Mniej znaczy bardziej
fot. ian keefe / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Spowiedź

0 votes
Wyczyść

Podobnie jak religijna asceza nie jest potrzebna każdej osobie wierzącej i nie każdy potrafi ją praktykować, tak minimalizm – w tym najbardziej ascetycznym wydaniu – nie każdemu będzie służył.

Wojciech Dudzik OP: Jak się zaczęła pani przygoda z minimalizmem?

Anna Mularczyk-Meyer: Tak się złożyło, że w którymś momencie mojego życia znalazłam pracę w wymarzonym zawodzie. Praca była przyzwoicie płatna, więc szybko się przyzwyczaiłam do pieniędzy, które regularnie wpływały na moje konto. I zaczęłam je wydawać prędzej, niż zarabiałam. Wiele pewnie było powodów, które sprawiły, że miałam tendencję do gromadzenia i chomikowania. Kompensowałam w ten sposób różne nierozwiązane sprawy osobiste, duchowe i psychiczne. Poza tym myślałam, że skoro wszyscy tak robią, to chyba jest to naturalne. Jednakże upodobanie do prostoty musiałam mieć zawsze. Bardziej odnajdywałam się w gotyckich niż w barokowych wnętrzach.

Od razu zapytam o Skandynawię. Odnajduje się pani w tej estetyce?

Tak, bo ona oparta jest na prostocie. Korzysta też z motywów ludowych, a ja zawsze się zachwycałam sztuką ludową. Także polską. Mimo takich upodobań, zagubiłam się w konsumowaniu. Miałam wrażenie, że wszystkie powody do bycia szczęśliwą są spełnione, tyle że sama ze sobą czułam się coraz gorzej. Coś mnie uwierało, ale nie wiedziałam co, cały czas miałam nadzieję, że kiedyś znajdę rozwiązanie tego problemu, którego nie umiałam nawet nazwać. Wydawało mi się, że jest nim bałaganiarstwo, lenistwo, że niczego już nie ogarniam, że mam za mało silnej woli i za mało stanowczości, żeby zaprowadzić w swoim życiu jakąś dyscyplinę. Zaczęłam więc szukać rozwiązania. Czytałam na przykład skandynawski anglojęzyczny blog o urządzaniu domu. Autorka opowiadała o tym, jak sobie wszystko porządkuje i układa. Odsyłała do artykułu, który z kolei prowadził do bloga pewnego Amerykanina, Lea Babauty. Tak oto trafiłam na kogoś, kto właśnie przechodził od chaosu i nieuporządkowania do stopniowego upraszczania. Miał sporo ciekawych wniosków: zamiast porządkować, układać i wymyślać systemy klasyfikacji przedmiotów, pytał: A może po prostu mam ich za dużo? I zamiast gromadzić, może warto zacząć się ich pozbywać, zacząć upraszczać, zamiast komplikować. W pierwszym momencie, mimo zafascynowania tak prostym postawieniem sprawy, wydawało mi się to bardzo abstrakcyjne. Ale od tamtego spotkania minęło już trochę czasu i teraz są to dla mnie bardzo konkretne treści.

No właśnie, kiedy zaraziła się pani minimalizmem?

W 2009 roku. Niedługo po tych pierwszych zmianach zaczęłam pisać swój blog i ani się spostrzegłam, jak stuknęło mu pięć lat.

Blog wziął się z potrzeby podzielenia się czymś ważnym?

Tak. Bo ten pierwszy impuls, gdy człowiek zabiera się za porządkowanie fizycznej przestrzeni, daje duże poczucie wolności, odrzucenia ciężaru.

Trochę jak rewolucja.

Ale jednak prowadzona bardzo stopniowo. To nie było przejście od totalnego chaosu do całkowitej ascezy. Ten proces cały czas się toczy.

Jak te zmiany przyjął pani mąż? To jest ktoś, z kim dzieli pani swoją przestrzeń. Zgodził się od razu?

Miał z tym problem, choć w dużo mniejszym stopniu niż ja, bo jednak dla niego zawsze ważniejsza była jakość niż ilość. To nas różniło. Ja nie potrafiłam cenić jakości. Nieważne co, byle dużo. Gdy zamieszkaliśmy razem, wspominał na przykład, że na regale jest za dużo książek.

To były pani książki?

Tak, i one faktycznie zajmowały sporą część naszej przestrzeni. Nigdy zbyt gwałtownie nie protestował, ale myślę, że ten chaos musiał mu trochę doskwierać. Pierwsze zmiany przywitał z radością i zdziwieniem. Zastanawiał się pewnie, czy mi to nie minie. Jednak z czasem zaczął porządkować także swoją osobistą przestrzeń. Pozbył się jakichś niepotrzebnych starych czasopism, zawęził swoje kolekcje.

Czyli teraz trzymacie jeden front.

Tak, trzymamy jeden front, chociaż ja, mimo wszystko, jestem bardziej radykalna. Na przykład mam mniej ubrań.

To ciekawe, bo zazwyczaj kobiety mają ich więcej.

Mąż dopingował mnie, widząc, że moje upraszczanie idzie w dobrym kierunku, to znaczy przynosi radość. Zresztą dzielimy gusta estetyczne, upodobanie do prostoty, do jak najmniejszej ilości dekoracji, chociaż w tej kwestii wciąż mam jeszcze co nieco do zrobienia.

W swojej książce Minimalizm po polsku podpowiada pani, żeby po prostu spróbować. Nie ma tu żadnego ideologicznego przymusu. To bardzo pociągająca wizja.

Bo to nie ma być żadna ideologia ani jedyna słuszna droga. I to nie znaczy, że jeśli ktoś tego nie zaakceptuje albo mu się ta wizja nie spodoba, to jest z nim źle. To jest tak jak z radykalną dietą i efektem jo-jo. Jeżeli upraszczanie nie płynie z pełnego przekonania, nie przyniesie dobrych rezultatów. Musi być coś głębiej.

Co to jest to „głębiej”? O co chodzi w minimalizmie?

Dla mnie „głębiej” ma dwa wymiary. Jeden wymiar to jest ten, o którym piszę w książce, czyli wyzwanie intelektualne. Długo nie rozumiałam, dlaczego minimalizm mnie pociąga albo co mi się w nim podoba. Fascynował mnie, ale wydawał się trudny do zgłębienia. Aż zaczęłam go traktować jako rodzaj ćwiczenia umysłu, zadanie do rozwiązania: Jak zrobić coś najlepiej, jak wyciągnąć najwięcej korzyści, minimalizując jednocześnie środki. I to nie minimalizując je do zera, tylko znajdując tę odpowiednią ilość, odpowiednią miarę, odpowiedni rodzaj narzędzi.

Jeśli chodzi natomiast o wymiar duchowy, minimalizm, moim zdaniem, ma służyć temu, aby świat zewnętrzny, to wszystko, czego potrzebujemy na co dzień, i to, w jaki sposób żyjemy, nie zaciemniało nam obrazu. Dla mnie szczęście to przede wszystkim radość istnienia. W wymiarze wiary jest to po prostu codzienna wdzięczność za to, że zostałam stworzona, niezależnie od tego, jak nazwiemy Tego, który nas stworzył.

Czyli to tak, jak gdyby miała pani samą siebie, a nie „siebie przez rzeczy”.

Właśnie tak. Kultura masowa próbuje nam wmówić, że aby czuć się szczęśliwym, musimy mieć pewne rzeczy, przeżywać pewne stany. Natomiast nikt nie mówi o radości istnienia. Bo to, że istniejemy, przyjmujemy za pewnik i koncentrujemy się na tym, że ewentualną radość z życia mają nam przynieść bodźce zewnętrzne. A ja – i myślę, że nie tylko ja – koncentruję się na tym, żeby czynniki zewnętrzne nie zakłóciły odczuwania radości istnienia.

W ten sposób doszliśmy do rozstaju dróg: być albo mieć.

Ja wybrałam drogę w stronę „być”. Jednak bez krytyki dla drogi posiadania. Bardziej być niż mieć.

Na pierwszy rzut oka minimalizm wydaje się zaprzeczeniem jakiegokolwiek posiadania.

Nie o to w tym chodzi. Mam dla rzeczy duże „tak”. Chociażby teraz: siedzimy, pijemy herbatę, musimy mieć filiżanki, narzędzia do nagrywania rozmowy, długopis. Nie widzę żadnego powodu, żeby traktować rzeczy jak wrogów, chociaż istnieje takie niebezpieczeństwo, że na pierwszym etapie porządkowania swojej przestrzeni zewnętrznej, gdy dochodzimy do wniosku, że nadmiar nam przeszkadza, staniemy się zbyt radykalni i wylejemy dziecko z kąpielą. Wpadniemy w ascezę, która nie każdemu służy.

I będziemy karykaturą minimalistów…

Oczywiście. Najważniejsze jest to, żeby wypracować pewne mechanizmy przepływu rzeczy między ludźmi: coś, co nie jest mi już potrzebne, może się przydać innej osobie. I odwrotnie: mogę skorzystać z rzeczy, której ktoś już nie używa.

Gdy czytałem w pani książce fragment o docenieniu faktury materiału, zacząłem dotykać fotela, na którym siedziałem. Bardzo odkrywcze! Nagle człowiek zwraca uwagę na rzeczy, które dotychczas zupełnie go nie obchodziły.

To jest coś, czego wciąż się uczę. Na którymś etapie zagubienia i frustracji miałam problemy z bulimią. Jednym z objawów tej choroby jest balansowanie między nadmierną kontrolą a całkowitą jej utratą. Bulimicy na przemian się objadają i wymiotują albo zażywają środki przeczyszczające. W momencie ataku przejadania się w ogóle nie czuje się smaku. Bulimik wyłącza się na bodźce, z różnych powodów jest obrażony na swoje ciało i odcina się też od zmysłów. Tak jak odcinałam się od doznań smakowych, odcinałam się też od wielu innych, a różne braki i frustracje rekompensowałam sobie na przykład kompulsywnymi zakupami. Tłoczyłam w siebie doznania bez ich doświadczania. Teraz staram się – i przyznam, że z powodzeniem – maksymalnie wykorzystywać swoje zmysły.

Na taki styl życia mogą sobie pozwolić ci, którzy nie martwią się o to, czy starczy im do pierwszego.

Niekoniecznie. Podam przykład. Moja siostra od urodzenia nie słyszy. Jako osoba niepełnosprawna ma do dyspozycji rentę i bardzo skromną pensję. I jakoś musi się z tego utrzymać. Bardzo rozsądnie gospodaruje swoimi środkami i decydując się na zakupy, kupuje niejednokrotnie rzeczy, na które pozornie ją nie stać. Ona jednak sobie odkłada. Znam osoby, które mając skromne środki, wydają je niezbyt rozsądnie i mając tę samą sytuację, żyją w dużo gorszych warunkach. Minimalizm nie jest tylko dla bogatych. Jest takie przysłowie, że nie stać nas na rozrzutność…

Nie stać nas na kupowanie tanio.

No właśnie, bo jeżeli chcę kupić buty, w których będę mogła chodzić przez kilka lat i one się nie rozlecą, ładnie się zestarzeją, to czemu nie zainwestować w taką rzecz?

Mówi pani o swojej siostrze, mówiliśmy też o mężu, a jakie były reakcje otoczenia, współpracowników? Czy było widać po pani, że coś się zmienia?

Myślę, że było widać, ale to była zmiana stopniowa.

Mówili: Jesteś jakaś inna?

Nie. Najzabawniejsze były reakcje znajomych na etapach przejściowych. Gdy jechaliśmy na wakacje i jeszcze nie umiałam pakować się w małą walizkę, mówili: O, proszę, minimalistka, z taką wielką walizą jedzie na wakacje. Ale to było rodzaj takiego miłego i sympatycznego przygadywania.

I ono mobilizowało do szybszych zmian?

Oczywiście. Jeżeli ktoś inny to widzi, a ja sama nie dostrzegam, to może on ma rację.

Minimalizm ma w sobie coś z ascezy religijnej. Czy była pani świadoma tego pokrewieństwa?

Zaczęłam je dostrzegać po jakimś czasie, a w pełni zdałam sobie z tego sprawę po rozmowach z duchownymi. Myślę jednak, że podobnie jak religijna asceza nie jest potrzebna każdej osobie wierzącej i nie każdy potrafi ją praktykować, tak minimalizm – w tym najbardziej ascetycznym wydaniu – nie każdemu będzie służył.

Sama posługuję się takimi narzędziami jak post, wyrzeczenie, samoograniczenie dla zbadania granic między potrzebami a zachciankami, między koniecznością a możliwością. Te ćwiczenia mają dla mnie wymiar ściśle duchowy, nie religijny. A chrześcijanin będzie ich używać, by, jak sądzę, zbliżyć się do Boga lub bardziej skupić się na przeżywaniu wiary. Tu zapewne tkwi różnica.

Dla mnie istotą wiary jest wdzięczność. Moim zdaniem, tylko tego Bóg od nas potrzebuje. To jest forma miłości. Bóg nie potrzebuje nawet, żeby przed Nim klękać.

Tylko po prostu, żeby być.

Żebym cieszyła się z tego, że jestem. Że dostałam to, co dostałam: ciało, umysł, duszę, z którymi mogę zrobić przez ten czas na ziemi wiele albo niewiele, albo po prostu je zniszczyć, bo też próbowałam. Myślę, że Jemu, tak jak kochającemu rodzicowi, wystarcza, że Jego dziecko cieszy się, że zostało sprowadzone na świat.

Widzi pani też większy porządek w swoich uczuciach?

Tak, te ostatnie lata były intensywną pracą nad sobą w różnych obszarach. Tak więc moje relacje emocjonalne z bliskimi lub mniej bliskimi bardzo się zmieniły. Udało mi się uporządkować nie do końca wypowiedziane kwestie, nagromadzone i nigdy wcześniej niewyjaśnione zaszłości i przykrości. Ale też nauczyłam się czegoś, co jest trudne i bolesne: staram się nie wkładać zbytnich emocji w relacje, które niewiele wnoszą w moje życie i w życie tej drugiej osoby.

Chciałoby się powiedzieć, że są niepotrzebni, ale to nieładnie tak mówić o ludziach…

Dlatego to jest bolesne. I nie w tym rzecz, by nagle ktokolwiek poczuł się odrzucony czy zbędny. W życiu spotykamy różnych ludzi, jesteśmy z nimi mniej lub bardziej związani, wiele sobie dajemy. Z niektórymi ta relacja trwa przez całe życie, jest bogata i obustronna, ale są też osoby, z którymi spotkaliśmy się na pewnym etapie życia, a potem zmieniły się okoliczności, my się zmieniliśmy, i ta wymiana, to wzajemne dawanie ustało. Próbujemy to czasami reanimować, ale okazuje się, że niestety reanimacja nie przynosi sukcesu. Bardzo staram się uważać, żeby nie skreślać zbyt pochopnie takich relacji. Myślę, że każdemu należy dać drugą, a czasem nawet i trzecią szansę. Ale czasami trzeba sobie powiedzieć: Wiesz co, było fajnie, ale dziękuję.

Czy jest jakaś ciemna strona minimalizmu? Co było dla pani w tym doświadczeniu najtrudniejsze?

Nie chcę, by ktokolwiek pomyślał, że moje życie jest idealne. Bo żadne życie takie nie jest. Moje też nie. Najważniejsze, a jednocześnie najtrudniejsze jest to, by zaakceptować siebie zarówno w swojej doskonałości, jak i niedoskonałości. Wytrzymać ze sobą. Pewne swoje kompleksy czy tak zwane demony trzeba wyciągnąć z szafy, popatrzeć im w oczy i się z nimi po prostu rozliczyć.

Potrafi pani policzyć, ilu procent rzeczy się pani pozbyła?

Nie, bo musiałabym mieć to wszystko zliczone na początku. Ale myślę, że na oko tak około 70 procent.

To bardzo dużo.

Ale nie odczuwam ich braku. I nie tęsknię za tymi rzeczami. Czasem ludzie mnie pytają, czy nie żałuję jakiegoś kroku, czy nie posunęłam się gdzieś za daleko. Nie, bo jednak, opierając się na doświadczeniach innych ludzi i ucząc się stopniowo braku przywiązania, nabierania dystansu do rzeczy, nie spieszyłam się z żadnymi zmianami. Wprowadzałam je wtedy, kiedy czułam, że jestem na nie gotowa. Tak samo było ze zmianą życia zawodowego. To nie były decyzje podejmowane pochopnie. Łatwo jest coś zniszczyć, zerwać, pozbyć się kogoś, czegoś, jakiegoś aspektu swojego życia. A chwilę później bardzo tego żałować. Dlatego piszę w książce, że jeżeli w którymś momencie czujesz opór i wydaje ci się, że nie powinieneś czegoś robić, pozbywać się, zmieniać, upraszczać, to tego nie rób, zaczekaj. Albo do tego wrócisz, albo już tak zostanie.

Mniej znaczy bardziej
Anna Mularczyk-Meyer

ukończyła filologię hiszpańską na Uniwersytecie Jagiellońskim, zawodowo zajmuje się tłumaczeniami, pisze blog o minimalizmie i prostocie....

Mniej znaczy bardziej
Wojciech Dudzik

były dominikanin....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze