Łzy to znak…
fot. andreea chidu / UNSPLASH.COM

Zadzwonił do mnie na Syberię Sikorowski. Tak, ten Sikorowski. Że o tym wspominam wszem i wobec? Pokażcie mi człowieka, który by się nie pochwalił tym, że Andrzej Sikorowski, ot tak – ni stąd, ni zowąd – wprost z krakowskiego śródmieścia, zadzwonił do niego na drugi koniec świata. Zadzwonił więc i „w pierwszych słowach swego listu” powiada: „Może cię trochę dziwi, że dzwonię, ale książkę napisałem i chciałbym ci ją ofiarować, bo choć już dawno się nie widzieliśmy, to wciąż mile wspominam moje kaznodziejskie występy u ciebie”. „Ech!” – westchnąłem sobie, napełniając płuca syberyjskim powietrzem, i kiedy już zakończyliśmy naszą telefoniczną rozmowę, pogrążyłem się we wspomnieniach.

Bo z kaznodziejstwem Andrzeja Sikorowskiego było tak. Gdy w początkach obecnego stulecia pracowałem jako duszpasterz akademicki w Krakowie, zaprosiłem Andrzeja do wygłoszenia (i wyśpiewania!) rekolekcji wielkopostnych dla moich studentów. Dlaczego nie jakiegoś rekolekcjonistę „z papierami”, tylko właśnie jego? Bo rekolekcje to przecież zbieranie tego, co się rozsypało, to wydobywanie na światło dzienne dobra, którego często nie zauważamy. A Sikorowski umiał i wciąż umie robić to naprawdę prześlicznie. O tym, co w człowieku dobre, umie nie tylko mówić, ale i śpiewać! A w dodatku, ch

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się