fot. forest diver

„Co można zrobić?” – mawiają Bengalczycy w chwilach, gdy wiedzą, że nic nie można. Używają tego powiedzonka jak filozoficznej maksymy, jak zaklęcia zgody na niemoc, jak gestu bezradnego rozłożenia rąk. I ja obracam to zdanie w głowie – po bengalsku, fonetycznie. Jakbym głaskała szalejące z niepokoju serce, tego łopoczącego w klatce z żeber ptaka, który nie chce się zgodzić. Znajomy jogin mówi: Nic nie rób, przyjmij to. Najbliższa osoba na świecie: Puść, zrobiłaś wszystko, już nic nie możesz. Kiwam głową, słyszę, co mówią. Chyba nawet rozumiem. Ale w głowie galop – może jeszcze jedna rozmowa z jej lekarzem, może jeśli lepiej wytłumaczę pielęgniarkom, jeśli rehabilitant wysłucha i zaleci ćwiczenia, może kupię sprzęt specjalistyczny. Może, jeśli zadzwonię dzisiaj, będą jakieś dobre wiadomości. Może dziś nie stanie się nic złego? Tak trudno przestać. Nie robić. Tego wszystkiego, co namnaża złudzenie wpływu, burzy powierzchnię wody, nie zmieniając jej głęboko skrytego nurtu. Tego, co właściwie nie ma znaczenia. Duchowy mistrz mówi: Oddychaj, wszyscy jesteśmy tylko zmarszczkami na wielkim oceanie. Znajoma radzi: Czytaj poezję. Ciocia powtarza w słuchawce: Już zostaw, już nie przeżywaj, już czas. Oddycham, ale pięści mam wciąż zaciśnięte na niewidzialnym skrawku materiału, na symbolicznej powłoce, której nie puszczam. Kurczowo trzymam się wyobrażenia, o

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 08, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść