Nadzieja dla szkoły

Nadzieja dla szkoły

W tym, co mówi się na temat oświaty w Polsce, a zwłaszcza na temat wprowadzanej właśnie reformy, przeważają nastroje pesymistyczne. Chciałabym podzielić się optymizmem wynikającym z odnalezienia nowych treści zawartych w dokumentach dotyczących reformy. Cieszy mnie zaangażowanie urzędników oświatowych, którzy swoimi wypowiedziami i działaniami uwiarygodniają sens zmian i dają podstawy do wiary w ich powodzenie. Nadzieję budzą również konkretne działania wychowawcze m. in. „Szkoła dla rodziców i wychowawców”.

Optymizm w dokumentach

W zeszycie nr 9 Biblioteczki Reformy wydanym przez MEN, dotyczącym reformy programowej w gimnazjum, znajduje się rozdział pt. Filozofia nauczania w gimnazjum. Są w nim między innymi takie słowa:

Decyzja o podjęciu nauczania w gimnazjum nie jest łatwa. (…) Młodzież 13–, 15– –letnia przechodzi w tym okresie skomplikowaną fazę rozwojową. Wymaga to od nauczycieli pragnących uczyć w gimnazjum nie tylko wiedzy, serca i zapału, ale także cierpliwości i mądrości. Ta mądrość to warunek konieczny, aby pomóc młodemu człowiekowi w tym okresie życia, gdy kształtowane jest jego własne, autonomiczne wnętrze, przejść od fazy wychowania ku samowychowaniu. O unikalności człowieka decyduje jego zdolność do planowania: stawiania i wybierania celów oraz dążeń życiowych. Wychowawca pokazuje godne cele. Im dalej na horyzoncie ludzkiego myślenia cele te leżą, tym są dla wychowanka cenniejsze. W myśleniu ucznia pojawiają się już bowiem w tym okresie życia pierwsze pytania egzystencjalne: „dlaczego istnieję?”, „jaki sens ma życie?”. Bez odpowiedzi na te podstawowe pytania — odpowiedź na pytanie: „po co się uczę?” — nie jest wcale prosta i nie może być traktowana jako oczywista. (…) Próby dokonywania syntezy poznawanego świata i wnikliwa obserwacja osób powodują, że to, co jest fałszem czy kłamstwem łatwo jest przez młodych wykrywane jako nieharmonizujące z pozostałymi elementami i boleśnie napiętnowane. (…) Bezwzględna prawda słów i czynów, „przejrzystość” własnej osoby decyduje w tym okresie życia o wychowawczym autorytecie, a tym samym kwalifikują nauczyciela do roli przewodnika na poszukiwanej drodze.

Z kolei w Podstawie programowej kształcenia ogólnego dla sześcioletnich szkół podstawowych i gimnazjów (załącznik nr 4 do rozporządzenia MEN, poz. 129) czytamy między innymi:

Nauczyciele w swojej pracy wychowawczej, wspierając w tym zakresie obowiązki rodziców, powinni zmierzać do tego, aby uczniowie w szczególności:

1) znajdowali w szkole środowisko wszechstronnego rozwoju osobowego (w wymiarze intelektualnym, psychicznym, społecznym, zdrowotnym, estetycznym, moralnym, duchowym);

2) rozwijali w sobie dociekliwość poznawczą, ukierunkowaną na poszukiwanie prawdy, dobra i piękna w świecie;

3) stawali się coraz bardziej samodzielni w dążeniu do dobra w jego wymiarze indywidualnym i społecznym, godząc umiejętnie dążenie do dobra własnego z dobrem innych, odpowiedzialność za siebie i odpowiedzialność za innych, wolność własną z wolnością innych;

4) przygotowywali się do rozpoznawania wartości moralnych, dokonywania wyborów i hierarchizacji wartości oraz mieli możność doskonalenia się.

Dlaczego uważam, że jest to optymistyczne?

Przytoczone teksty wydają mi się czytelne, zrozumiałe (a to nieczęsta cecha urzędowych dokumentów), a przede wszystkim mądre. Zadają kłam obiegowym opiniom, że w zreformowanej szkole znów położono nacisk na jak największą ilość przyswajanej wiedzy. Wyraźnie mówi się o tym, że szkoła ma uczyć, czyli wyposażać w określone wiadomości i umiejętności, ale także ma wychować człowieka — w pełnym, głębokim znaczeniu tego słowa.

We wstępie do cytowanej już podstawy programowej czytamy: „Nauczyciele powinni dążyć do wszechstronnego rozwoju ucznia jako nadrzędnego celu pracy edukacyjnej. Edukacja szkolna polega na harmonijnej realizacji przez nauczycieli zadań w zakresie nauczania, kształcenia umiejętności i wychowania. Zadania te tworzą wzajemnie uzupełniające się i równoważne wymiary pracy każdego nauczyciela.”

