Śmierć jako kara i kres

Śmierć jako kara i kres

Tajemnica śmierci 1, z której to książki pochodzi niniejszy tekst, powstała w roku 1953. Hans Urs von Balthasar, który spisywał jej słowa, wspominał: „Adrienne siadała w fotelu z francuskim tekstem Nowego Testamentu w rękach. Przeczytawszy werset, zamykała oczy i po kilku sekundach namysłu zaczynała dyktować… Z biegiem lat to, co dyktowała, miało już formę niemal gotową do druku”.

Tekst „Tajemnicy śmierci” ma wyraźne cechy słowa mówionego; przekład polski stara się ten kształt zachować. Przy lekturze trzeba pamiętać, że czytany tekst to medytacja, „a to, co wyrosło z medytacji, przyswoić sobie można tylko medytując” (H. Urs von Balthasar)

W dziele stworzenia Bóg oddał w posiadanie i władanie człowieka dobry świat. Rozpostarł w przestrzeni rzeczy, nad którymi człowiek panuje, i nadał rzeczom trwanie, które pozwala mu je posiąść. Ale człowiek odwrócił się od Boga, a przez to zmienił całą swą relację do stworzenia. Pozbawiony swego pierwotnego środowiska, wygnany z raju, utracił też dany mu pierwotny czas: poddany został cierpieniu, trudowi, śmierci.

Kiedy teraz budzi się w człowieku świadomość, doświadcza przeżycia utraty i przemijania. Jeśli stara się iść za słowem Boga i żyć z wiary, pojmuje, że ogołocenie i rozstanie jest karą. Może ją jednak przyjąć w duchu posłuszeństwa. Może wyrzec się posiadania, aby służyć Bogu i pokutować — aż po gotowość przyjęcia śmierci. Posiadanie łączy się z życiem bez ciężaru winy, tak jak ogołocenie, przemijanie i śmierć łączą się z bytowaniem w stanie grzechu pierworodnego. Początkiem w zamyśle Bożym był raj; przechadzając się po nim, Bóg spotykał człowieka takiego, jaki był on na początku, w rozpoczynającym się, zawsze pierwotnym czasie, po którym nie miało nastąpić przemijanie. Kiedy kończył się jeden dzień, nie oznaczało to, że o jeden zmniejszyła się liczba dni pozostałych. Doświadczenie człowieka stawało się o jeden dzień bogatsze, ale jego życie nie stało się o jeden dzień uboższe. Dzień następował po dniu, ale czas nie stawał się przez to czasem przemijającym i skończonym. Przyszłość pozostawała przestrzenią otwartą.

Gdzie Bóg karze, tam pojawia się skończoność — człowieka i czasu, przeżywana ciągle od nowa w skończoności rzeczy i rozstaniu. Ta skończoność stoi w sprzeczności z wrodzonym człowiekowi pragnieniem: żyć zawsze, panować zawsze, przebywać zawsze przed obliczem Boga, przeżyć życie w zgodzie i więzi z Nim. A wszystko to w łonie danego mu przez Boga trwania. Po grzechowym upadku ludzie poznali jednak, że muszą pogodzić się ze swą skończonością. Cechuje ona nie tylko środowisko, w którym żyją, cechuje ich samych, z nich wzięła początek. To ich grzech wkroczył w dzieło Boga, to ich grzech jest przyczyną poddania człowieka skończoności.

Człowiek żyje teraz ku śmierci. Nie ma znaczenia, że nie zna jej godziny. Nie może żyć tak, jak gdyby ta godzina go nie dotyczyła, nie biła właśnie jemu. Nie jest też tak, że skoro już musi wybić, to jednak tak bardzo należy do Boga, że człowiek może żyć, nie pamiętając o niej. Przeciwnie: człowiek musi żyć w obliczu tej godziny, mieć ją przed oczyma, uznać sens nadany jej od początku przez Boga: sens kary. Swoją śmierć musi oceniać w świetle swego odniesienia do Boga i w cieniu swego odniesienia do grzechu. We wszystkim, co się kończy, w każdym rozstaniu musi dostrzec wyraz kary Bożej. Nie znaczy to, że w całej swojej egzystencji ma widzieć tylko grzech i karę. Musi jednak rzeczy zostawić takimi, jakie są w oczach Boga. Bóg wydalił człowieka z raju i kazał mu żyć ze świadomością czekającej go śmierci. Bóg uznał to za słuszne i człowiek winien to zaakceptować.

Wraz z pierwszym grzechem śmierć stała się wynikającą z istoty rzeczy koniecznością. Jeśliby Bóg tak nie zarządził, człowiek, dopuszczając się obrazy swego Stwórcy, mógłby zawsze sądzić, że to zło kiedyś później naprawi, odrobi zaniedbanie, że jak się od Boga odwrócił, tak się do Niego nawróci. Sądziłby, że wina i kara podlegają jego ludzkiej mocy, że sam może wymierzyć sobie pokutę, która wystarczająco długo i wytrwale praktykowana sama przez się zdoła go pojednać z Bogiem, a zatem doszedłby do przekonania, że w gruncie rzeczy może zbawić siebie sam.

Poprzez śmierć i zmierzający nieubłaganie ku niej, przemijający czas, Bóg wskazuje, że odwrócenie się od Niego jest czymś daleko poważniejszym, niż sądził człowiek, czymś tak poważnym, że człowiek sam z siebie nie jest tu zdolny do zadośćuczynienia. Bóg odbiera człowiekowi czas, nie pozwalając nim spekulować. W wyniku zburzenia istniejącej poprzednio trwałej relacji między Bogiem a człowiekiem powstaje to, co nazywamy chwilą: jednorazowość naszego „teraz” pośród mijającego czasu. Chwila rodzi się tam, gdzie śmierć kończy trwanie. Przedtem nie było rozstrzygającego „teraz”, które w przemijającym czasie okazuje się nieodwracalne. Były w trwaniu przemiany, wypełnione jednak zawsze zapowiedzią przyszłości i powrotu. Czas należał do „stanu posiadania” człowieka, posiadania, które dzielił z Bogiem, bez wyznaczenia ścisłych praw tego podziału. Bóg był Panem i Bóg rozporządzał, ale pozwalał współrozporządzać człowiekowi. Teraz istnieje „tu” i „teraz” w całkowitej jednorazowości. Poprzez formę czasu człowiek poznaje nieuchronność śmierci. Wie, że umrzeć musi, że jego bycie zmierza ku nie-byciu, ku godzinie, którą nie on wyznacza. Wszystko: i rzeczy, i ich przestrzeń, i ich czas uczestniczy w tym wielkim ogołoceniu człowieka. Rzeczy przemijają, więzi się rozpadają. Wszystko, na co patrzy człowiek, zmienia postać, stając się dla niego ostrzeżeniem. Obraz zmienia się, zniekształca, ginie. Wszystko nosi znamię przemijalności i śmierci, lecz przede wszystkim ludzkiej winy.

Przedtem człowiek nie potrzebował pracować, aby zapewnić sobie byt. Teraz musi przeciwdziałać tej jednorazowości i przemijalności, której został poddany. Chwila przemija, więc musi pracować, usiłując coś z niej zachować, wydobyć z niej owoc, nadać jej jakiś rodzaj trwałości i stałości, która też jemu samemu dałaby jakąś skąpą, ludzką miarę poczucia bezpieczeństwa. Wszystko to przenika życie człowieka aż po jego wymiar cielesny; czuje, że zmierza ku śmierci i że żyć znaczy „płynąć wciąż pod jej prąd”.

Śmierć jest kresem, a przez to tajemnicą. Nie jest to bowiem kres, po którym nastąpi kontynuacja i odbudowa. To bezwzględny koniec, rozpad zupełny. Bóg, zmieniając tak całkowicie stosunek człowieka do życia i otoczenia, nie powiedział mu, jakie ma wobec niego zamiary, kiedy to życie się skończy. Człowiek ma tu pewne doświadczenie poprzez śmierć innych ludzi, pogrzeb, rozkład ciała, zerwanie wszystkich ludzkich kontaktów żywych ze zmarłymi. Żadna miłość, żadne wspomnienia nie zdołają ich przywołać z powrotem. Poza progiem śmierci, w otwartej niejako przez nią przestrzeni, jawi się już tylko Jeden: Bóg. Bóg, który był, zanim był ten oto umarły człowiek, który tego człowieka stworzył, towarzyszył jego życiu i który żyje nadal po śmierci tego człowieka, tak jak żyć będzie po śmierci mojej, wszystkich innych ludzi i wszystkich ludzkich pokoleń. I pozostaje tajemnicą, co zrobi z tymi, których stworzył, a którzy pomarli.

Patrząc na życie człowieka, widzimy, jak dorastając rozwija relacje z otoczeniem, z ludźmi, z Bogiem. Widzimy, jak każdy idzie swoją drogą — wiary albo niewiary, grzechu lub odwrócenia się od niego. Ale jakkolwiek ludzie żyli, jakakolwiek była ich wiara — wszyscy umarli. Tu nie ma wyjątku. Nie ma nikogo, kto nie podlegałby prawu nałożonej przez Boga na człowieka kary, kto zdołałby przywołać z powrotem utracony raj. Czas się nie cofa; nieodwołalny jest wyrok Boży i postanowiona przez Niego tajemnica ludzkiej śmierci.

A dalej: człowiek wie, że kto wierzy w Boga, ten zwraca ku Niemu swą duszę, oddając Mu wraz z nią wszystko, całe swoje istnienie. Ale kiedy przychodzi śmierć, musi patrzeć, jak ciało człowieka ulega rozkładowi, natomiast tego, co stanie się z jego wiarą, duchem wiary i posłuszeństwa — nie widzi. Bóg pozostawia nam tylko obraz martwego ciała, natomiast okrywa tajemnicą swoje zamysły wobec ludzkiej duszy. Także człowiek wierzący nie wie, co Bóg z nim zrobi. Ma tylko tę pewność, że i jego wiara nie wyzwoli go z pewności śmierci i niepewności jej godziny. Nie zna możliwości swego ducha zachowania więzi z ciałem, ale nie wie też, czy kiedy jego ciało rozpadnie się ponownie na elementy, z których powstało, jego dusza będzie zdolna podtrzymać więź z Bogiem, albo czy to Bóg tę więź podtrzyma. Obie rzeczy są dla człowieka równie niewyobrażalne.

