fot. Konstantine Trundayev

Przydrożna nienawiść

Co roku sobie obiecuję, że tym razem do wakacji dobrnę spokojnie, bez pośpiechu, porządkując na bieżąco sprawy i sprawki. I nigdy się to nie udało, tym razem też. Nie tyle więc wyjechałem z Warszawy, co z niej uciekłem.

Zatrzymaliśmy się niedaleko polsko-czeskiej granicy, w niewielkim rodzinnym hoteliku z restauracją. Cena znośna, piesek mile widziany za niewielką dopłatą, na kolację dobra, zasmażana kapusta. Przykrość zdarzyła się dopiero rano, przy śniadaniu. Pan portier, mogący mieć około siedemdziesiątki, który poprzedniego dnia opowiadał o swoich troskach, narzekając na lekarzy i przejawiając symptomy skrajnej podejrzliwości wobec bodaj wszystkich zawodowych gildii, w połowie naszej wczesnej jajecznicy rąbnął: „Hitler za szybko umarł… Mógłby ich dobić. Przecież cały ten COVID to oni”. I jeszcze dwa zdania, których nie pamiętam, bo znalazłem się w ciemnym lesie. Zmąciło mi myśli, uczucia, przestałem słyszeć wyraźnie. Wyłapałem z nich tylko jakichś „pięciu Żydów – przecież to oni”…

Pan się pożegnał, skończył swoją nocną zmianę, odjechał, a my długo jeszcze wracaliśmy do siebie, a tak naprawdę to wciąż jeszcze wrócić nie umiemy, choć od zdarzenia minęło sześć dni. Bo oto zostaliśmy z wypowiadanymi od tamtej pory pytaniami: Dlaczego żadne

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 08, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść