Na wiyrchu
fot. andrei slobtsov / UNSPLASH.COM

Siadam do pisania dzień po zakończeniu tegorocznej kolędy. I już wiem, że tematu tego nie jestem w stanie ominąć. Przedwczoraj mieliśmy tak zwaną kolędę dodatkową – czyli odwiedzaliśmy parafian, którzy nie mogli nas przyjąć w wyznaczonym przez grafik terminie. Przyznaję się: od tygodnia kibicowaliśmy – z Moim Nieocenionym Wikariuszem – żeby tych zgłoszeń było jak najmniej. Wiem, postawa to niegodna porządnych duszpasterzy. Ale owa ewidentna niechęć wobec systematycznie rosnącej liczby zgłoszeń była po prostu sygnałem, że jesteśmy zmęczeni. Serdecznie zmęczeni i serdecznie dosyć mający. W końcu się okazało, że trasy uzupełniające są zwykłych rozmiarów i sobota, planowana jako spacerek, była kolejnym dniem wyścigu z czasem, rozpiętego pomiędzy szczerą chęcią rozmowy a miłosierdziem wobec tych, którzy są na końcu trasy (o ministrantach i ich rodzicach nie wspominając). I to wyścigu bardziej skomplikowanego niż zwykle, bo zamiast odwiedzać kolejne domy lub mieszkania, biegaliśmy po parafii zygzakami, wedle planu tak przemyślnie zoptymalizowanego, że jego ułożenie zabrało nam chyba więcej czasu niż sama kolęda.

Znacie kolędowe prawo Murphy’ego? Nie wiem, czy było już wcześniej sformułowane, ale jego co najmniej ponownym odkrywcą jest Mój Nieoceniony Wikariusz. Wróciwszy bowiem z owej dodatkowej kolędy z wyraźnymi oznakami wyczerpania, na mój widok wyrzucił z siebie: „Ł

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się