Idzie nowe

Idzie nowe

Rozpoczynający się rok szkolny ma zapoczątkować nowy okres w dziejach polskiej edukacji. Reforma oświaty jest kolejną przemianą prowadzaną przez rząd Jerzego Buzka. Jej powodzenie czy klęska mieć będzie bardzo doniosłe znaczenie dla przyszłych pokoleń Polaków. W prasowych i telewizyjnych dyskusjach podkreśla się brak pozyskania środowiska nauczycielskiego dla wprowadzanych zmian.

Kontrowersje wokół reformy

Nowa szkoła ma być bardziej nowoczesna, czyli nastawiona na rozwijanie zdolności dziecka, a nie na uczenie wiedzy encyklopedycznej. Tworzenie gimnazjów ma wyraźnie zmienić profil podstawówek, wprowadzając tzw. nauczanie integralne, zaś same gimnazja mają dać pełniejsze wykształcenie tym, którzy dotychczas kończyli edukację na poziomie podstawówki, jak i dla tych, którzy wybiorą szkoły średnie. Nowa szkoła ma być również bardziej atrakcyjna dla nauczycieli, którzy dokształcając się i rozwijając swój warsztat, będą mogli awansować i uzyskiwać wyższe zarobki. Idzie więc nowe, nowe dla dzieci, rodziców i nauczycieli.

Wszystko wygląda obiecująco, tymczasem zapowiadane zmiany wywołały dyskusję społeczną, w której przeważają obawy i krytyka ministerialnych propozycji. Optymizm reprezentuje zdecydowanie MEN na czele z ministrem Mirosławem Handke i raczej wąskie grono pracowników oświaty. Liczne, spektakularne wpadki i błędy popełniane przez rząd w czasie wprowadzania reformy terytorialnej, emerytalnej czy służby zdrowia nie napawają optymizmem. Źle przygotowane restrukturyzacje są dopracowywane już po starcie. W przypadku zmian systemowych przynosi to często nieszczęśliwe skutki. Reforma zdrowia spowodowała nawet ofiary śmiertelne na skutek nieprzemyślanej, bądź źle realizowanej rejonizacji pogotowia ratunkowego.

Podobnych perturbacji, choć mniej drastycznych, można spodziewać się po reformie edukacji. Wszelkie jej niedociągnięcia będą miały poważne, początkowo niezauważalne skutki. Poważne, bo mogą dotyczyć sporej grupy młodych ludzi, a niezauważalne, bo będą widoczne dopiero w przyszłości. Pozostaje mieć nadzieję, że dobre samopoczucie ministra Handke wynika nie z jego pewności siebie, ale z pewności, że wie, co robi.

Jak dotąd reforma ma nie najlepszą prasę, a środowisko nauczycielskie, od którego w dużej mierze zależy jej powodzenie, zachowuje się powściągliwie. Początki nie są obiecujące. Do rozpoczęcia wakacji nie przygotowano programów i podręczników. Oczywiście, że można się bez nich obejść w pierwszych tygodniach września (jak tłumaczy MEN), ale nie robi to dobrego wrażenia, szczególnie na rodzicach, którzy przyzwyczajeni byli do kupowania książek w czasie wakacji. Podobnie na ostatnią chwilę rozpoczęto procedury przetargowe na tzw. gimbusy. Niedawno telewizyjne „Wiadomości” podały, że kolejny przetarg odbędzie się w sierpniu. Od jego rozpoczęcia do autobusu droga daleka, podobnie jak z wielu wiosek do nowej szkoły.

W prasowych i telewizyjnych dyskusjach podkreśla się brak pozyskania środowiska nauczycielskiego dla wprowadzania reformy. Jest to, niestety, prawdą. Poza tym, że przeprowadzono nużące szkolenia, zrobiono niewiele, by do sprawy przekonać pedagogów. Sam minister swoimi błyskotliwymi, ale często niefortunnymi wypowiedziami sprawie nie pomógł. Dużo więcej wysiłku, aby zniechęcić i przestraszyć nauczycieli wykazał opozycyjny ZNP. Oczywiście znacznie łatwiej przedstawić program negatywny, niż wprowadzić konstruktywne zmiany.

Pieniądze dla nauczycieli

Dlaczego zmiany w oświacie są tak źle przyjmowane przez nauczycieli? Pierwsza sprawa to ogromny brak zaufania do rządzących. Środowisko nauczycielskie, tak w czasach PRL–u jak i w III Rzeczypospolitej, było traktowane po macoszemu. Niezdolne do wspólnej akcji protestacyjnej mogło być pomijane i lekceważone. Szczególnie widać to w ostatnich latach. Słuchając obietnic przedwyborczych partii lewicy i prawicy, doszedłem do wniosku, że gdybym miał się kierować jedynie partykularnym interesem mojej grupy zawodowej, to obojętne na kogo będę głosował. Dla wszystkich oświata jest przedwyborczym priorytetem. Sytuacja zmienia się po wyborach, również niezależnie od tego kto przejął władzę. Zdecydowane wystąpienie środowiska nie jest możliwe, ponieważ zawsze jeden z dwóch największych związków zawodowych jest przy władzy, a drugi w opozycji. W ten sposób gra się głosami i zaufaniem nauczycieli. Zaufanie dotyczy dwóch spraw: finansowej i programowej. Finanse, czyli ich poprawa, zawsze pozostawały w sferze nie spełnionych obietnic. Wszelkie podwyżki ledwie gonią inflację, nigdy nie przynosząc wyraźnej i odczuwalnej zmiany. Wobec nacisków takich grup zawodowych jak górnicy, lekarze czy rolnicy — nauczyciele są bezradni. Mogą jedynie oczekiwać kolejnych obietnic i kolejnego ich lekceważenia. Podczas gdy górnicy walczą o dziesiątki tysięcy złotych, lekarze o setki, to nauczyciele, po zaostrzeniu protestu, świętują wywalczenie np. pięćdziesięciu złotych więcej niż planowano. Powoduje to sytuację, że ludzie z kilkunastoletnim stażem mówią wprost: „Nie wierzę, że tu coś może się zmienić”. Zbyt wiele rozczarowań mają już za sobą. Tej nieufności w żaden sposób się nie niweluje. Wręcz przeciwnie. Po ostatniej porażce Unii Wolności w wyborach samorządowych, niemal zaraz po ogłoszeniu wyników, minister Leszek Balcerowicz zapowiedział podwyżkę dla budżetówki na początek obecnego roku, a nie dopiero na wiosnę jak planowano. Pomyślałem wówczas, iż ktoś zauważył, że traci elektorat i chce dać nam kiełbasy (po)wyborczej. Było to myślenie optymisty. Nie dowierzający władzy nauczyciel skomentował to inaczej: „Wolą nam dać w styczniu, bo później wzrosną wskaźniki i będzie trzeba dać więcej, a tak dostaniemy podwyżkę przed wzrostem cen np. energii”. Jest to niemal powszechne myślenie w kategoriach „jak nas teraz wykołują”. Kto miał rację, trudno powiedzieć, bo zapomnieliśmy o jednym. Jeśli nauczycielom obieca się np. sto złotych podwyżki w styczniu, to po akcji strajkowej lub blokowaniu ministerstwa pieniądze wypłacą w maju (ze spłatą np. od marca). Mało też prawdopodobne, że będzie to sto złotych. Tak mniej więcej traktowane są obietnice naszych władz. Preferencje polityczne piszącego, jak i fakt kto sprawuje rządy nie ma tu żadnego znaczenia. Niewiele się zmieniło przez ostatnie pół wieku. Ostatnie sygnały z MEN–u o docelowym podniesieniu pensji nauczycielskiej do równowartości kilkuset dolarów przyjmowane są z przymrużeniem oka. Nikt nie potraktuje ich poważnie dopóki nie zostaną potwierdzone przez ministra finansów i stosowny zapis nie znajdzie się w budżecie. Tego jednak nikt na razie się nie spodziewa. Ministerstwo finansów skupia się ostatnimi czasy nad projektami zmiany systemu podatkowego, tak aby jednym obniżyć podatki o dwadzieścia procent, a innym (w tym nauczycielom) o jeden. Kilka miesięcy temu miało to być „obniżenie” o jeden procent w górę! Planuje się też łatanie dziur w budżecie wprowadzeniem podatku VAT na książki. Może z tego uzbiera się na podwyżki dla nauczycieli, sami na tym nie stracą, bo na książki i tak już ich prawie nie stać. Tak więc do spełnienia zapowiedzi MEN–u droga daleka. Jest jeszcze jeden aspekt tej kwestii. Pensje miałyby wzrosnąć w zależności od zdobytej przez nauczyciela pozycji (nauczyciel stażysta, nauczyciel dyplomowany, profesor oświaty, itp.). Stanowisko zależałoby od kwalifikacji, ukończonych kursów i zdobytych stopni specjalizacji. W tym miejscu pojawia się następny powód do niedowierzania. Otóż przez wiele lat nauczyciele ubiegający się o specjalizacje byli traktowani jako ambitni dziwacy. Poświęcali wiele czasu i wysiłku, opłacali wszystko stresem, by w końcu otrzymać stopień specjalizacji i podwyżkę w wysokości kilkunastu złotych. W ostatnim czasie szkolenia zrobiły się modne. Wiele osób korzystając z ofert ośrodków metodycznych i uniwersytetów przystąpiło do różnego rodzaju form dokształcania. W wielu wypadkach były to kursy płatne i jak wykazał NIK, szkoły — niezgodnie z prawem — nie refundowały ich. To akurat nie było niespodzianką, ważne jednak, że nadal podnoszenie kwalifikacji nie zmienia pozycji finansowej nauczyciela, a jedynie obciąża jego osobisty budżet. W sumie dobrze to świadczy o nauczycielach. W ilu bowiem firmach ludzie gotowi są poświęcać własny czas i pieniądze, aby być lepszymi pracownikami, nie spodziewając się za to żadnej gratyfikacji ze strony pracodawcy?

Brak wiary i chęci

Druga sprawa to brak wiary w możliwości i chęci wprowadzenia reformy. Otóż, im dłużej ktoś pracuje w szkole, tym więcej pomysłów na temat oświaty słyszał. Niejednokrotnie już przygotowywano zmiany czy to systemowe, czy programowe. Szkoła generalnie niewiele się jednak zmieniała. Stąd, kiedy zaczęła się zbliżać obecna reforma, nie traktowano jej zbyt poważnie. Pierwsze zdecydowane kroki podjęto w czasie kadencji poprzedniego rządu. Wówczas rozpoczęły się szkolenia i dyskusje. Zważywszy na skromne możliwości materialne licznych placówek, wiele spraw wyglądało wówczas dosyć abstrakcyjnie. Przedstawiono nowoczesną nadbudowę, podczas gdy baza pozostawała niemal bez zmian. Powagę sytuacji pogarszały zbliżające się wybory. Z prognoz i z założenia, że w Polsce z reguły przegrywa partia rządząca, można było wywnioskować nadchodzącą zmianę gabinetu. Spodziewane przesunięcia w ministerstwie oświaty i kuratoriach powodowały, że płynące stamtąd polecenia dotyczące reformy traktowano jako krótkoterminowe. Niewielu było chętnych do angażowania swojego wysiłku w wątpliwą sprawę. Dopiero zmiana rządu i konsekwentne wprowadzanie reform w państwie upewniły wielu, że są one nieuniknione. Jednak jeszcze wiosną było słychać głosy, że wszystko może się odwlec o rok. Często słyszałem pytanie: „Myślisz, że zaczną od września?”. Pytanie to wynikało z przyzwyczajenia, że władza nie jest konsekwentna, a ponadto z obserwacji pozostałych nieudolnie przeprowadzanych reform. Nie wierzono, że rząd podejmie kolejną karkołomną próbę.

Brak zaufania nie jest jedynym powodem niechęci wielu osób wobec reformy. Ważnym czynnikiem jest również niepokój czy wręcz strach. Wielu starszych nauczycieli obawia się, że po dwudziestu latach pracy będą musieli zmieniać swoje przyzwyczajenia, nie będą potrafili przystosować się do myślenia w kategoriach „kompetencji”, „ścieżek edukacyjnych” czy „nauczania integralnego”. Obawa przed utratą pracy jest bardzo poważna. Wyobraźmy sobie bowiem biologa czy polonistę, który po dwudziestu pięciu latach w szkole musi znaleźć sobie nowe miejsce pracy. Nie jest to przejście z jednej fabryki do drugiej, z jednego magazynu do innego. Szkoła jest specyficznym miejscem, funkcjonującym poza normalnym rynkiem pracy, gdzie liczy się młodość, znajomość języków czy komputerów. Nie trzeba mieć prawa jazdy. Trzeba za to mieć ściśle ukierunkowane kwalifikacje, często nieprzydatne w żadnym innym miejscu. Dochodzi do tego kwestia pewnych belferskich przyzwyczajeń. Wszystko to powoduje, że obawy utraty pracy są bardzo silne, choć często nieuzasadnione. Nie mając wpływu na autonomiczne uczelnie MEN nie mógł narzucić uniwersytetom programu kształcenia nowych „zreformowanych” nauczycieli. Ponieważ w tym zawodzie liczą się przede wszystkim trzy rzeczy: powołanie, wykształcenie i doświadczenie. Starzy nauczyciele nie muszą się więc obawiać młodych. Nie ustępują im wykształceniem, a zdecydowanie przewyższają doświadczeniem. Tylko co do powołania nie ma reguły. Mimo to wielu pedagogów nie chce pogodzić się z likwidacją przywilejów zatrudnienia zawartych w Karcie Nauczyciela. Jest ona nie do pogodzenia z reformą. Obiektywnie rzecz biorąc, Karta jest branżowym przywilejem niespotykanym (prawie) w innych zawodach. Inna sprawa, że już dzisiaj, w wielu punktach jest nie przestrzegana i lekceważona. Zawarty w Karcie sposób zatrudniania przez mianowanie dawał poczucie stabilności. Jeśli jednak chcemy zmienić szkołę, muszą być wprowadzone większe możliwości rotacji i selekcji kadry. Każdy z nas, kto chodził kilkanaście lat do różnego rodzaju szkół, spotkał nauczyciela lub nauczycieli idiotów, którzy nigdy nie powinni mieć kontaktu z dziećmi i młodzieżą. Tacy ludzie są i dzisiaj, mając zapewnione dożywocie w szkole. Dla dobra szkoły instytucje nadrzędne muszą mieć możliwość interwencji w sprawy kadrowe, subiektywnie jednak każdy nauczyciel wolałby ochronę zatrudnienia i spokojne dotrwanie do emerytury. Te sprawy trudno będzie pogodzić. Do tego dochodzą obawy związane z nadchodzącym niżem demograficznym i likwidacją małych, wiejskich szkółek. Protestując przeciw reformie z tych pozycji, zapomina się jednak, że szkoły nie są po to, by zatrudniać nauczycieli, ale po to, by jak najlepiej kształcić dzieci. Dobrze jednak byłoby neutralizować niepokój, a nie ignorować.

Gimnazjum

Inna bardzo powszechna obawa dotyczy wydłużenia wieku szkolnego przez wprowadzenie trzyletniego, obowiązkowego gimnazjum. Sam projekt wydaje mi się uzasadniony i społecznie korzystny. Wielu bowiem młodych ludzi, którzy dzisiaj kończą swoją edukację na szkole podstawowej, będzie w ten sposób przebywać rok dłużej w ramach struktur szkolnych. Być może będzie to ostatnie w ich życiu miejsce, w którym obowiązują jakieś zasady pracy zespołowej czy poczucie obowiązku i dyscyplina. Teoretycznie społeczeństwo powinno być zadowolone, że wyrostki nie wałęsają się po osiedlu tylko siedzą w ławkach szkolnych, opóźniając w ten sposób (może na zawsze) proces demoralizacji. Myślę, że w jednostkowych przypadkach taki scenariusz może się sprawdzić. Rzeczywistość szkolna jest jednak bardziej przyziemna. Jednostki trudne, nie nadające się dzisiaj, na poziomie klasy siódmej, do dalszej nauki w normalnej szkole, będą musiały kontynuować naukę o rok dłużej. Biorąc pod uwagę próg krytyczny klasy siódmej, tzn. moment, od którego szkolna „reedukacja” staje się bardzo trudna i mało efektywna, można przyjąć, że w gimnazjum ten problem się pogłębi. Dzisiejsza klasa siódma, to pierwsza klasa gimnazjum. W efekcie w przymusowym gimnazjum znajdą się uczniowie niezdolni do dalszej nauki w swoim środowisku rówieśniczym, ale za to poważnie utrudniający proces nauczania i demoralizujący swoich kolegów. Tymczasem, zanim wysunięto projekt gimnazjum, doświadczeni nauczyciele postulowali zakończenie nauki w szkole podstawowej na poziomie klasy szóstej (jak to zakłada reforma) i sprofilowane nauczanie na poziomie wyższym. W ten sposób nastąpiłaby pierwsza selekcja młodzieży, aby mniej i bardziej zdolni czy pracowici mogli się uczyć na swoim poziomie percepcji i zainteresowań. W starym i nowym systemie zachowujemy unifikację, czyli de facto równanie w dół. W jednej ławce może siedzieć przyszły fizyk nuklearny i murarz, przyszła sprzątaczka i neurochirurg. Jest to wyraźnie widoczne i męczące w klasie ósmej, gdzie to samo zadanie na matematyce lub informatyce jeden uczeń wykonuje w pięć minut, inny, z pomocą, w dwadzieścia. Przy tym uczniowie słabi nigdy nie dorównają tym najlepszym, za to bardzo łatwo ci lepsi chcą się dostosować do swoich mniej zdolnych idoli, prawdziwych facetów, którzy palą papierosy i nikt im nie podskoczy. Jest to zjawisko w tym wieku na tyle uzasadnione psychologicznie, że bardzo trudno je wykorzenić. Dlatego wielu nauczycieli obawia się, że obowiązkowe gimnazjum jeszcze sprawę skomplikuje. Oczywiście można sprofilować klasy, ale wielu rodziców będzie protestować przeciw przydzieleniu dziecka do grupy słabszej, odpowiadającej poziomowi jego percepcji. Podobnie dzisiaj, dzieci, które nie nadają się do nauki w normalnej szkole, nie przechodzą do szkół specjalnych, bo nie ma na to zgody rodziców.

Wydaje się, że wobec głębokich zmian systemowych sprawa wydłużenia wieku szkolnego jest trzeciorzędna. Chodzi przecież tylko o rok i dotyczy nastolatków. Okazało się jednak, że przy podejmowaniu decyzji o przejściu do gimnazjum czy pozostaniu w podstawówce, była to dla wielu osób sprawa kluczowa. Szczególnie dotyczyło to nauczycieli przedmiotów takich jak np. religia, plastyka czy muzyka.

Programy

Otwartą kwestią pozostają wciąż programy i wymagania stawiane uczniom. Nowa szkoła ma odejść od nauczania encyklopedycznego, ma rozwijać zdolności dziecka, być mniej stresująca i bardziej otwarta na ucznia. W tym roku pierwszy raz uczniowie kończący podstawówkę zdawali egzaminy–testy w macierzystej szkole. Przygotowane na egzaminy, jak i publikowane w prasie testy sprawdzające wiedzę ucznia, nie wróżą jednak dużej zmiany. Może się okazać, że programy zostaną odchudzone, a wymagania nie. Przygotowane dotychczas programy nauczania historii dla pierwszej klasy gimnazjum (opublikowano dopiero część) nie wprowadzają istotnych zmian w stosunku do odpowiadającej im w starym systemie klasy siódmej. Oglądałem również ciekawe graficznie podręczniki historii dla szkoły podstawowej, które miałyby uczyć bawiąc. Tyle, że są one wciąż przeładowane. Zdaję sobie sprawę jak trudno jest napisać podręcznik, tak aby uwzględnić możliwości percepcyjne dziecka i szeroko rozumiane potrzeby edukacyjne. Źle się jednak dzieje, że tak istotne sprawy przygotowuje się na ostatnią chwilę.

Przedstawiłem powyżej powody wstrzemięźliwości nauczycieli wobec reformy. Osobiście jestem przekonany, że mimo problemów we wdrażaniu, zmiany w oświacie uda się wprowadzić. Paradoksalnie sukces leży w rękach nauczycieli, którzy — głęboko w to wierzę — potraktują poważnie stawiane im oczekiwania. Jako fachowcy zapoznają się z nowymi programami, przeszkolą się i dostosują do nowych wymagań. Oczywiście nie nastąpi to od razu i nie wszyscy się sprawdzą. Nie będzie tu miejsca na komputerowe symulacje. Wszystko jest w rękach ludzi, a eksperyment będzie przeprowadzany na prawdziwych dzieciach. Dlatego, chociaż należę do wąskiego grona optymistów i zwolenników reformy, to jako ojciec jestem szczęśliwy, że moje dzieci są na poziomie przedszkola. Rozpoczną naukę w nowej szkole, kiedy nowy system się już dotrze. Tymczasem należy postarać się — na poziomie szkół, kuratoriów i ministerstwa — by obecni uczniowie szkoły podstawowej nie płacili w przyszłości ceny za nie przemyślane decyzje i błędne wytyczne. Stare przysłowie mówi: „Czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Oby się nie okazało, że Jaś miał chęci i zdolności, tylko że mu się reforma przytrafiła.

6 sierpnia 1999 roku

Idzie nowe
Maciej Zygmański

urodzony w 1970 r. – doktor historii, nauczyciel, publikował w miesięczniku „W drodze”. Żonaty, mieszka pod Poznaniem....