Śmierć wytwarza bardzo osobliwą relację do ludzi najbliższych. Przyjaciel, stojąc nad zwłokami przyjaciela, widzi, czym sam się rychło stanie: kimś, kto niczym nie może już rozporządzać, o którego własnym ciele rozporządzą inni. W duchu przyjaźni i pietyzmu może — zgodnie z wolą zmarłego, o ile ten ją wyraził — podjąć decyzje w sprawie ceremonii pożegnania, pogrzebu, spadku. Ale właśnie wydając te decyzje, uświadamia sobie, jak mało w gruncie rzeczy znał zmarłego, jego najgłębsze motywacje i pragnienia, nawet jeżeli często ze sobą o śmierci rozmawiali. Chętnie zapytałby teraz, poradził się zmarłego w kwestii tysiąca drobiazgów. I przez to odczuwa najdotkliwiej, jak bardzo nieobecny i jak bardzo daleki stał mu się przez śmierć najbliższy człowiek. Może czuje pełne wyrzutu spojrzenie przyjaciela, ganiące jego niewiedzę i nieporadność, które wyglądają teraz na prosty brak miłości. Nieuniknioną konsekwencją śmierci jest nie tylko rozstanie, ale też nieodparte poczucie niemożności porozumienia się, zerwanie dialogu, komunikacji, miłości, która przypisywała sobie dotąd inne wymiary.

Umarł ktoś bliski, ale jego śmierć spowodowała wyłom w mojej własnej egzystencji i to nie tylko dlatego, że stawiła mi przed oczy moją własną śmierć. Śmierć drugiego człowieka sięga głębiej, bo zrywa układy i więzi międzyludzkie, podważa poczucie bezpieczeństwa. To, co zdawało się być względnie zamkniętą całością, okazuje się bez reszty fragmentaryczne. Każda śmierć znajomego człowieka, każde może w ogóle zetknięcie się ze śmiercią, nawet już z tym umieraniem, które jawi się w przemijaniu pór roku czy więdnięciu kwiatów, stawia człowieka wobec jego własnego kresu, staje się niepokojącym, pozostającym bez odpowiedzi pytaniem. Za całą odpowiedź wiemy tylko tyle, że śmierć jest karą i dlatego jest niepojęta — jest bowiem karą, którą Bóg związał ściśle z ludzką winą, pozostającą dla człowieka, który i kocha, i grzeszy, czymś obcym i niezrozumiałym. Śmierć i myśl o śmierci uświadamiają nam nieodparcie naznaczony winą i karą charakter naszej egzystencji.

Patrząc na czyjąś śmierć, widzimy, że zmarły, który żywił różnorakie nadzieje, snuł plany, podejmował zadania, musiał pozostawić wszystko nie dokończone. Nadało to dziełu jego życia rys problematyczności, a ponieważ w dziele przejawia się myśl działającego, ten rys rzutuje także na jego osobę. Przekonujemy się, że śmierć sięga dalej, niż sądziliśmy. Nie dotyka tylko ciała, lecz rozciąga się także na ludzkie plany i zamysły. Bo jeśli nawet rozpoczęte dzieło poprowadzą dalej inni, to spowodowane przez śmierć załamanie pozostanie tak czy inaczej widoczne. To, że śmierć stanowi karę, przejawia się więc nie tylko w samym umierającym człowieku, ale równie wyraźnie we wszystkim, co go otaczało, co było z nim związane.

Odniesienie człowieka przez wiarę do Boga zakłada osobiste odniesienie się Boga do człowieka, stąd śmierć nie ma charakteru anonimowego tylko (dotyczącego człowieka jedynie jako istoty należącej do gatunku), ale sprawia też, że jego indywidualne, osobowe akty znajdują swój indywidualny, osobowy kres. Tego, czego w życiu dokonał, nie może kontynuować jakiś anonim. W śmierci jest zawsze ostateczność. Ludzkich śmierci nie da się zliczyć i wyrównać tą samą liczbą narodzin. Każde indywidualne życie ludzkie siać będzie zawsze pośród wszystkich innych znaki śmierci i nic ich zatrzeć nie zdoła. Siać ich będzie tym więcej, im więcej człowiek jest osobą. Bowiem kara za grzech to nie to samo, co pokuta za niego.

tłum. Marek Węcławski

1 Książka ukaże się wkrótce w naszym Wydawnictwie.

Śmierć jako kara i kres
Adrienne von Speyr

(ur. 20 września 1902 w La Chaux-de-Fonds, Szwajcaria – zm. 17 września 1967 w Bazylei, Szwajcaria) – rodowita protestantka, szwajcarska lekarka, mistyczka katolicka, stygmatyczka, autorka dzieł teologicznych, duchowa córka jednego z największych teologów XX wieku – ...