Wielka szansa dla Kościoła

15 maja 1999 roku w Duszpasterstwie Akademickim oo. Dominikanów przy ul. Freta w Warszawie odbyła się publiczna rozmowa na temat: „Jak media widzą Kościół”. Wzięli w niej udział Cezary Gmyz z „Życia”, Mikołaj Lizut z „Gazety Wyborczej”, Bronisław Wildstein współpracujący z „Wprost” oraz Marcin Przeciszewski — szef Katolickiej Agencji Informacyjnej. Spotkanie prowadził Paweł Kozacki OP. Poniżej publikujemy skrócony zapis tej rozmowy.

Paweł Kozacki: Jak pisma, w których Panowie pracują, patrzą na Kościół?

Cezary Gmyz: Gdy zacząłem pracować w „Życiu Warszawy”, przyszedł do mnie szef działu krajowego Ryszard Holzer, który powiedział, że powinienem obsłużyć imprezę z udziałem Prymasa. Zapytałem więc: „Rysiu, zwariowałeś? Ty, osoba pochodzenia żydowskiego proponujesz kacerzowi — bo ja jestem protestantem — żeby zajmował się problemem katolickim? To chyba jakieś nieporozumienie”. A on mówi: „Nie, dlatego, że ty będziesz dwa razy bardziej dbał, żeby się nie pomylić, a po drugie, jak się już pomylisz, to nikt ci nie zagrozi, że ci dzieci nie ochrzczą”. W ten sposób zacząłem i zajmuję się Kościołem do dziś. Obecnie pracuję w „Życiu” i mam o tyle ułatwioną sytuację, w stosunku na przykład do Mikołaja Lizuta, że ta gazeta uchodzi za sprzyjającą Kościołowi. Dlatego jest mi łatwiej pracować z księżmi i biskupami. „Życie” nie jest tytułem specjalnie klerykalnym, ale moim zdaniem w miarę rzetelnie informuje i publikuje o Kościele.

Bronisław Wildstein: Jeżeli mam odpowiedzieć na pytanie, jak „Wprost” pisze o Kościele, to mogę to zrobić jako czytelnik. Ewolucję można obserwować dość wyraźnie przez lata dziewięćdziesiąte. Pokazuje ona nie tylko przemianę „Wprost”, ale zmianę postaw wobec Kościoła w Polsce, odejście od stereotypów, mitów, które uparcie lansują środowiska antyklerykalne. Walczą one podobno z pewnymi schematami, ale uparcie budują inne. O ile kiedyś podejście tygodnika „Wprost” do Kościoła było dość — nie chciałbym powiedzieć — niechętne, to obecnie uległo zmianie.

Myślę natomiast, że ciekawszą sprawą, o której będziemy mówili, jest w ogóle sprawa pisania o Kościele. To jest bardzo interesujące zjawisko, ponieważ ogniskuje w sobie parę problemów.

Pierwszym jest problem pisania o jakiejkolwiek instytucji. Zawsze między nią a medium, które ją pokazuje, istnieje napięcie. Chyba, że pismo jest organem partii politycznej, grupy czy Kościoła. Dzieje się tak, ponieważ instytucja chce wypaść jak najlepiej. Kościół jest również rzeczywistością ziemską, która chce pokazać tylko rzeczy będące jego powodem do chwały. Chce ukazywać ostatecznie wypracowane stanowisko — a nie spór, który je poprzedzał. Nie chce pokazywać wewnętrznych napięć, które przekracza. Natomiast jedną z funkcji dziennikarza jest pokazywanie tych rzeczy, które niechętnie są wydobywane na światło dzienne.

Po drugie, żyjemy w świecie, w którym elementy sensacji zawsze pomagają w funkcjonowaniu na wolnym rynku. W odniesieniu do Kościoła jest to szczególnie uderzające, bo wiadomo, oprócz jasno określonych spraw dogmatycznych, istnieje życie wewnętrzne instytucji, różne postawy hierarchów kościelnych wobec zmieniających się zjawisk społecznych. Media pokazują niechętnie ujawnianą różnicę zdań, a czasami nawet daleko idące napięcia. Tu się pojawia różnica interesów. Jeśli nawet dziennikarze są przychylni, jeśli uważają, że rola Kościoła jest niezwykle pozytywna, to nie zmienia faktu, że ich powinnością jest próba obserwowania na bieżąco również tych spraw, które są niewygodne, czasami dramatyczne.

Mikołaj Lizut: Zostałem wywołany do tablicy przez Czarka Gmyza, który powiedział, że jemu jest trochę łatwiej pracować, gdyż jego gazeta jest postrzegana jako bardziej przychylna Kościołowi. Otóż chcę podkreślić, że środowisko „Gazety Wyborczej” nie jest antyklerykalne. Mało tego, wydaje mi się, że przykładamy ogromną wagę do sposobu, w jaki piszemy o Kościele. Jest on w Polsce jednym z ważniejszych elemetów życia publicznego, dlatego uczciwe podejście do tego zagadnienia jest niezwykle ważne dla mojego dziennika. Ale rzeczywiście tak jest, że „Gazeta” jest postrzegana jako dziennik, który walczy z Kościołem. To jest absolutnym nieporozumieniem. Piszemy o Kościele bardzo uczciwie. Natomiast część hierarchii podchodzi do nas bardzo nieufnie.

Kościół składa się z dwóch rzeczywistości: społecznej, ludzkiej oraz z wiecznej, duchowej. Gdy piszemy o czymś, co nam się nie podoba w wymiarze ludzkim Kościoła, jesteśmy oskarżani, że nie uwzględniamy aspektu wiecznego. Wobec tak postawionego zarzutu jesteśmy często bezradni. Wielu duchownych podkreśla, że nie da się pisać rzetelnie o Kościele, nie będąc w nim. „Jeśli jesteś poza Kościołem, to siłą rzeczy nie rozumiesz go w pełni — widzisz tylko aspekt ludzki” — mówią często księża.

Bronek Wildstein wspomniał o ewolucji, która się dokonała w tygodniku „Wprost”. Myślę, że nie tylko sposób pisania o Kościele jest inny. Przez ostatnie dziesięć lat diametralnie zmienił się Kościół katolicki w Polsce. Wystarczy przypomnieć wystąpienia publiczne hierarchów kościelnych tuż po 1989 roku. To był zupełnie inny język, inny sposób myślenia niż teraz.

Marcin Przeciszewski: Zgadzam się z tezą Bronisława Wildsteina, że w polskich mediach, w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat nastąpiła olbrzymia ewolucja, jeżeli chodzi o stosunek do Kościoła. „Gazeta Wyborcza” i „Wprost” są tu najlepszymi przykładami. Wyszliśmy z bardzo niebezpiecznego zaułka — przeciwstawienia Kościoła demokracji, co zdominowało większość świeckich i liberalnych mediów w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś Kościół jest traktowany jako istotny partner, istotny aktor życia publicznego, na którego się patrzy z coraz większą sympatią. Powiedziałbym, że w ten sposób osiągnęliśmy w mediach pewien poziom w miarę dojrzałej demokracji.

Paweł Kozacki OP: Jak Panowie wyjaśniliby różnice w postrzeganiu waszych tytułów? Dlaczego wasze pisma są odbierane, jako sprzyjające bądź nie sprzyjające Kościołowi?

Cezary Gmyz: Moim zdaniem, ten różny sposób postrzegania naszych pism wynika w dużej mierze z rzeczy niezawinionych przez nas tu obecnych czy przez nasze tytuły. Część tych animozji, które dotyczą stosunku do „Gazety Wyborczej”, wynika z jakiś dziwnych rzeczy. Na przykład z osobistej niechęci kilku hierarchów do Adama Michnika. W pewnym momencie zaczęto go postrzegać jako wroga Kościoła, człowieka, który koniunkturalnie zmienił swoje poglądy. Tymczasem on nigdy nie określał się jako człowiek wprost wierzący, chociaż w latach stanu wojennego czy w latach pierwszej „Solidarności” współpracował z Kościołem, pod jego skrzydłami się chronił. Potem wyrażał publicznie krytyczny stosunek do pewnych zjawisk, które z dzisiejszej perspektywy uważane są przez wielu księży biskupów za błędy. Mam na myśli coś, co niezbyt precyzyjnie można nazywać angażowaniem się Kościoła w politykę. Moim zdaniem, wtedy narodziła się animozja w stosunku do „Gazety Wyborczej”.

I drugą rzeczą, jaką hierarchowie czy ludzie związani z Kościołem mają za złe „Gazecie Wyborczej”, jest jej mentorski ton. „Gazeta” często wie lepiej. Muszę przyznać, że jest ona w bardzo złej pozycji również dlatego, że są ludzie, z którymi z pewnych powodów nie może zainicjować dialogu. Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład arcybiskup Michalik, obecny wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu, udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”. Przypuszczam, że „Gazeta” pewnie się o takie wywiady starała, ale z tamtej strony nie ma odzewu. To niedobrze. Czasami myślę, że gdyby ci ludzie ze sobą porozmawiali w cztery oczy i powiedzieli, o co im chodzi, mogłoby dojść do jakiegoś kompromisu, bo to jest konflikt nie tyle dwóch równouprawnionych racji, co konflikt dwóch racji, które nie chcą siebie wysłuchać.

Mikołaj Lizut: Rzeczywiście ani ksiądz Prymas, ani arcybiskup Michalik nie zgadzają się permanentnie na rozmowę z nami, nad czym bardzo ubolewamy.

Mimo to wydaje mi się, że pokazujemy księdza arcybiskupa Michalika, jak i księdza Prymasa w sposób rzetelny, nie używając tonu mentorskiego. Zawsze staramy się wysłuchiwać wszystkich stron, nie ferować wyroków.

Dlaczego niektórzy hierarchowie nie lubią „Gazety Wyborczej”? Tropiciele spisków, których w Kościele nie brakuje, chętnie wpisują nas w swe teorie. Nie raz słyszałem, że „Gazeta”, Fundacja Batorego i jeszcze kilka innych instytucji to narzędzia w rękach masonów, Żydów, cyklistów, czy kogoś jeszcze.

Często powody niechęci do nas leżą bardzo głęboko, w jakichś resentymentach, jakichś kwestiach towarzyskich, w pewnym niezrozumieniu siebie nawzajem.

Oczywiście są księża i biskupi, którzy są z nami w dobrych stosunkach. Lubią „Gazetę” i jej środowisko.

Marcin Przeciszewski: Jeżeli już mówimy o „Gazecie”, mnie się wydaje, że jest to jedna z gazet polskich, która — mimo pewnych wpadek — najrzetelniej relacjonuje życie Kościoła. Z dużą radością czytam w niej sprawozdania z imprez kościelnych, w szczególności z papieskich pielgrzymek. Widzę tu klasę warsztatową.

Jednak „Gazeta” wciąż jest naznaczona czymś, co mnie niepokoi, a co bym nazwał kompleksem Adama Michnika. Faktem jest, że sam redaktor naczelny, jak i jego „Gazeta” są głęboko zainteresowani Kościołem — nie tylko jako instytucją, ale również wymiarem duchowym. „Gazeta” czyni to jednak w bardzo charakterystyczny sposób. To zjawisko można opisać najkrócej tak: Adam Michnik w latach siedemdziesiątych spotkał Kościół na swojej drodze życia i autentycznie nim się zachwycił. Ale to był Kościół ojca Jacka Salija, ks. Jana Ziei, dominikanów, kilku wspaniałych duszpasterzy, którzy wspomagali ówczesną opozycję i prowadzili dialog z lewicą. Natomiast w gruncie rzeczy nie poznał polskiego Kościoła takiego, jaki on jest na co dzień, z jego wielką różnorodnością. Kościoła, w którym jest i ksiądz Tischner, i ksiądz Rydzyk. Michnik do dziś nie może tego przeciętnego, zwykłego Kościoła zaakceptować. Mikołaj Lizut mówił przed chwilą: wielu biskupów i księży nie znosi „Gazety Wyborczej” i to prawda. Obawiam się, że także redaktor naczelny „Gazety” nie znosi wręcz fizycznie kilku czy kilkunastu polskich hierarchów. I to kładzie się cieniem na jej rzetelności. Na przykład przy okazji wyboru arcybiskupa Józefa Michalika na wiceprzewodniczącego Episkopatu „Gazeta” zrezygnowała ze swojej rzetelności informacyjnej. Biskup ten, który został uformowany w Kurii Rzymskiej, w jednej z jej najbardziej otwartych struktur, jaką jest Papieska Rada ds. Świeckich, przedstawiony został nagle jako jakiś niebezpieczny integrysta w stylu abp. Marcela Lefebvre’a. Mówię o komentarzach Romana Graczyka. Zaciążył ten kompleks, o którym mówiłem. Oto nagle pojawia się jakaś postać, która jest tym potwornym czarnym i trzeba odpalić z największych armat, aby w nią uderzyć. W „Gazecie” jest pewne pęknięcie, wciąż obecne, niezależnie od faktu, że stopniowo — o ile chodzi o stosunek do Kościoła — staje się ona coraz bardziej rzetelna.

Bronisław Wildstein: Nie mogę się powstrzymać, żeby nie dołożyć ze swojej strony dwóch zdań na temat „Wyborczej”.

Po pierwsze, o Kościele jako instytucji ziemskiej pisze się w sensie sprawozdawczym, opisuje się jej funkcjonowanie. W tym sensie rzeczywiście można powiedzieć, że „Gazeta Wyborcza” swoją funkcję dziennikarską spełnia przyzwoicie, tu nie mam zastrzeżeń. Ale istnieje przecież inny wymiar publicystyki polegający na rozważaniu tego, jak ma się współczesna sytuacja Kościoła do spełniania swoich powinności. Można powiedzieć, że „Gazeta Wyborcza” dość jednoznacznie potrafiła pisać, jaki jest Kościół i co powinien robić, żeby spełniać swoją powinność. To mogło wywoływać skądinąd uzasadniony sprzeciw hierarchów. Druga strona medalu jest taka, że Kościół ma prawo ocenić zjawiska społeczne. „Gazeta Wyborcza” wyraża pewien pogląd na rzeczywistość, który się rozpoczyna od tego, że należy wymazać, zamknąć minioną epokę, nie rozróżniać ludzi na podstawie tego, co robili kiedyś, przejść nad tym do porządku dziennego, myśleć w kategoriach pragmatyzmu współczesnego itd. Nie chcę tego rozwijać. To również może się nie podobać Kościołowi i to możemy przeczytać w tekstach arcybiskupa Życińskiego, który uważa, że jest to otwieranie bramy do relatywizmu.

Otóż to nie są tylko, moim zdaniem, kwestie towarzyskie i jakieś resentymenty. To są bardzo istotne różnice ideowe. Pamiętam polemiki redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” z ojcem Ziębą czy ze wspomnianym już arcybiskupem Życińskim. To sprawy dużo głębsze. Istnieje bowiem wymiar namysłu nad sprawami podstawowymi, jak również stosunek Kościoła do lansowanych przez media porządków społecznych, systemów wartości, itd.

Mikołaj Lizut: Kościół jest rzeczywistością społeczną, która ma prawo oceniać to, co pisze „Gazeta Wyborcza”, ale na miłość Boską, również i Kościół jest rzeczywistością społeczną, którą „Gazeta Wyborcza”, jak i każdy inny dziennik, może oceniać. Jest to prawo publicysty, dlatego to, co powiedziałeś, że hierarchowie często słusznie się obruszają, że „Gazeta” coś tam ocenia w ludziach, jest takim obruszaniem się dziwnym…

Bronisław Wildstein: „Wyborcza” jak każda gazeta będzie to robiła, natomiast, jeżeli usiłuje być bardziej katolicka niż Kościół, jeżeli w pewnym momencie zaczyna uczyć — operuję skrótami — Kościół katolicyzmu, to może wywoływać pewne napięcie. Ja mówię o tonie wypowiedzi… Niestety, nie pamiętam numeru i strony, ale chodzi mi o artykuł redaktora naczelnego, w którym mówił, że jeśliby Kościół rzeczywiście podążał za nauką Chrystusa, to robiłby to i to. Tak a tak by się zachowywał. Chyba wszyscy obecni pamiętają ten tekst. To już było parę lat temu, ale wzbudził on ogromną dyskusję.

Marcin Przeciszewski: Uważam, że „Gazeta Wyborcza” i jej stosunek do Kościoła jest jednym z najciekawszych zjawisk życia medialnego w Polsce. Jest ona postrzegana — w dużej mierze niesłusznie — jako organ zdecydowanie antykościelny. To jest krzywda, którą wielu duchownych i świeckich na pewno dziś „Gazecie” czyni.

Istnieje jednak geneza tego stanu rzeczy. „Gazeta” do dziś płaci bardzo dużą cenę za swoje zachowanie czy za swój sposób traktowania Kościoła w pierwszych latach polskiej demokracji po 89 roku. Mikołaj Lizut powiedział, że „Gazeta” inaczej pisze o Kościele, bo zmienił się on w sposób diametralny. To nie jest do końca prawdą. Oczywiście Kościół wciąż ewoluuje, dostosowuje swoje duszpasterstwo do aktualnych wyzwań czasu. Natomiast nie powiedziałbym, że Kościół się zmienił w sposób diametralny. Kościół jest ten sam, głosi tę samą naukę. I wcale nie było tak, jak pisała „Gazeta Wyborcza” w roku 89 czy raczej na początku lat dziewięćdziesiątych, że był on wrogiem demokracji, siłą, która może zahamować budowanie wolnej Polski. A wciąż „Gazeta” kierowała takie ostrzeżenia. Sięgało to nawet Jana Pawła II. Przypomnijmy sobie ton polemik i komentarzy „Gazety Wyborczej”czasie IV jego pielgrzymki do Ojczyzny w 1991 roku, kiedy wręcz została sformułowana teza — chyba przez Pawła Śpiewaka — że porządek, jaki głosi Kościół, czyli wymaganie od świata wierności pewnym wartościom, jest sprzeczny z porządkiem demokratycznym, który opiera się na konsensusie. Kościół mówi tymczasem: pewne wartości mają charakter obiektywny i należy je szanować, niezależnie od kontestu politycznego czy wyniku jakiegokolwiek głosowania.

Osobiście nie widzę jakiejś diametralnej zmiany Kościoła, jeżeli chodzi o jego nauczanie bądź stosunek do demokracji — zawsze to była wymagająca akceptacja. Natomiast jedna rzecz z pewnością w Kościele się zmieniła, mianowicie jego polityka informacyjna.

Tutaj chciałbym podkreślić zasługi biskupa Tadeusza Pieronka, który niezależnie od wszelkiej krytyki, jakiej doznał, jest postacią bardzo ważną w Polsce u progu III Tysiąclecia. Otwarcie się na media — pokazanie Kościoła jako wspólnoty żywej, dynamicznej — pozwoliło większości dziennikarzy zajrzeć do środka przez otwarte drzwi. Wcześniej być może były zamknięte i trudno było zobaczyć, że ten Kościół wcale nie jest taki straszny, jak go postrzegał Adam Michnik i jego publicyści na początku lat dziewięćdziesiątych. Owszem, wciąż jest kilku duszpasterzy, którzy mają retorykę wypowiedzi sprzeczną z normami współczesnej demokracji, że jest ich zaledwie kilku i stanowią bardzo wąski margines Kościoła. Błąd polega na tym, że pewne osoby utożsamia się z Kościołem, traktując je jako wyrazicieli linii Kościoła, nie wiedząc, jakie w istocie jest jego stanowisko.

Paweł Kozacki: Chciałem Panów, jako praktykujących dziennikarzy, zapytać, co zrobić, by obraz Kościoła w prasie był jeszcze bardziej rzetelny? A z drugiej strony, jakie Panowie na tę chwilę widzą niebezpieczeństwa, trudności, które pojawiają się, gdy piszą panowie o Kościele?

Marcin Przeciszewski: Fakt, że w mediach — jeśli chodzi o ich stosunek do Kościoła — dokonała się istotna ewolucja, nie satysfakcjonuje w pełni. Wiele rzeczy można poprawić. Tematyka kościelna czy religijna wciąż funkcjonuje na zasadzie pewnego okienka. Jeżeli w życiu politycznym wydarzą się danego dnia trzy ciekawe, ważne fakty, to zostaną rzetelnie zrelacjonowane na łamach prasy. Natomiast, jeżeli w Kościele zdarzy się tak, że są trzy ważne wydarzenia jednego dnia, to na ogół tylko jedno zostaje pokazane. Istnieje symptom załatwienia tematu kościelnego: coś już napisaliśmy, to pozostałe wydarzenia możemy pominąć, gdyż działkę kościelną mamy na dziś wypełnioną.

Druga rzecz. Kościół jest bardzo ciekawą wspólnotą — olbrzymią społecznością, w której dzieją się setki i tysiące naprawdę arcyciekawych zjawisk, pomysłów, itd. Tymczasem w mediach na ogół Kościół postrzegany jest jako grupa hierarchów, która prowadzi jakąś quasi–polityczną grę na górze. Do Kościoła na siłę przykłada się wzorce zapożyczone w terenu życia politycznego. W ten sposób następuje swego rodzaju redukcja Kościoła, który w istocie jest przede wszystkim olbrzymią, wielobarwną wspólnotą, inspirowaną przez Ducha Świętego, dlatego podejmuje tak wiele bardzo ważnych i interesujących medialnie inicjatyw.

