Na zakupy
fot. ingmar / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy

0 votes
Wyczyść

W bogatych krajach, z którymi lubimy się porównywać, takich jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania, sprawa handlu w niedzielę jest dość rygorystycznie uregulowana. Sklepy i galerie handlowe są zwykle zamknięte.

– OK. To spotkamy się o dwunastej przy głównym wejściu, mały tour po sklepach i przycupniemy gdzieś na kawę. Ale żadnych zakupów, nie mam kasy!

***

– To może po mszy, a przed obiadem u teściów mały wypad do Ikei? Taki rodzinny spacerek, może coś kupimy, a przynajmniej pobędziemy razem, nacieszymy oczy.

***

– Mam jeszcze takie niedzielne grzechy: prałam w niedzielę, raz nie byłam na mszy i robiłam zakupy.

***

Takich prostych, banalnych sytuacji i historyjek można przytoczyć dziesiątki – z własnego doświadczenia, zasłyszane, zobaczone. Jesteśmy z tym oswojeni. Normalna sprawa. No właśnie – co z tymi niedzielnymi zakupami, z tą komercją? Dobrze to czy źle? Wolno czy nie wolno? Grzech to czy nie?

Przede wszystkim rozróżniaj

Istnieje stara zasada myślenia, której sformułowanie przypisuje się św. Tomaszowi z Akwinu, a która brzmi po łacinie: Multa affirma, pauca nega, frequenter distingue, co znaczy: „Wiele potwierdzaj, mało zaprzeczaj, przede wszystkim rozróżniaj”. Można ją zastosować i do naszego tematu. Mam na myśli przede wszystkim konieczność rozróżniania. Bo istnieją sytuacje, kiedy niedzielne zakupy są uzasadnione, a nawet wskazane. Na przykład, kiedy odwiedzam kogoś w szpitalu i robię dla niego niezbędne sprawunki, kiedy przez te zakupy pomagam osobie niepełnosprawnej, a niedziela jest jedynym dniem, kiedy mogę to zrobić, kiedy nagle zjawiają się u mnie goście i nie mam ich czym poczęstować.

Zupełnie inna jest sytuacja, kiedy nie ma żadnej konieczności, jeśli mogę zrobić zakupy w innym czasie albo kiedy w ogóle tour po galerii czy markecie jest jedynie formą spędzania wolnego czasu w niedzielę, czy nawet sposobem uciekania z domu, od bliskich, od swoich myśli i siebie samego.

Grzech to czy nie?

Uznajmy, że ta pierwsza kategoria z powyższego rozróżnienia – stan konieczności – nie wymaga dodatkowych komentarzy (może z jednym wyjątkiem, o którym mowa w Katechizmie: „Wierni powinni czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia” i zatrzymajmy się nad sytuacjami niekoniecznymi. Grzech więc to czy nie?

To oczywiście ważne pytanie i w różnych sytuacjach musimy je sobie stawiać, odpowiadać na nie, rozeznawać i rozstrzygać. Jednak czasami, nawet często, warto sobie zadać pytanie bardziej podstawowe: Czy to jest sensowne, mądre, twórcze, krótko mówiąc: czy jest dobre? Wydaje mi się, że wówczas łatwiej znaleźć odpowiedź, łatwiej rozstrzygnąć i uniknąć kazuistyki i akrobacji na cieniutkiej i często subtelnej linii „grzech/niegrzech”.

A jeśli już myśleć w kategoriach grzechu, to przede wszystkim o tym, czym jest grzech, jak go rozumiemy. Nie chodzi tylko o naruszenie przykazania, jakiegoś zakazu czy nakazu. Najbardziej podstawowy sens grzechu jest taki, że szkodzi on człowiekowi, że człowieka pomniejsza, ogranicza, redukuje, fałszuje, upadla. Przykazania zaś są po to, by nas przed tą szkodą ustrzec. Greckim, biblijnym odpowiednikiem naszego słowa „grzech” jest hamartia, co oznacza chybienie, rozminięcie się z celem (według Arystotelesa jest to tragiczna wina, która powoduje, że człowiek, chcąc uniknąć zła, podejmuje decyzje i czyny, które jeszcze bardziej komplikują jego sytuację, prowadząc w końcu do katastrofy). Być może to zbyt subtelne, nazbyt podniosłe podejście do sprawy, którą wolelibyśmy rozstrzyg- nąć na poziomie technicznym, zerojedynkowym: tak/nie, wolno/nie wolno, grzech/niegrzech. Byłoby to chyba jednak radykalne spłycenie sprawy. Pytanie o celowość, o sensowność, o dobro tego, co robimy, wydaje mi się niezbywalne. Nie mogę się też powstrzymać przed zacytowaniem tu quasi-definicji grzechu, na którą natknąłem się dawno temu, ale która wciąż jest dla mnie pierwszym i podstawowym odniesieniem w myśleniu o grzechu: „Grzechy chrześcijanina […] nie są w jego poczuciu jedynie naruszeniem norm moralnych, ale występną zgodą na odczłowieczenie innych i swoje. W oczach wiary to, co odczłowiecza, od-bóstwia. To, co szkodzi postępowi człowieczeństwa, oddala przeobrażenie w Boga. Grzechem można nazwać wszelki akt wolny, który nie uczłowiecza, a tym samym nie może być przebóstwiony przez Tego, który jest nierozdzielnie Człowiekiem i Bogiem” (François Varillon SJ, Krótki zarys wiary, s. 32).

I w takim świetle warto sobie stawiać pytanie: „Grzech czy nie?”, zastanawiając się w niedzielne przedpołudnie, co by tu zrobić, albo już wędrując po sklepach, kupując – nie kupując.

Nieco konkretniej

Niektórzy nie mają z niedzielnymi zakupami żadnych problemów. Jest czas, są chęci i możliwości – czemu nie? Inni nie mają z tym problemu, bo oczywiste jest dla nich, że niedziela to niedziela, nie pracuje się, nie handluje – wiadomo, w co niedzielna praca się obraca. (Usłyszałem kiedyś, że słowo „niedziela” wskazuje, iż nasi przodkowie musieli być bardzo pracowici, skoro dla pamięci i przestrogi nawet w nazwę dnia świętego wpisali, że nie należy w nim działać, pracować).

Jednak dla bardzo wielu osób sprawa nie jest wcale oczywista, wciąż pojawiają się pytania, wątpliwości, pokusy, poczucie winy, zresztą w jedną i w drugą stronę: „Może jednak nie ma w tym nic złego?” albo „Może jednak lepiej tego nie robić?”. Dość często w konfesjonale można usłyszeć: „Robiłem zakupy w niedzielę” – przynajmniej jako „podejrzenie popełnienia grzechu”. Co zatem można czy nie można? Czy i co mówi na ten temat Kościół, jakie jest jego nauczanie?

Można odpowiedzieć dość krótko i prosto, powtarzając to, co już wyżej napisałem: Jeśli nie ma wyższej konieczności, w niedzielę nie należy robić zakupów! Podstawa takiej odpowiedzi? Dekalog: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” (por. Wj 20,8; Pwt 5,12). Uszczegółowienie tego można znaleźć w Kodeksie prawa kanonicznego i w Katechizmie. Tutaj niech wystarczą trzy odniesienia: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni powinni powstrzymać się od wykonywania prac lub zajęć, które przeszkadzają oddawaniu czci należnej Bogu, przeżywaniu radości właściwej dniowi Pańskiemu, pełnieniu uczynków miłosierdzia i koniecznemu odpoczynkowi duchowemu i fizycznemu. Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego” (KKK 2185).

I dla dopełnienia: „Świętowanie niedziel i dni świątecznych wymaga wspólnego wysiłku. Każdy chrześcijanin powinien unikać narzucania – bez potrzeby – drugiemu tego, co przeszkodziłoby mu w zachowywaniu dnia Pańskiego. […] Pomimo przymusu ekonomicznego władze publiczne powinny czuwać nad zapewnieniem obywatelom czasu przeznaczonego na odpoczynek i oddawanie czci Bogu. Pracodawcy mają analogiczny obowiązek względem swoich pracowników” (KKK 2187).

I jeszcze fragment, który w myśleniu o niedzieli przekracza indywidualną perspektywę i obszar samej wiary: „W poszanowaniu wolności religijnej i dobra wspólnego wszystkich chrześcijanie powinni domagać się uznania niedziel i świąt kościelnych za ustawowe dni świąteczne. Powinni wszystkim dawać widoczny przykład modlitwy, szacunku i radości oraz bronić swoich tradycji jako cennego wkładu w życie duchowe społeczności ludzkiej” (KKK 2188).

Pozwoliłem sobie wyróżnić ważne, moim zdaniem, sformułowania zawarte w tym punkcie Katechizmu.

Podsumowując: powstrzymać się od tego, co przeszkadza dobrze przeżyć niedzielę; nie stwarzać innym przymusu, który będzie im przeszkadzał w świętowaniu niedzieli; wspierać dobro wspólne i życie duchowe społeczności.

Ten drugi wątek – narzucanie innym tego, co przeszkadza w świętowaniu niedzieli – dotyczy szczególnie pracodawców, ale zapewne też klientów, którzy nakręcając popyt i niejako wymuszając przez to niedzielną pracę innych, w pewnym sensie są też pracodawcami tych, którzy ich obsługują. Notabene, pracownicy często mówią o tym, że w niedziele przez sklepy i galerie przewijają się raczej „turyści” niż kupujący.

Można oczywiście powiedzieć: „Co z tego, że ja nie pójdę, tysiące innych pójdą, więc co za różnica?”. Dlatego słuszna i mądra jest ta katechizmowa uwaga, że świętowanie niedzieli wymaga wspólnego wysiłku. No i, mimo wszystko, nawet jeśli rezygnacja jednej tylko osoby wydaje się kroplą w oceanie, to przecież ocean składa się z kropel, a – jak głosi stara maksyma – kropla drąży skałę! Zresztą nie tylko o to chodzi, czy moje powstrzymanie się od zakupów poskutkuje niedzielnym zamknięciem sklepu, ale też o to, że moje „tak” lub „nie” wpływa na osoby z mojego otoczenia, wspiera albo demotywuje, stwarza klimat przyzwolenia albo klimat sprzeciwu wobec komercjalizacji niedzieli.

To jeszcze nie wszystko

Przyznaję jednak, że to, co wyżej napisałem, wszystkie argumenty i refleksje nie do końca mnie satysfakcjonują, choć same w sobie wydają się jasne i przekonujące. Nie chodzi mi też o rozważanie detalicznych kazusów na temat „uzasadnionych racji” i „słusznego usprawiedliwienia”, rozstrzygnięcia, od którego momentu zaczyna się „narzucanie innym”, co znaczy „konieczny odpoczynek” itd.

Wydaje mi się, że niedzielna zakupomania jest bardzo złożonym zjawiskiem, jest jakimś fenomenem naszych czasów, wartym bardziej wnikliwego zastanowienia i zrozumienia. Nie mogę się bowiem oprzeć przekonaniu, że same niedzielne zakupy są tylko przejawem czegoś, zjawiskiem, które ma swoje źródła i przyczyny, ale także różnorakie i dalekosiężne skutki. I to jest ciekawe: dotrzeć do korzeni problemu i przewidzieć, jakie będą owoce naszych wyborów, działań lub zaniedbań, naszego stylu życia!

Bez najmniejszych pretensji do wyczerpania tematu chciałbym zwrócić uwagę przynajmniej na niektóre wątki.

Przyczyny…

Jakie więc są przyczyny? Jesteśmy bogaci i nie nadążamy z wydawaniem pieniędzy w ciągu tygodnia? Raczej nie. Przecież wciąż mamy poczucie i mówimy o tym, że w porównaniu z krajami Zachodu jeszcze jesteśmy na dorobku i daleko nam do europejskich pensji. Tymczasem w bogatych krajach, z którymi lubimy się porównywać, takich jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania, sprawa handlu w niedzielę jest dość rygorystycznie uregulowana. Sklepy i galerie handlowe są zwykle zamknięte, a jeśli otwarte, to tylko w określone, niezbyt liczne niedziele w ciągu roku, w wyznaczonych godzinach, do 13 lub 14. Czyli można! I czy nie warto tego podpatrzeć u innych? Może nie musimy wyważać otwartych drzwi.

Możliwe, że w naszej indywidualnej czy zbiorowej pamięci tkwi jeszcze głód dóbr materialnych epoki komunizmu, mamy do czynienia z syndromem nędzarza, podobnym do syndromu człowieka zlagrowanego, o którym kiedyś uczyliśmy się w szkole: człowiek po obozie, który przez długi czas doświadczał głodu, potrzebuje wciąż poczucia nasycenia, bezpieczeństwa, zawsze nosi w kieszeni kromkę chleba, na wszelki wypadek. Może coś takiego pcha nas w niedzielę do sklepów?

Myślę, że w niejednym przypadku pogoń, choćby platoniczna, za rozmaitością towarów bywa dyktowana chęcią wzmocnienia swojego poczucia wartości: kupuję, bo mnie stać; na im więcej mnie stać, tym więcej jestem wart. Czyli stara prawda, że myślimy o sobie raczej w kategoriach „mieć” niż „być” – im więcej mam, tym bardziej jestem. Może też nie cenimy zbytnio wartości niematerialnych. Wiemy, ile kosztują nowe buty, telewizor, butelka wina. Spotkanie, rozmowa, przyjaźń, więź z dziećmi, odpoczynek, zatrzymanie w biegu, cisza, modlitwa… – nie mają ceny, więc łatwo dojść do wniosku, że są bez wartości. A przecież to nieprawda. Wszystkie te sprawy mają swoją wartość, mają swoją cenę. Jeśli z nich rezygnujemy i je zaniedbujemy, pojawia się istotny deficyt, debet: wzajemna obcość w rodzinie, utrata wiary, zawał.

Jeszcze inny możliwy powód: ucieczka. Od siebie, od zatrzymania, zastanowienia, postawienia sobie istotnych pytań, od problemów… I ucieczka od innych, bliskich, rodziny, przyjaciół, od weryfikacji naszych osobistych relacji, określenia, jakie są, na czym są oparte. Podczas zakupów uwaga nie jest skierowana ani na siebie, ani na żonę lub męża, ani na dzieci, jest skupiona na rzeczach, które nie zobowiązują, nie stawiają pytań, nie budzą wyrzutów sumienia. Czy to możliwe, że o to chodzi? Przesada, absurd, to jakaś niemal freudowska podejrzliwość przecież! Czy na pewno?

I jeszcze jedna myśl na temat powodów. To po prostu wygodne, nie wymaga od nas kreatywności, specjalnego wysiłku, zaangażowania. Jesteśmy konsumentami – możemy być bierni. Po prostu nie mamy lepszego pomysłu na to, co zrobić z niedzielą, z wolnym czasem. Nie można pójść do pracy, nie będziemy przecież gapić się na siebie nawzajem przez cały dzień, zresztą łatwo wtedy o kłótnie i awantury, nie da się zbyt długo łazić po parku albo oglądać telewizji. Trzeba coś zrobić! To może zakupy (zwiedzanie centrum handlowego).

A skutki…?

Jakie są skutki spędzania niedziel na zakupach, w sklepach, wśród bogatej oferty towarów, które są na wyciągnięcie ręki i mogą uszczęśliwić albo dać choćby chwilę przyjemności i dobrego samopoczucia?

Pierwszy skutek to życie na powierzchni, życie „ekstatyczne”, kiedy wychodzimy z siebie, nie mamy z sobą kontaktu. A jeśli nie jesteśmy zintegrowani ze sobą, trudno, byśmy mogli się spotkać z innymi, nie mówiąc już o doświadczeniu Boga. Przychodzą mi na myśl – jako bardzo trafne i głęboko prawdziwe – słowa Ewangelii: „Nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4,4). Wynika z nich, że człowiek, który nieproporcjonalnie dużo uwagi poświęca „chlebowi”, proporcjonalnie do tego „nie żyje”; „Cóż za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26).

Drugim skutkiem jest to, że stajemy się przede wszystkim konsumentami, co oznacza istotną redukcję człowieczeństwa. Janne Haaland Matlary, niegdyś minister spraw zagranicznych Norwegii, napisała o niedzieli parę lat temu: „Potrzebujemy tego dnia wyróżniającego się spośród pozostałych. Wyobraźmy sobie koszmar, w którym każdy dzień tygodnia jest dniem powszednim z tą samą komercją i tym samym stresem! Nigdy już spokojnej niedzielnej zadumy, gdy możesz zebrać myśli i znaleźć czas na głębszą refleksję. Mimo to zewsząd czuje się wzrastający nacisk na zlikwidowanie przywileju niedzieli, szczególnie ze strony rynku. Oni chcą, byśmy byli konsumentami bez chwili wytchnienia” (Inna love story, s. 151).

I dzieje się tak: stajemy się konsumentami bez chwili wytchnienia. Także Zygmunt Bauman, którego z pewnością nie można podejrzewać o religijny fanatyzm, ale można zaufać jego kompetencjom socjologa, pisze o radykalnej przemianie społecznej, która się dokonała w krótkim czasie, a wskutek której staliśmy się społeczeństwem konsumenckim: „Obowiązująca filozofia biznesu głosi, że celem jest niedopuszczenie do zaspokojenia oraz nieustanne rozbudzanie, wywoływanie, stwarzanie i podsycanie kolejnych pragnień domagających się spełnienia, a także zwielokrotnianie liczby potencjalnych klientów, działających pod wpływem owych pragnień…” (Żyjąc w czasie pożyczonym, s. 33).

Bauman wspomina też, że proces przemiany człowieka w konsumenta prowadzi do demontażu własnego „ja”, sprzyja indywidualizmowi i jest antywspólnotowy, podkopuje społeczną solidarność, nakręca rywalizację, ubogich (którymi w pewnym sensie są wszyscy poza medialnymi idolami i celebrytami, a my owych idoli przyjmujemy jako punkt odniesienia dla siebie, dla naszego myślenia o swojej wartości, statusie, o tym, jak powinno wyglądać nasze życie, co powinniśmy mieć) sprowadza do kategorii „wybrakowanych konsumentów”.

Zwrócenie uwagi na absolutyzowanie ekonomii, wymogów rynku, gospodarki, wydaje mi się ważne, ponieważ to jeden z najczęstszych argumentów w obronie niedzielnego handlu: wspieranie koniunktury gospodarczej, zapewnienie miejsc pracy itp. Myślę, że zbyt łatwo przychodzi nam tworzenie sobie fałszywych alternatyw, różnych „albo – albo”: albo będziemy sprzedawać i kupować w niedzielę, albo gospodarka nam się załamie; albo markety będą pracowały w niedziele, albo gwałtownie skoczy nam liczba bezrobotnych. Czy rzeczywiście?

Wystawianie się na kuszenie przez sklepowe witryny i półki, pełne wszelkich możliwych towarów, w połączeniu ze wszechobecną reklamą, wzmaga w nas nienasycenie i postawę roszczeniową. Nieuchronnie też będzie kierowało naszą uwagę na to, czego jeszcze nie mamy. A ponieważ często tej narastającej pożądliwości nie będziemy mogli zaspokoić, łatwo wówczas popaść we frustrację, zazdrość, poczucie przegranego życia.

Na dodatek, jeśli niedzielna zakupomania czy zwiedzanie centrów handlowych wciąga całe rodziny, łącznie z dziećmi, oznacza to formowanie w dzieciach postawy konsumenta. I jest to już raczej deformacja niż formacja, a nawet swego rodzaju demoralizacja. Zastanawiam się, czy nie podpada to pod ewangeliczną przestrogę o „gorszeniu maluczkich”.

***

Zapewne lista przyczyn i skutków ignorowania niedzieli i jej charakteru dnia wolnego, niekomercyjnego, świętego, może być znacznie dłuższa i bardziej kompletna. Wydaje mi się jednak, że te wyżej wspomniane są już wystarczające, by na nowo przemyśleć nasze podejście do tematu zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym.

Na koniec chciałbym jeszcze przywołać dwie wypowiedzi ludzi mądrych. Jan Paweł II napisał: „Odpoczynek niedzielny pozwala sprowadzić do właściwych proporcji codzienne troski i zajęcia: rzeczy materialne, o które tak bardzo zabiegamy, ustępują miejsca wartościom duchowym; osoby, wśród których żyjemy, odzyskują prawdziwe oblicze, gdy się z nimi spotykamy i nawiązujemy spokojną rozmowę” (List apostolski o świętowaniu niedzieli, nr 67).

Natomiast zdanie żydowskiego teologa i filozofa Abrahama Joshuy Heschela jest chyba trochę życzeniowe, ale może właśnie dlatego będzie dobrym słowem na koniec: „Przez sześć dni tygodnia usiłujemy zapanować nad światem, w siódmym dniu próbujemy zapanować nad sobą” (Szabat, s. 17).

Na zakupy
Cyprian Klahs OP

urodzony w 1969 r. na Kaszubach – dominikanin, magister braci studentów w Krakowie. W zakonie pełnił liczne funkcje: duszpasterza akademickiego w Gdańsku i Prudniku, redaktora Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie,...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze