„Nawet im się nie chce chcieć”

„Nawet im się nie chce chcieć”

Wprowadzenie katechezy do szkół spowodowało, że na poziomie podstawówek uczęszcza w naszej okolicy 98% dzieci — w praktyce tylko Świadkowie Jehowy nie posyłają swoich dzieci na katechizację. Co zrobić jednak, gdy wyrośnięty 13–, 14–latek mówi wprost „psze pana — mie nie zależy”?

Gdy znajomi pytają „jak ci się uczy?”, odpowiadam, że najlepiej byłoby spytać moich uczniów. Naprawdę tak myślę — ostatecznie to ja jestem dla nich, nie oni dla mnie. Kim jestem dla nich? Panem od religii czy katechetą? Czy tylko mówię o Bogu, czy świadczę życiem? Czy prowadzę wykład religioznawstwa, czy katechizuję? Bo przecież, jeśli zabraknie oddźwięku w ich sercach, to coś się nam nie udało. Czy zawsze się udaje? Oczywiście, że nie. Przynajmniej nie zawsze to widać. Kiedyś, na początku mojej katechetycznej przygody bardzo się tym martwiłem. Byłem ogarnięty jakąś gorączką, neofickim zapałem, bardzo liczyłem na własne siły, wierzyłem we własne możliwości. Dzisiaj jest inaczej — spokojniej. Wiem, że my tylko siejemy — a wzrost daje Bóg. To nie usprawiedliwianie siebie, myślę, że jest to raczej widzenie spraw we właściwej perspektywie. Nie zwalnia mnie to absolutnie z obowiązku jak najlepszego przygotowania się do lekcji, ale już wiem, że rzucone ziarno pada na różną glebę i czasami wzrost bywa powolny. Oczywiście zdarzają się przypadki wyjątkowe, wręcz spektakularne, gdy widać efekty natychmiast — gdy ktoś zostaje po lekcji, aby porozmawiać, prosi o wyjaśnienie, pomoc w konkretnej, czasem bardzo intymnej, osobistej sprawie czy daje żywe i przejmujące świadectwo. Te błyski potrafią ożywić, ubarwić, upiększyć codzienną orkę na ugorze, dodają sił i otuchy, że to ma sens. Są premią wynagradzającą wiele poniesionych trudów. Ale to nie jest najważniejsze, nie po to zostałem katechetą, aby przeżywać uniesienia.

Gdy ktoś pyta mnie o wrażenia z pracy czy opinie na temat dzieci, młodzieży, najczęściej bywa zdziwiony, że nie narzekam, że patrzę optymistycznie. Nie znaczy to, że nie ma trudności. Oczywiście one są — myślę, że są jakoś wpisane w naszą rzeczywistość, są wyzwaniem, zadaniem, codziennym krzyżem. Chciałbym zaznaczyć rzecz najważniejszą. Według mnie katechizować powinien tylko człowiek zadowolony z życia, optymista, akceptujący siebie i swoją sytuację, przeżywający radośnie fakt bycia chrześcijaninem. Nie wiem, może i można być np. dobrym matematykiem (z całym szacunkiem dla nauczycieli tego bardzo, bardzo trudnego przedmiotu), będąc rozwiedzionym ateistą, przekonanym, że świat i ludzie są źli, ale katecheta z takim bagażem to na pewno żałosne nieporozumienie.

Coraz bardziej widać, że dotychczasowe — milcząco przyjęte jako pewnik — założenie, że katechizujemy dzieci z rodzin chrześcijańskich o żywej tradycji wiary jest nieaktualne. Zdarza się dziecko w szóstej klasie, które nie zna modlitwy „Zdrowaś Maryjo…”. Nie jest wyjątkiem, że dzieci tłumaczą się, że opuściły w niedzielę mszę św., ponieważ były z rodzicami pół dnia w supermarkecie lub odwiedzały mieszkającą niedaleko babcię. Ale tu statystyka jest nieubłagana — potwierdza, że w naszym miasteczku nie więcej niż 30% mieszkańców uczestniczy w niedzielnej Eucharystii. To wszystko przenosi się do sal lekcyjnych — te dzieci są często tylko z wierzchu pokropione wodą święconą. Przygotowanie ich do pierwszej Komunii św. należałoby rozpocząć naprawdę od katechizacji rodziców. Zamiera tradycja wspólnego pacierza, modlitwy różańcowej. To widać, jak nieswojo czują się niektórzy uczniowie, gdy, korzystając z bliskości kościoła, udaje się nam odprawić nasze, klasowe nabożeństwo. Są często zaskoczeni, że to można tak inaczej, osobiście, swoimi słowami, o swoich sprawach… Uczą się jednak szybko. Ale tutaj wiadomo chyba co robić, żeby było trochę lepiej (choć wpływu rodziny nie zastąpi nic!). Koniecznie trzeba „trochę” przyłożyć się do pracy u podstaw — to zrozumiałe. Następnie — uaktualnić program nauczania (obecnie mocno przestarzały), jeśli można to było zrobić w diecezji kieleckiej, gdzie wydano nowe podręczniki — dlaczego nie u nas? Program związany z rokiem liturgicznym, realizowany przy dobrej (dzięki Bogu) współpracy z księdzem proboszczem, przynosi rezultaty. Podobnie widać poprawę, gdy ożywi się formę nabożeństw — widać to doskonale na przykładzie rekolekcji wielkopostnych. