albo zbrodnia — byleby pamiętali. I zdaje się, że będą pamiętać, choćby z potrzeby odwołania się, potrzeby wzorów. W tym względzie człowiek zmienia się niewiele, choć czasami wstydliwie ukrywa, że na wzór przodków tworzy legendę. Mochnacki i jego towarzysze przystający za pan brat z bohaterami starożytnego Rzymu, tak samo wcześniejsi aktorzy Rewolucji Francuskiej. I nasze nowe postacie Kolumbów, krakowskie wcielenia Raskolnikowa, głodnego Żeromskiego ze stójką munduru weterynarii i upostaciowanie się Podziemia lat 80.

Brat Luc z Tibhirine w Algierii mawiał (a był lekarzem), że śmierć jest własnością Boga i Jemu należy zostawić jej egzekwowanie. Oprócz aluzji do terroru islamskich fundamentalistów wypowiedź ta niesie przekonanie ludzi cichych nie żywiących pretensji do Boga i świata, że na śmierć trzeba sobie zasłużyć życiem. Właśnie zasłużyć, żeby nie obrażać Boga odtrąceniem przez pośpiech daru życia. I wiadomo, że takie myślenie nie jest z tej epoki, która modli się o śmierć bezbolesną, czasami nagłą i niespodziewaną, aby była jak najmniej świadoma i — jeśli to możliwe — w jak najmniejszym stopniu naruszała codzienny rytm, prywatność i autonomię rodziny, bliskich i znajomych. Fakt, Luc nie był z tej epoki. I należał do wspólnoty, która i w tej epoce zachowała dla śmierci godne miejsce. Nie żeby trapiści jakoś szczególnie o niej rozmyślali, choć tradycja La Trappé z okresu reformy opata Rancé, wspominając pokutniczy zapał, mówi o pogrzebach celebrowanych we wspólnocie średnio „raz na cztery miesiące”, a XVIII-wieczne sztychy przynoszą wspomnienie wdzięcznie opartych na łopacie i melancholijnie wpatrzonych w co dopiero pogłębioną mogiłę znanych diuków i markizów odzianych teraz w cysterski habit. Taka była kontrybucja składana epoce panowania sentiment. Styl życia, organizacja przestrzeni w opactwie, która nie spycha osób wiekowych w kąt, Reguła, która każdego czyni potrzebnym mimo słabych sił i wieku (każdy mnich ma do końca swoich dni przydzielaną, nawet symboliczną, pracę), wreszcie przekonanie zgodne z duchem trzech fundatorów Citeaux, że klasztor nade wszystko jest Kościołem, zjednoczonym Ciałem, które nie zna kryterium efektywności i przydatności społecznej, lecz rządzi się wezwaniem do świętości — wszystko to sprawia, że mnich cysterski chce umierać w swoim domu.

Obwieszczenie śmierci. Dzwonnik uderza drewnianym młotkiem w deskę przytwierdzoną na murze korytarza. Nie dzwon, bo dzwon posiada specjalną melodię i wzniosłość, na niego przyjdzie jeszcze czas, teraz drzewo uderza o drzewo, jak podczas codziennej pracy, bo przecież ostatnia praca została wykonana. W tym dźwięku tkwi również zamierzona prowokacja: bo oto odszedł ktoś, my także kiedyś stąd odejdziemy. A może ktoś z nas uwikłany jest w obronę tych kilku centymetrów kwadratowych prywatnej przestrzeni, mikroskopijnej władzy, goryczy, skomplikowanych planów wyniesienia własnej osoby do pierwszeństwa w klasztornym powiecie — jakże komicznych w tej prostej przestrzeni. Kołatka zanim odezwie się, dzwon pyta: „Jaką nadzieję przeciwstawisz temu dźwiękowi, Bracie?”

Trapiści nie używają trumny. Ciało ubrane w habit i kukullę spoczywa na marach. W nogach i przy głowie zmarłego palą się dwie świece. Jak źrenice Światła badają, czyś proste czynił ślady nogami, czy głowę zajmowała ci myśl o Bogu. On jest lampą dla stóp człowieka i światłem na jego ścieżce, światłem, które rodzi się z pragnienia Boga wzbierającego w sercu zakonnika.

Zostawmy na chwilę obrzęd i zaglądnijmy do Reguły św. Benedykta. Ojciec w IV rozdziale zatytułowanym „Jakie są narzędzia dobrych uczynków” napisał, co następuje: „Śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma”. A zdanie to jak piękny klejnot oprawione jest przez zachętę: „Całą duszą pragnąć życia wiecznego” i przestrogi: „W każdej chwili strzec swego postępowania” oraz: „Uważać za rzecz pewną, że Bóg patrzy na nas na każdym miejscu”… Myli się jednak ten, kto sądzi, że Benedykt zjawia się w tych zdaniach niczym cmentarny ptak — posępny i kochający deszczową pogodę. Nie jest on oczywiście kuglarzem Pana Boga (niech żyją kuglarze!), ani łachmaniarzem księżniczki Biedy (oby ich było jak najwięcej!), ale nie jest to też święty stateczny — jeśli już, to poważny i… niezwykle łagodny, wyspokojony, jak ktoś, kto zaznał ogromnego cierpienia od ludzi, a mimo to człowiek wciąż go ciekawi i zadziwia. Benedykt nade wszystko jest człowiekiem Biblii i jeśli chcemy zrozumieć to uroczyste wyprowadzenie śmierci przed oczy mnicha, to musimy się zgodzić, że nie jest to w Benedyktowym zamyśle pedagogia strachu, ale Dobra Nowina dzielona z wierzącymi w Zmartwychwstanie Chrystusa. Świadomość śmierci nie może paraliżować mnicha, ni wpędzać w melancholię — również z tej praktycznej przyczyny, że klasztor umieszcza każdego zakonnika w relacji z innymi, nakłada konkretne obowiązki i egzekwuje precyzyjnie powierzone do spełnienia zadania. Domyślamy się, że Benedykt chce wskazać cel życia, przypomnieć, że istnieje taka ostateczna chwila i przed nią — jak mawia ksiądz Gorzelany, który często towarzyszy ludziom chorym na raka w ich zmaganiach — „trzeba się przyznać do siebie, żeby ze spokojem przejść przez ostatnią bramkę i mieć nadzieję na spotkanie z Ojcem”. Nie trzeba tu niczego dodawać. Dynamizm, jaki charakteryzuje biblijne spojrzenie ku śmierci, objawia się czujnością i tęsknotą: te dwa stany ludzkiej duszy wzajemnie się przenikają. Tęsknota wzmaga uważność („wypatrywanie”) i buduje pewność, ufność tego mającego nastąpić spotkania — serce człowieka dopomina się po prostu o pełnię. Czujność zaś podpiera tęsknotę za Niewyobrażalnym, konkretami życia moralnego i przygotowuje do najtrudniejszego egzaminu z zadań, które już wcześniej — jak mówi Chiara Lubich — zostały nam przez Chrystusa zdradzone: „Byłem głodny, byłem spragniony, byłem w więzieniu”. A Dzień Pana przyjdzie przecież jak złodziej! Ta zapowiedź aż iskrzy się od Bożej miłości i prawdziwej Bożej tęsknoty za człowiekiem! Proklamacja „niespodzianego” nie ma na celu zburzenia czy zatrzymania naszych codziennych zajęć, chwil radości, podkopania sensu najprostszych czynności i na pewno nie jest zachętą do kopania sobie grobu w wolnych chwilach. Ta proklamacja raczej stawia nam przed oczy wymagającą formułę: „tak żyj, abyś zawsze był gotowy pobiec ku Bogu”, „nie zostawiaj po sobie pasma krzywd”, „nie napełniaj świata atmosferą letniości”. Ale zdaje się, że w Dniu Pańskim najważniejszym elementem proklamacji jest moc i chwała Boga — będzie to dzień ostatecznego spętania zła, uwolnienia skrzywdzonych, przejścia z osądu ludzkiego pod sąd Boga, z rąk ludzkich w ręce Boga. Trzeba przy tym pamiętać, że prawdziwe dobro nie czyni hałasu, ma w sobie coś ze „złodziejskości”. Tak więc i w sposobie objawiania się mocy i chwały zawiera się dla nas nauka, że gotowość na Dzień Pański to wzrastanie w mocy pokornej na wzór świętych Pańskich i ukazywanie „wielkich dzieł, jakich Bóg dokonuje w ułomnej naturze człowieka” — czyli przystępowanie do chwały, która nie jest naszą zasługą. A ponieważ — jak uczy św. Paweł (1 Kor 7,7) każdy z nas ma własny dar i swoje osobiste powołanie, wyglądanie Dnia Pańskiego, spodziewanie się śmierci i spotkania z Bogiem dokonuje się nie w abstrakcyjnej atmosferze rozmyślań i medytacji, „jak to będzie w Dolinie Jozafata”, ale przez wierność powołaniu. Papież w Redemptor hominis nazwie tę wierność „wytrwałą gotowością królewskiej służby, posiadającą szczególne znaczenie dla tej wielorakiej budowy, gdy chodzi o zadania najbardziej zobowiązujące, od których też najwięcej zależy w życiu naszych bliźnich i całej społeczności”. Jasne jest (chociaż ogromnie trudne do akceptacji), że aby po królewsku służyć, trzeba codziennie umierać śmiercią niewolnika, swój los kształtować na wzór Jezusa, „Który nie szukał swego”. Benedykt, uprzedzając uczniów, którzy w każdej epoce, konfrontując ogromne Boże wymagania z „podłością” ludzkich sił i pokrętnością naszej natury, zadają gorzkie pytanie: „Któż więc może się zbawić?” — napisze w Regule: „Uważać za rzecz pewną, że Bóg patrzy na nas na każdym miejscu”. I znowu, czy jest to zimne oko kamery Wielkiego Brata, czy też Benedykt pragnie przekazać Nowinę o miłości Boga ku stworzeniu? Nawet jeśli Benedykt zakłada, że niektórzy naginają się do posłuszeństwa Przykazaniom tylko ze względu na strach przed karą ognia — to i tak jest to dla niego tylko etap, stan „niewolniczy” w pedagogii spotkania z Bogiem, etap z wolna ustępujący miłości synowskiej, wchodzącej w delikatną, kruchą — chce się powiedzieć — konstrukcję relacji z Ojcem. Piszę „delikatną i kruchą”, ale to nie Bóg jest słaby czy skrępowany — to miłość oślepia człowieka, powoduje w nim także ogromny ból pragnienia, wstrząsa nim i trwoży swoim ogromem, a zarazem łatwością, z jaką można ją przekreślić. Czy to ma na myśli Chiara Lubich, gdy mówi w swoich wyznaniach: „Boleść jest miłością, którą kocham Boga”?

„Bóg patrzy” — i od razu chce się powiedzieć, że w ten sposób Bóg za darmo objawia swoją atencję komuś, kto wiele musi się natrudzić, żeby ściągnąć choć minimalną uwagę innych ludzi. I ta atencja idzie w parze z akceptacją tego, że istnieje. To zakłada poznanie: Miłość poznaje miłość. Czyli znów zdziwienie — w kimś takim, jak ja, jak tamten… żyje ona, nie do końca została wypalona? Ktoś zbierze te czynności Boga i powie krótko: „Bóg stwarza”. Stworzył mnie i stwarza, podtrzymuje, żebym zwyciężył i zmierzał ku życiu, a wiadomo, że Jego dar przychodzi do najbardziej nieprawdopodobnych miejsc. „Śmierć mieć zawsze przed oczyma”… Można powiedzieć, schodząc na poziom czarnego humoru, że to wskazanie Ojca Benedykta najdosłowniej realizują nawet lekko chorzy bracia mieszkający w infirmerii, gdyż najczęściej jej okna w cysterskich opactwach wychodzą na cmentarz. Ale kto miał szczęście uzyskać pozwolenie i wejść za klauzurę, wie, że cmentarz jest zakątkiem prawdziwie pięknym, jest ogrodem skrytym często za wysokim murem, pełen rzadkich krzewów i uwijającego się wśród gałęzi ptactwa, klauzurą w klauzurze, gdzie mnisi chętnie modlą się i medytują. Cmentarz ma ściśle wytyczone granice i jego powierzchnia nigdy się nie powiększa. Brat bratu odstępuje mogiłę. Kości poprzednika składane są pod głowę zmarłego. I tak przez wieki. Nie ryje się w marmurze zasług — jedynie na krzyżu zawiesza się blaszaną tabliczkę z imieniem brata, taki „nieśmiertelnik” żołnierza Chrystusowego. Te kawałki metalu z biegiem lat tworzą warstwy, rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę, imiona przenikają imiona. Ale Bóg pamięta.

Nadchodzi moment pożegnania. Bracia wynoszą mary z kościoła. Nie ma mów pożegnalnych, bo bracia się spodziewają… Tak jak rolnik nie płacze nad posianym ziarnem, bo spodziewa się plonu. To milczenie jest chyba najbardziej przejmującym wyrazem prośby o miłosierdzie Boże. Brat prosi za brata, odchodzący wie, że nie zostanie sam, ale z pomocą przyjdzie mu modlitwa tych, którzy jeszcze zostali się trudzić. Jakby przeciągnięte za granicę śmierci słowa Izaaka ze Stella: „Ponieważ nie jesteśmy wciąż dojrzali, aby żyć w samotności, i również dlatego, że jeśli jeden z nas upadnie, znajdzie innych, którzy go podniosą — tak że brat, pomagając bratu, buduje się jak miasto na wysokościach: mocne i obwarowane. W końcu dobrze jest i miło, gdy bracia razem mieszkają”. I jeszcze ten gest zachowania wspólnoty widzialnej do końca: kiedy ciało zostaje spuszczone na pasach w mogiłę, po drabinie schodzi do niej infirmarz — człowiek, który dniem i nocą asystował bratu w jego chorobie i cierpieniu. To on układa na zmarłym kukullę, zakrywa mu chustą twarz, przygotowuje do podróży. W opactwie trapistów w Aiquebelle przechowywana jest z pietyzmem stuła Proboszcza z Ars. Kiedy umiera kapłan ze wspólnoty, stułę tę kładzie się na piersiach zmarłego podczas obrzędów w kościele. I gest ten jest jak pytanie św. Benedykta skierowane do kapłanów monastycznej wspólnoty, którym najbardziej grozi pycha płynąca ze znajomości ksiąg i sprawowania świętych misteriów, jako i skłonność do szemrania, gdy prości mnisi lub nawet sam opat nie poznają się na ich wybitnej inteligencji — „Przyjacielu, po coś przyszedł?” Tak na to pytanie próbował odpowiedzieć Thomas Merton i niewątpliwie jest to odpowiedź w duchu Vianey’a: „Nie przyszliśmy do klasztoru studiować Jezusa, ale Nim się stać…”

Dzwon. Mnisi rozchodzą się do swoich zajęć. I to już wszystko — chce się zapytać, czy tak kończy się życie, które ciągle kusiło spełnieniem nadziei na miłość tak ogromną i tak dotykalną, że pogrzebany przed chwilą człowiek opuścił dom, wyzbył się rodziny, małej nieśmiertelności ofiarowanej przez prestiż, jadł kiepsko i sypiał niewiele… I to już wszystko, po tylu latach oschłości, infirmeryjnej biedy, czekania na list, który podobno został kiedyś wysłany, pokornym przyjmowaniu wizyt młodych, którzy nie potrafią obyć się bez cytowania mistyków i tej malutkiej próżności płynącej z ogolonych do skóry głów i pięknie skrojonych habitów… To już wszystko. Jeszcze jakieś tam komentarze do Reguły zebrane ze stołu, zatłuszczone na rogach Naśladowanie Chrystusa, przedwojenna jeszcze gramatyka do niemieckiego, którego nigdy tak naprawdę się nie nauczył. Przyszła śmierć, ale kto widział, jakie miała oczy? Jeśli takie jak zmarły? Ale któż o takich głupstwach pamięta? A jeśli, jak dawno zmarły, jego przyjaciel? Nie, nikt nie zna tu jego imienia. A jeśli miała oczy Boga? Ale jak pytać, skoro wszyscy rozeszli się do swoich zajęć. Rozeszli się w wielkim spokoju, więc może jednak wierzą, że miała oczy Boga? „Pewność życia wiecznego — napisał Mistrz Eckhart — rodzi się z miłości i przyjaznego obcowania z Bogiem, w człowieku, który Mu bezgranicznie zaufa i pokłada w Nim pewność wykluczającą wszelkie powątpiewanie, wywodzącą się z miłowania Go jednakowo we wszystkich stworzeniach. I gdyby wszystkie one przeciw niemu się opowiedziały i sprzysięgły, by go pozostawić jego własnemu losowi, gdyby nawet sam Bóg się go wyparł, człowiek taki nie przestałby ufać, bo miłość nie potrafi być nieufna i z całym zaufaniem oczekuje tylko dobra…”

Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...