Niby nic takiego. O celach wychowania mówiło się w szkole od zawsze. A jednak dla mnie, pracującej w oświacie od 15 lat, słychać w tym nowy język. Takie słowa jak: „prawda”, „piękno”, „dobro”, „odpowiedzialność”, „wolność”, „rozwój duchowy” nie były popularne w ustach urzędników zarządzających oświatą.

Wychować po ludzku

W maju bieżącego roku brałam udział w dwóch spotkaniach z przedstawicielami ministerstwa edukacji. Mogłam się tam przekonać, że opisane wyżej idealne i tak bardzo nie przystające do dzisiejszej rzeczywistości szkolnej cele i założenia reformy oświaty są realizowane przez konkretne osoby, które uwiarygodniają sens reformatorskich działań.

Tym, co łączyło oba te wydarzenia i ich uczestników oraz gości była przede wszystkim głęboka i, jak się wydaje, szczera troska o wychowanie młodego pokolenia. Bardzo trudno jest w kilku słowach opisać przzebieg spotkań, dlatego skupię się raczej na wrażeniach.

Najbardziej uderzyło mnie to, że była tam atmosfera prawdziwego zaangażowania pozbawiona częstego przy takich okazjach nudziarstwa i patosu. Niemal wszyscy mówili ludzkim głosem, skupiając się na tym, co rzeczywiście istotne. Wypowiedzi były krótkie i treściwe, a co najważniejsze, rzetelnie przygotowane. Dawało się wyczuć autentyczne zaangażowanie mówców w swoją pracę.

Usłyszałam o tym, że najważniejsza dla nauczyciela powinna być świadomość, jakiego człowieka chce on wychować. Mówcy powoływali się na konkretną antropologię, która opisuje człowieka jako osobę w pełni zdolną do samodzielności, wolności, odpowiedzialności za siebie i innych, rozpoznawania w świecie dobra i piękna jako nadrzędnych wartości. Taka osoba potrafi wybierać dobro, kierując się w życiu zasadami miłości.

W tym ujęciu każdy człowiek, a zatem także uczeń, nauczyciel i rodzic jest kimś, kogo godność i przynależny szacunek, jest czymś bezdyskusyjnym i niepodważalnym.

Ważne jest to, że oprócz tych pięknych i mądrych słów dotyczących teorii pojawiły się odniesienia do konkretów. Dotyczą one głównie trzech aspektów:

  1. Powrócono do idei łączenia nauczania z wychowaniem (w poprzednich latach raczej rozdzielano te dwa cele, nacisk na nauczanie był tak wielki, że wychowanie zostawało niemal całkiem na boku).
  2. Przypomniano, że głównym i najskuteczniejszym narzędziem wychowania jest wzorzec–mistrz. Należy go szukać w postaciach literackich i historycznych, a także współcześnie żyjących. Nauczyciel może być prawdziwym wychowawcą wtedy, gdy sam będzie wzorcem dla swoich wychowanków poprzez czytelny system wartości, rozwój osobisty, poziom moralny. Odpowiedzialności i solidności może nauczyć tylko osoba odpowiedzialna i solidna, a nie taka, która głośno na ten temat krzyczy.
  3. Podkreślano, że w ramach każdego przedmiotu, w toku nauczania należy do treści merytorycznych dołączyć wątki społeczne poprzez stawianie pytań i prowadzenie dyskusji dotyczących określonych problemów, którymi żyje młodzież w swoim środowisku. Chodzi o użyteczność zdobywanej wiedzy, o poczucie jedności między nauką a życiem.

Znam realia współczesnej polskiej szkoły. Wiem jaka odległość dzieli ją od tego, co planuje się na najbliższą przyszłość. Pomimo tego widzę w rozpoczynającej się reformie źródła optymizmu.

Szkoła dla rodziców i wychowawców

Od kilku lat biorę udział w przedsięwzięciu pod nazwą: „Szkoła dla rodziców i wychowawców”. Jego program ma swoje korzenie w książkach H. G. Ginota Między rodzicami a dziećmi, E. Mazlish, A. Faber Jak słuchać, żeby dzieci mówiły, jak mówić, żeby dzieci słuchały oraz T. Gordona Wychowanie bez porażek, a potem został wzbogacony przez twórczą inicjatywę polskich psychologów: Zofii Śpiewak i Joanny Sakowskiej.

Przeprowadziłam szkolenie w tym zakresie dla ok. 200 osób, w grupach kilkunastoosobowych i jest to najbardziej owocny i sensowny fragment mojej poradnianej pracy, co potwierdzają nie tylko moje subiektywne odczucia, ale także wypowiedzi uczestników kursu, a przede wszystkim konkretne zmiany, które dokonały się w ich rodzinach, szkołach i środowiskach. Z całym przekonaniem twierdzę, że ta oferta jest rzeczywistym narzędziem mogącym wspomóc wszystkich tych, którzy po nie sięgną w odnajdywaniu nowej drogi do budowania prawidłowych relacji z innymi ludźmi. Nowość programu nie polega na odkrywaniu tego, czego jeszcze nie było; jest raczej powrotem do tego, co najważniejsze i najgłębsze w człowieku.

Ten, kto ma dość odwagi, cierpliwości, wytrwałości i zapału, by uczestniczyć w kilkunastu warsztatowych spotkaniach może odkryć, że nie jest wszechmocnym bogiem i że nie jest sensowne zakładanie, iż powinien się nim stać. Może odkryć także, że nie jest głupkiem i nieudacznikiem, niezdolnym do pełnienia funkcji nauczyciela czy rodzica.

To ważne, bo główną bolączką polskiej szkoły jest strach. W trójkącie: rodzic — uczeń — nauczyciel wszyscy boją się wszystkich, a nauczyciele dodatkowo swoich zwierzchników i ich oceny. Obawiają się, że źle wypadną, że nie spełnią oczekiwań, nie sprawdzą się w roli, jaką pełnią. Lękają się, że nie sprostają konkretnej sytuacji, nie okażą się takimi, jakimi chcieliby ich widzieć inni. Nie potrafią poradzić sobie z emocjami — swoimi i cudzymi. Boją się wywiadówek i konfrontacji, braku promocji i słabych ocen, itd.

Lęk ten wynika w dużej części z poczucia bezradności i osamotnienia oraz braku wiary w siebie i w innych. Jego źródłem jest przekonanie, że ludzie wokół to nieprzyjaciele czyhający na kolejne potknięcia. Jakim cudem nauczyciel, który w głębi duszy ma się za nic (i w związku z tym często na zewnątrz udowadnia, że jest wszystkim), miałby zaszczepić w wychowanku adekwatne poczucie własnej wartości? Dopóki sam nie odkryje, że jest osobą, nie będzie mógł pomagać w odkrywaniu własnej tożsamości komuś drugiemu.

Jestem przekonana, że te odkrycia – osoby w sobie i w innych — są głównym celem programu „Szkoły dla rodziców i wychowawców” i głównym źródłem jego sukcesów. Konkretne umiejętności wychowawcze nabywane przez uczestników w trakcie szkolenia są ich konsekwencją.

Umiejętności te skupiają się wokół tak istotnych sfer wychowania, jak adekwatne i efektywne stosowanie kar i nagród, zachęcanie wychowanków do samodzielności i współpracy, nauka kontrolowania własnych i odczytywania cudzych emocji, wrażliwe słuchanie drugiego człowieka i takie formułowanie komunikatów, aby były one jasne i zrozumiałe dla innych.

Zajęcia w „Szkole dla rodziców i wychowawców” prowadzone są w sposób warsztatowy tzn., że uczestnicy nie są jedynie biernymi odbiorcami, ale cały czas aktywnie w nich uczestniczą.

Punktem wyjścia jest dotarcie do własnych emocji i sytuacji przeżywanych w dzieciństwie, rozpoznanie wzorów wzajemnych relacji, które funkcjonowały w danej rodzinie, po to, by móc zrozumieć źródło naszych dzisiejszych zachowań. Wielu rodziców dopiero w trakcie zajęć odkrywa ze zdumieniem, że powiela sposób zachowania własnych rodziców, choć wcale tego nie chce.

Podczas ćwiczeń, często prowadzonych w formie psychodramy można uświadomić sobie uczucia, jakie przeżywa dziecko podczas rozmaitych zabiegów wychowawczych i zrozumieć z czego wynika ich niska skuteczność. Odkrywamy schematy, jakie rządzą naszym postępowaniem, i to, że trzymamy się ich kurczowo, choć od dawna nie przynoszą efektów, bo nie umiemy znaleźć innych rozwiązań lub nie wierzymy w ich istnienie.

Szkoła dla rodziców pomaga w tych poszukiwaniach. Ci, którzy przychodzą tutaj głównie z ciekawości, odnajdują nowe możliwości bycia rodzicem. Odkrywają w tej roli fascynującą, choć nierzadko trudną przygodę.

Ci, którzy trafili na zajęcia z powodu dużych problemów z dziećmi, mają szansę na nauczenie się rozwiązywania ich metodą „bez porażek”, czyli bez zwycięzców i zwyciężonych.

Pewna matka poprzez zmianę swojego sposobu rozmawiania z synem spowodowała, że podjął on leczenie w ośrodku odwykowym, co nie udawało się od wielu lat. Inna zrozumiała, że zawsze daje swojemu dziecku nie to, o co ono prosi, bo wyniosła z własnego domu przekaz, że dziecku nie wolno ulegać. W związku z tym, gdy syn prosił ją o spodnie, ona kupowała mu koszulę. Rodziło to ciągle konflikty, a matka uważała, że syn nie docenia jej wysiłków i w efekcie oboje ciągle czuli się pokrzywdzeni.

Takie przykłady można mnożyć. Atutem zajęć jest nie tylko ich program, ale i to, że odbywają się w małej grupie, co stwarza uczestnikom poczucie bezpieczeństwa, możliwość otwarcia się przez nich.

Wspólne poszukiwanie dróg wyjścia z problemów, odkrywanie, że inni mają tak samo lub gorzej, wyzwala z lęków i beznadziei. Kiedy dorosły, poważny człowiek w zainscenizowanej scence staje się kilkuletnim dzieckiem, zmienia się jego punkt widzenia na wiele spraw i uświadamia sobie, że także ma potrzebę zabawy i radości, i że to właśnie może stać się wspaniałym narzędziem wychowania.

Dopóki nie zrozumie się sensu własnego i cudzego człowieczeństwa, można być co najwyżej technikiem wychowania, ale nigdy nie będzie się mistrzem ani autorytetem, prawdziwym przewodnikiem młodzieży w drodze do dorosłości.

Program nie jest zbiorem recept, bo dojrzała osoba nie potrzebuje ich, gdyż jest zdolna do samodzielnego mądrego działania, twórczych poszukiwań.

Cieszę się, że równolegle do teorii, jaką jest na razie program reformy, istnieje też praktyczna możliwość pomocy dla tych, którzy odpowiedzialnie chcą ją wprowadzać. Nie twierdzę, że jest to jedyna oferta, ani że najlepsza, ale dzięki ogólnopolskiemu zasięgowi jest dostępna dla wszystkich chętnych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie skłoni do sięgnięcia po nią tych, którzy uważają, że mają prawo do obrażania swoich uczniów, upokarzania ich; którzy zwalniają się z obowiązku posiadania elementarnej wiedzy psychologicznej i stosowania zasad kultury w kontaktach z innymi; którzy brakiem pieniędzy i czasu tłumaczą wszystkie swoje działania, choćby były one wyraźnie nieetyczne, a czasem nawet zagrożone sankcją kodeksu karnego.

Wiem, że szkoła dziś nie jest miejscem bezpiecznym (pod względem fizycznym i psychicznym), przytulnym i sympatycznym. Nie bez powodu większość uczniów i nauczycieli codziennie rano musi pokonywać swój opór i niechęć związane z koniecznością wejścia w szkolne progi.

Wiem jednak i to, że jest wiele osób, które chcą i próbują wyjść poza istniejący krąg niemożności. Wierzę, że będzie ich coraz więcej, że jedni niepokorni i nie poddający się rezygnacji będą zarażać innych. W ten sposób mamy szansę na epidemię dobra w miejscu, które wielu kojarzy się zdecydowanie negatywnie. Niedowiarków, bez względu na wiek i płeć zapraszam do lektury książek Małgorzaty Musierowicz. Radość wywołuje to, że tym razem strumyki mądrości i dobra płyną jednocześnie i z góry, i z dołu. Po drodze jest wiele, bardzo wiele przeszkód, głazów i wąskich gardeł, jednak nie na nich należy się skupiać, gdyż to wzmacnia ich siłę, której w rzeczywistości nie mają aż tak wiele. Wolę wyszukiwać najmniejsze choćby okruchy dobra i wierzyć, że maleńkie i słabe na razie potoczki połączą się w jedną wartką i silną rzekę obfitą w istotne wartości, które nadają sens naszemu życiu.

Mając świadomość wielu ujemnych stron reformy, głównie jej słabości organizacyjnych i finansowych, uważam, że nie można lekceważyć jej wartości. Wyraża się ona w wewnętrznej spójności proponowanej filozofii nauczania, która ma odniesienie do najwyższych ideałów i wartości; w wiedzy i zaangażowaniu urzędników różnych szczebli (nie wszystkich, rzecz jasna, ale można i warto cieszyć się tymi, którzy właśnie tacy są) oraz w konkretnych programach dydaktycznych i wychowawczych, a także w tysiącach osób (nauczycielach i rodzicach), którzy wykonali już wielką pracę w kierunku przewartościowania swojego sposobu myślenia o szkole i swojej w niej roli i odkrywania prawdziwej godności człowieka oraz tych, którzy wybierali zawód nauczyciela z marzeniami o realizowaniu takich wartości i nigdy ich nie porzucili.

Nadzieja dla szkoły
Małgorzata Mazur

(ur. 1959 r. – zm. 02 listopada 2020 r.) – pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka „Szkoły dla rodziców i wychowawców”, przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego. Mieszkała w Sz...