Jak najbardziej mnich
fot. andrew buchanan / UNSPLASH.COM

Jak najbardziej mnich

Życie mnisze – tak jak każde życie zakonne – nie wyodrębnia się na podstawie osobnego sakramentu; jest natomiast radykalizacją powołania chrzcielnego wspólnego wszystkim chrześcijanom czerpiącym wiarę od Kościoła.

Oblatura ma w sobie coś z zakochania. Używam tego słowa, ponieważ ma ono siłę relacji bardzo osobistej, ściśle uwarunkowanej niepowtarzalnością obiektu zakochania. Ostatecznie mało kto się dziwi, że naprawdę zakochany nie szuka samego stanu zakochania z ewentualnymi różnymi jego podnietami, lecz tej niezastąpionej osoby, w której jest zakochany. Tak samo nie jest dziwne, że jest się oblatem czy oblatką nie ze względu na ogólne predylekcje do Reguły czy zakonu benedyktyńskiego, lecz w stosunku do konkretnego klasztoru, niepowtarzalnej wspólnoty mniszej, zwykle nie pierwszej lepszej i niekoniecznie akurat najbliższej. Ta relacja oglądana z zewnątrz może wyglądać na mocno przypadkową, ale wewnątrz jest rozpoznawana już wyłącznie jako nieunikniona, jedynie możliwa, niezastępowalna innym związkiem.

Zakochanie

„Za tobą, za wonią twych olejków pobiegniemy” (Pnp 1,4). Tak widzę mój oblacki związek z Opactwem Matki Bożej w Fontgombault, niedaleko Poitiers we Francji, więcej niż trzydzieści lat po pierwszym spotkaniu z tym klasztorem, a tylko dziesięć lat mniej od wejścia z nim w trwałe więzy. Co sprawiło, że znając mnichów Reguły tylko z opowieści – a mając już swoją skromną znajomość różnych „ścieżek” duchowej ortodoksji – zdecydowałem się pojechać na wakacje do kompletnie mi nieznanego klasztoru trapistów koło Cherbourga? Co sprawiło, że znalazłszy tam starą mapę klasztorów we Francji, postanowiłem odwiedzić te, o których coś słyszałem, przeskakując od jednego do drugiego? Co sprawiło, że w trakcie tej autostopowo-kolejowej wędrówki, z niewygodną walizką w ręku i słabą znajomością języka, przechodząc przez kolejne bardzo różne opactwa, cysterskie i benedyktyńskie, uparcie dążyłem do klasztoru w Fontgombault, do którego popychała mnie tylko fascynacja ich śpiewami chorałowymi na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (miałem je na kasecie magnetofonowej kupionej rok wcześniej w księgarni paulistek w Londynie)? Co sprawiło, że po przybyciu do Fontgombault i pierwszym kontakcie z jego życiem, w kościele, domu gości, refektarzu i ogrodzie, doznałem szoku i nie mogłem spać pierwszej nocy, lecz pełen chłopięcych emocji czekałem na przedranne nabożeństwo matutinum i laudesy? Co sprawiło, że w ciągu następnych dni przechodziłem całą sekwencję dziwnych uczuć – rozdarty między fascynacją wspólnotą i niemożnością zbliżenia się do niej na nucie łatwiejszej poufałości? Co sprawiło, że opuszczając to miejsce po kilku dniach z raną niespełnienia, niemal natychmiast skończyłem na tym swe wakacyjne tournée monastique i wróciłem do Warszawy? I w końcu: Co sprawiło, że mimo tych średnio zachęcających wspomnień wróciłem tam po sześciu latach, z żoną i po doktoracie, co rozpoczęło serię naszych regularnych wizyt, dec

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się