Gdyby Irlandczycy wiedzieli…

Gdyby Irlandczycy wiedzieli…

Nie lubię rozczarowań, a ta książka rozczarowała mnie wyjątkowo. Dwa lata temu, dzięki kanadyjskiej artystce, Loreenie McKennitt, śpiewającej o Celtach, po raz pierwszy usłyszałem o książce Cahilla. Loreena przywołuje ją jako jedną ze swych inspiracji przy tworzeniu albumu The Book of Secrets. Zacząłem więc szukać książki How the Irish Saved Civilization, ale zniechęcony ceną oferowaną przez księgarnie zagraniczne, dałem sobie spokój. Tym bardziej, że przeglądając jakiś katalog, zauważyłem inną książkę Cahilla, dotyczącą — jeśli mnie pamięć nie myli — historii Żydów. Doświadczenie zaś poucza, że ludzie zajmujący się mnogością tematów naukowych z reguły robią to w bardzo nienaukowy sposób (jak o tym świadczą chociażby prace Michaela Granta). Niemniej jednak, gdy książka Thomasa Cahilla, reklamowana jako „światowy bestseller”, ukazała się po polsku, zdecydowałem się ją przeczytać.

I już na początku poczułem, że pan Cahill postanowił napisać swoją historię, autorytatywnie komentując i krytykując wszystko, co nie odpowiada jego wizji dziejów. Odnoszę wrażenie, że dla autora jedynymi godnymi podziwu bohaterami historii są Irlandczycy; pojawiający się obok nich Rzymianie i „barbarzyńcy” są albo zepsuci, albo zbyt prymitywni. Nie będę ukrywał: sam, mimo iż jestem filologiem klasycznym, nie pałam zbytnią miłością do poezji Auzoniusza i złości mnie tendencyjne przedstawianie „barbarzyńców” (celowo ujmuję to słowo w cudzysłów), pokutujące wciąż w popularnej historiografii, któremu z całą pewnością hołduje pan Cahill. Nie ulega wątpliwości, że taki obraz plemion germańskich zawdzięczamy właśnie Auzoniuszowi czy też Sydoniuszowi Apolinaremu. „The learned and eloquent Sidonius”, jak nazywa go Gibbon w Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego, z wyraźnym obrzydzeniem wypowiadał się na temat poezji Burgundów VI wieku. Mimo wszystko, nie sądzę, aby pozwalało to określać Germanów nad brzegiem Renu jako „postaci z sennego koszmaru”. Śmiem twierdzić, że porównanie obozu rzymskiego z germańskim, zaprezentowane w omawianej książce, jest po prostu tendencyjne i nieuczciwe. Jeżeli szukamy opinii „cywilizowanych” Rzymian na temat „barbarzyńskich” Germanów, nie możemy odwoływać się tylko do mdłego i wymuskanego Auzoniusza. Warto wiedzieć, że wielki rzymski historyk Tacyt w swoim dziele Germania zupełnie inaczej przedstawia te plemiona, odnosząc się z podziwem do ich surowej prostoty. Poza tym nie można nie zauważać licznych głosów współczesnych nam uczonych, takich jak chociażby Dorothy Whitelock czy znakomity filolog Tom Shippey, którzy opierając się na nielicznych, niestety, zachowanych źródłach (a to z winy „cywilizowanej” kultury śródziemnomorskiej) przedstawiają wiarygodny i bardziej wyważony obraz „barbarzyńskich” ponoć Germanów. Co więcej, Thomas Cahill odwołuje się do wiadomości skądinąd nieznanych historykom: być może jestem niedokształcony w literaturze antycznej, ale bardzo jestem ciekawy, skąd pan Cahill wie w jaki sposób kroił marchewkę kucharz w rzymskiej armii? Z równym zdziwieniem zareagowałem na opinię dotyczącą papirusów: „[zwój] posiadał tę szczególną wadę, że zwijał się błyskawicznie w rolkę, kiedy tylko się człowiek zaczytał”. Nie ulega wątpliwości, że forma kodeksu (czyli mniej więcej taka, jaką ma współczesna książka) była wygodniejsza w użyciu — między innymi trudniej było usunąć lub dodać jakieś fragmenty tekstu — ale każdy papirolog potwierdzi, że Cahill nie ma zielonego pojęcia o papirusowych zwojach czy w ogóle o czytaniu w starożytności. Nie istniała prywatna, cicha i szybka lektura w naszym rozumieniu: czytano zawsze na głos, mocno dzierżąc zwój w dłoniach. Zupełną bzdurą jest też określenie Iliady Odysei jako „ludowych eposów” (str. 82). A skąd znowu wiadomo, że Szaweł z Tarsu, czyli apostoł Paweł, był „żylastym i łysym… spoconym człowieczyną” (str. 63)? I chyba lekką przesadą jest określanie jego listów jako dziwacznych i natarczywych.

Trudno też zgodzić się z oceną św. Augustyna, jaką prezentuje autor omawianej książki. „Przy całej swej wielkości Augustyn stał się na starość typem złośliwego księdza, pełnego miłosierdzia dla tych, którzy się go boją, i zajadłej pogardy dla tych, którzy odważą się sprzeciwić”. Niewątpliwie Augustyn był przez całe swe życie człowiekiem porywczym, ale żeby nazywać go od razu „złośliwym księdzem”? Poza tym, właśnie pod koniec życia biskup Hippony opracowywał Retractationes (Sprostowania), będące swego rodzaju samokrytyką własnych dzieł.

Nie jestem też pewien, czy Rzymianie byliby oburzeni „wyrazistszą obecnością kobiet” w życiu religijnym Irlandii. Jakby nie było, przykład świetej Agnieszki czy Cecylii, wyraźnie przeciwstawiających się patriarchalnemu społeczeństwu, był dosyć silny i — poprzez kult — aprobowany przez Kościół. Silna pozycja kobiet jako przełożonych klasztornych także nie była rzadkością we wczesnośredniowiecznej Europie.

Z dużą rezerwą podchodziłbym też do opinii Thomasa Cahilla na temat przechowania w rękopisach sporządzanych przez mnichów dzieł dalekich często od chrześcijaństwa. To prawda, że kopista Tain, irlandzkiego eposu, dał wyraz swej dezaprobacie wobec przepisywanego tekstu… ale jednak go przepisał! Nie jestem specjalistą od literatury celtyckiej, mogę co najwyżej przywołać analogię z literaturą staroangielską. Otóż to właśnie ludziom Kościoła zawdzięczamy w dużej mierze przetrwanie poezji Anglosaksonów; co więcej, byli oni do niej bardzo przywiązani: w czasie jednego z synodów w Northumbrii wydano dekret napominający kapłanów, aby w czasie mszy nie śpiewali Ewangelii na modłę rodzimej, staroangielskiej poezji. Skoro taki dokument wydano, księża musieli widocznie bardziej być obeznani ze świecką poezją swoich czasów niż z liturgią. Opat Aldhelm, o którym dosyć pogardliwie wspomina pan Cahill jako o wrogu wszystkiego, co nie było chrześcijańskie, ten Aldhelm (†709) recytował — czy właściwie śpiewał — świecką poezję na moście w Malmesbury, aby przyciągnąć ludzi, a potem ich nauczać. Wreszcie, koronny przykład, jakim jest słynny list Alkuina z 797 roku do pewnego angielskiego zgromadzenia zakonnego; dowiadujemy się z niego, że w refektarzu mnisi słuchali „pogańskich pieśni”, czyli właśnie staroangielskiej poezji. (Dla ścisłości trzeba dodać, że Alkuin tego nie pochwalał, ale to właśnie takim mnichom zawdzięczamy np. Beowulfa.) Tak więc, mimo iż zawsze znaleźli się rzucający gromy na zepsuty świat i jego literaturę, to istnieli też, nawet w szeregach kleru, i tacy, którzy tę literaturę kochali. Zresztą nie bez racji: wszak wszelka ludzka twórczość jest w jakimś stopniu odbiciem stwórczej mocy Boga, uczestnictwem w niej.