To naturalne w pracy dziennikarskiej, że znamy pewne mechanizmy życia politycznego, partyjnego, parlamentarnego, instytucjonalnego. Ale nie możemy ich nakładać na Kościół i Episkopat. Na Konferencję Episkopatu patrzy się w prasie niejako jak na biuro polityczne epoki późnego Gierka czy późnego Breżniewa: oto skrzydło liberalne konkuruje ze skrzydłem konserwatywnym i nawzajem biorą się za łby. Odwołam się do pewnego osobistego doświadczenia. Na zakończenie ostatniej sesji Synodu Plenarnego w Gnieźnie, KAI zorganizował konferencję prasową, na której obecni byli i ksiądz Prymas, i arcybiskup Michalik, arcybiskup Muszyński i biskup Libera oraz biskup Pieronek. Potem miałem osiem telefonów od różnych gazet: „Słuchaj, wyjaśnij nam, co się stało? Jak to możliwe, że ci przegrani siedzą przy jednym stole z wygranymi i mówią to samo?”. Odpowiadam: „No właśnie, to ukazuje niezwykłość tej instytucji, w której mimo pewnych napięć istnieje autentyczna jedność i nie ma żadnego «rządu» i «opozycji». Nie można tu przenosić parlamentarnych kalek”. Jest to bowiem wspólnota ludzi, którzy mają różne temperamenty, różny stopień wykształcenia, różną wrażliwość, różne koncepcje duszpasterskie, o które może nawet kłócą się autentycznie! Natomiast istnieje płaszczyzna wspólna, która to wszystko przekracza i jednoczy.

Mikołaj Lizut: Marcin poruszył kwestię otwarcia Kościoła na media. Skutkiem tego jest powołanie Katolickiej Agencji Informacyjnej, której Marcin jest szefem, a także instytucji rzecznika prasowego, która do niedawna w Episkopacie polskim była nie do pomyślenia. Wydaje mi się jednak, że bardziej prawdziwy obraz Kościoła w mediach będzie możliwy tylko wtedy, kiedy otworzy się on w pełni. Mam bowiem wrażenie, że traktowani jesteśmy w Kościele trochę jako zło konieczne, a czasami nawet jako zło niekonieczne, którego można się łatwo pozbyć, wyrzucając za drzwi. Dość powszechne jest przeświadczenie wśród duchowieństwa, że o Kościele prawdziwie mogą pisać tylko i wyłącznie media katolickie. Natomiast Kościół wcale nie potrzebuje, by pisały o nim inne media.

Prasowe służby w Kościele polskim wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Przykładem może być postawa rzecznika prasowego Episkopatu, który potrafi dziennikarzowi odpowiedzieć, żeby zadzwonił jutro, bo on jutro będzie wiedział to, co się dzieje właśnie teraz. To znaczy, że on kompletnie nie rozumie medialnej rzeczywistości. Nie wie, na czym polega istota naszej pracy.

Chciałbym dorzucić jeszcze króciutką uwagę do tego, co powiedział Marcin twierdząc, że Kościół się nie zmienił. Oczywiście doktryna jest ta sama. Natomiast pod względem społecznym, publicznym i politycznym przez ostatnie 10 lat zmienił się znacznie.

Wystarczy prześledzić wypowiedzi hierarchów w czasie kolejnych kampanii wyborczych i różnych publicznych dyskusji. Proszę zauważyć, jak bardzo się one różnią. Myślę, że wszyscy uczymy się funkcjonować w rzeczywistości, która zaczęła się w 89 roku. Dlatego nie zgadzam się z tezą, że Kościół przez ten czas się nie zmienił. On się zmienił diametralnie.

Marcin Przeciszewski: Jeżeli można, ja bym jeszcze nawiązał do tematu prasy katolickiej. Nie jest tak, że prawo do pisania o Kościele powinni mieć wyłącznie dziennikarze katoliccy i że ich sposób pisania jest w tej dziedzinie najlepszy. Powiem wręcz zupełną herezję, ale później odwołam się do pewnego autorytetu, który być może mnie wybroni. Mianowicie, poważną krzywdę Kościołowi robią niektórzy dziennikarze katoliccy. Dlaczego? Często bowiem ich twórczość naznaczona jest nie tyle zapałem ewangelizacyjnym, co zwykłym serwilizmem. Piszą dla nadawcy, a nie dla odbiorcy. Ten sposób pisania nigdy nie będzie skuteczny. Życie religijne jest pasjonującą rzeczywistością, owocem Bożej łaski, z którą człowiek się zmaga. Jeżeli prasa katolicka nie będzie ujmować zagadnień religijnych w sposób problemowy i pisać językiem zrozumiałym dla czytelnika oraz podejmować dyskusji, to nigdy nie będzie dobrą prasą. Skrytykowaliśmy „Gazetę Wyborczą”, ale dlaczego obecnych w niej tzw. trudnych tematów nie podejmuje prasa katolicka?

Teraz odwołam się do autorytetu, o którym wcześniej wspominałem. Jak zakładaliśmy KAI w 1993 roku, to składaliśmy różne ważne wizyty. Jedna z pierwszych wypadła u nuncjusza arcybiskupa Józefa Kowalczyka. Pierwsze pytanie arcybiskupa: „Jak będziecie relacjonować życie Kościoła?”. Nie wiedząc dokładnie, co ma na myśli rozmówca, starałem się mówić bezpiecznie: będą jakieś uroczystości, to będziemy je opisywać w formie depeszy, itd. A nuncjusz na to: „Broń Boże! Jeżeli wy wszystkie kazania będziecie streszczać, to będzie to skuteczna antyewangelizacja”. Odwołując się do swoich doświadczeń z czasu pobytu we Włoszech, powiedział, że jeżeli Włochom zostałyby zaoferowane takie homilie — jakie często trafiają się w polskich Kościołach — wierni wyszliby z kościołów. „Musicie pisać zupełnie inaczej! Musicie zwracać uwagę na wrażliwość dziennikarzy!” — oświadczył nuncjusz.

Cezary Gmyz: Jak będziemy pisać o Kościele w przyszłości? Osobiście czuję się zmęczony i coraz więcej spraw zaczyna mnie nudzić w informacyjnym pisaniu o Kościele. Coraz mniej jest ciekawych rzeczy z gatunku news. Pociąga mnie natomiast próba dostrzeżenia wspólnotowego charakteru Kościoła, jego bogactwa. To jest wyzwanie, jakie stoi jeszcze przed polskim dziennikarstwem, którego nie ma właściwie nigdzie, w żadnych mediach. Podam taki przykład: poznałem kiedyś pewnego księdza, który w dawniejszym województwie koszalińskim przejął zrujnowany PGR i postawił go na nogi. Oczywiście nie da się o tym napisać na tak zwanej stronie informacyjnej. Usiłowałem jednak zainteresować tym młodego reportera z mojej gazety. Przychodzę do niego i mówię: „Stary, jest fajny temat, w Koszalinie był zbankrutowany PGR, beznadzieja i nagle zrobiło się z tego po trzech latach kwitnące gospodarstwo rolne, świetny temat, jedź tam”. A on mówi: „A co, chcą wyrzucić tego księdza?”. To było dla niego sensacyjne, ale że tam działo się coś dobrego, nie było dla niego interesujące, nie pojechał.

Mikołaj Lizut: Nie zgadzam się z tezą Cezarego Gmyza, że w przyszłości Kościoła w mediach będzie coraz mniej. Myślę, że to nie jest prawdziwa prognoza. Kościół katolicki w Polsce jest na tyle ważną rzeczywistością, że nigdy nie zejdzie z czołówek mediów.

Cezary Gmyz: Nie miałem na myśli, że Kościół będzie marginalizowany. Mówiąc o tym, że Kościół zejdzie z pierwszych stron, spodziewam się, że obecność Kościoła w życiu publicznym nie będzie czymś sensacyjnym. Wszyscy wiemy, jak dobiera się wiadomości na pierwsze strony gazet. Kiedyś przybiegł do mnie prowadzący numer, który się cały dzień nudził, podskakując wręcz, mówi: „Mam katastrofę samolotu, jest co dać na czołówkę”. Moim zdaniem, Kościół jest tą instytucją, która będzie w życiu publicznym postrzegana jako coś normalnego. Oczywiście Konferencje Episkopatu będą relacjonowane, ale tam, gdzie jest miejsce na pogłębioną analizę. To będzie publicystyczne potraktowanie tematu. Spory, które ogniskowały się wokół Kościoła, będą stopniowo wygasać. Po prostu Kościół będzie stawał się immanentną częścią rzeczywistości. Nikogo nie będzie dziwić, jeżeli zabierze on głos w sprawach publicznych.

Bronisław Wildstein: Chcę jeszcze raz dodać, żebyśmy nie mieli specjalnych złudzeń co do mediów. Po pierwsze są one głównie informacyjne, służą do tego, żeby relacjonować rzeczywistość. Nie za bardzo powinny one sięgać głębiej. Jeżeli dziennikarz usiłuje zobaczyć od razu w warstwie informacyjnej głębsze sprawy, zaczyna wtedy odpowiednio tę rzeczywistość przycinać do swojego wyobrażenia. To jest bardzo niedobra praktyka. Media poza tym pokazują raczej ciemną stronę rzeczywistości. Jak jest porządna autostrada, to się o niej nie pisze. Pisze się wtedy, kiedy jest dziura. Jeszcze raz wracam do tego, że żadna instytucja, pełna najlepszej wiary, nie będzie zadowolona z tego, jak jest ukazywana przez prasę. Ponieważ media nie zajmują się tym, żeby pokazywać codziennie jej posłannictwo, tylko szukają, czy przypadkiem właśnie się z nim nie rozmija. Będą mówiły o tym, kiedy ewidentnie coś zacznie źle w niej funkcjonować.

Marcin Przeciszewski: Niemożliwe jest, by media przedstawiały pełną prawdę. Media zawsze są pewnego rodzaju zwierciadłem. Czy media przekazują pełną prawdę o życiu politycznym? Też nie. Tak samo w tym krzywym zwierciadle odbijany jest Kościół. Nie należy zatem tragizować z tego powodu, że coś jest skrzywione, twierdzić, że to nie ma prawa bytu. Przeciwnie, wydaje mi się, że media — mimo to — są wielką szansą dla Kościoła i dla procesu ewangelizacji. Właśnie w tym etapie, na jakim znajduje się nasz kraj i nasz Kościół — na etapie generalnej transformacji. Przypomnijmy najprostsze dane socjologiczne. Według optymistycznych badań tylko połowa Polaków praktykuje systematycznie, czyli ma kontakt z żywym duszpasterstwem. Niektórzy mówią o 40%. Natomiast ta druga połowa społeczeństwa, to są ludzie co prawda przyznający się do tradycji chrześcijańskiej, ale nie mający już systematycznego kontaktu z Kościołem. Ambona do tych ludzi nie dociera, prasa katolicka tym bardziej. Dociera natomiast „Gazeta Wyborcza”, radio i telewizja. Interesem Kościoła jest mieć w tych mediach swoich ludzi, którzy będą uczciwie o Kościele i jego przesłaniu pisać. To jest wielkie zadanie — wychowywać dziennikarzy–katolików. Cenię i podziwiam tych ludzi, którzy — pracując w mediach świeckich — chcą zachować w pełni swoją wiarygodność chrześcijańską i kościelną. Wiem jak to jest trudne. Tym bardziej chwała im. Jeżeli zrezygnujemy z mediów świeckich w procesie ewangelizacji, to do połowy społeczeństwa nie dotrzemy z Dobrą Nowiną. Tu jest wielka szansa dla Kościoła, którą bezwzględnie należy wykorzystać.

Wielka szansa dla Kościoła
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....

Wielka szansa dla Kościoła
Cezary Gmyz

urodzony 24 maja 1967 r. we Wrocławiu – Cezary Franciszek Gmyz, polski teatrolog, dziennikarz, publicysta, korespondent TVP w Berlinie. Dziennikarz „Rzeczpospolitej” (2007-2012), publicysta Telewizji Republika (2013-2016)....

Wielka szansa dla Kościoła
Bronisław Wildstein

urodzony 11 czerwca 1952 r. w Olsztynie – polski publicysta, dziennikarz i prezenter radiowy i telewizyjny, pisarz, aktor, przedsiębiorca, polityk, prawnik i działacz samorządowy. W latach siedemdziesiątych działacz opozyc...

Wielka szansa dla Kościoła
Mikołaj Lizut

urodzony 30 kwietnia 1973 r. – polski dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, dramatopisarz....

Wielka szansa dla Kościoła
Marcin Przeciszewski

urodzony 29 września 1958 r. w Warszawie – polski historyk, dziennikarz i działacz katolicki, od 1993 roku redaktor naczelny i prezes zarządu Katolickiej Agencji Informacyjnej, wiceprzewodniczący Rady Międzynarodowej ruchu „Wiara i Światło” (1986-1991), działacz Związku Duży...