Wspomniałem już, że pan Cahill prezentuje swoją — bardzo subiektywną, delikatnie mówiąc — wizję historii, a przy okazji literatury i teologii. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że książka Jak Irlandczycy ocalili cywilizację stała się światowym bestsellerem wskutek znacznego uproszczenia prezentowanych w niej opinii. Jestem niewątpliwie dosyć tradycyjny i staroświecki, dlatego denerwuje mnie, gdy autor porównuje staroirlandzką literaturę do komiksów, które pasjonują tylko małych chłopców albo trywializuje pewne jej passusy (uwspółcześnia — pisząc „my byśmy to wyrazili… ujęli…”). Każdy, kto zajmuje się jakąkolwiek dawną literaturą wie, że niewybaczalnym grzechem jest odczytywanie jej przez pryzmat naszych realiów i sposobów myślenia. Innymi słowy, czytając dzieło z X wieku, musimy zapomnieć o tym, że żyjemy w wieku XX i starać się (to dopiero jest sztuka!) myśleć tak, jak myśleli ówcześni ludzie, do i dla których pisał autor. Jest to rzeczywiście trudne i coraz mniej, poza wąskim gronem specjalistów, popularne. Dlatego, jak sądzę, Thomas Cahill postanowił pójść na rękę współczesnemu czytelnikowi i przedstawić mu „heroiczną rolę Irlandii w dziejach Europy po upadku Cesarstwa Rzymskiego” w sposób jak najbardziej przystępny, co w rezultacie stało się sposobem jak najbardziej prymitywnym i nieobiektywnym. Owszem, autor stara się stworzyć pozory erudycji i dobrego przygotowania do pracy nad książką: podaje nawet źródła bibliograficzne. Ale, szczerze mówiąc, nie ważyłbym się powoływać na Cahilla w akademickiej dyskusji. Może ktoś powie, że jest to książka popularyzatorska. Cóż, taką, jak sądzę, miała być w założeniu autora. Opowieści biblijne Kosidowskiego też miały być popularyzatorskie. Jednak jest prawdą, że popularyzacją — literatury, historii, w ogóle nauki — powinni się zajmować specjaliści. (Inna rzecz, że niewielu z nich ma do tego talent.) W przeciwnym wypadku nie przygotowany i — proszę wybaczyć — przeciętny czytelnik otrzymuje książkę może i przyjemną w lekturze, ale pełną błędów, nieobiektywną, dającą wypaczony albo jednostronny obraz omawianego zagadnienia. Dlatego zastanawiam się, czy Irlandczycy z początków średniowiecza byliby zadowoleni widząc, co dzieje się z kulturowym dziedzictwem przez nich ocalonym, czy zadaliby sobie tyle trudu wiedząc, że dwudziestowieczni potomkowie tak lekko i niefrasobliwie, tak bez głębszego zrozumienia dla tradycji traktować będą zachowaną przez nich literaturę i sztukę.

Kilka słów należy się polskiemu tłumaczeniu. Przede wszystkim, godny pochwały jest trud podawania przy pozycjach bibliograficznych istniejących polskich przekładów. Chociaż niekonsekwentnie: dlaczego nie ma wzmianki o Augustynie z Hippony Petera Browna wydanej przez PIW w 1993 roku? Warto też zwrócić uwagę na przekład pierwszej księgi Listów św. Patryka, zamieszczony na końcu.

Zastrzeżenia mam zaś co do pisowni: „kościół powszechny” — dlaczego małą literą? Poza tym w łacińskich wierszach Auzoniusza (str. 29nn.) pojawiły się literówki: powinno być imperiis i quieti, zaś w cytacie z Horacego (str. 192) currunt. Natomiast bez żadnych zastrzeżeń pochwalić można szatę graficzną książki, naprawdę wysmakowaną, i dobór ilustracji. (No, może jednak zastrzeżenia pojawiają się przy komentarzach do niektórych ilustracji…)

Thomas Cahill, Jak Irlandczycy ocalili cywilizację, tłum. Anna Barańczakowa, Media Rodzina of Poznań, 1999, s. 271.

Gdyby Irlandczycy wiedzieli…
Marcin Morawski

urodzony w 1972 r. – absolwent filologii klasycznej, specjalizuje się w mediewistyce. Publikował w „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”. Mieszka w Warszawie....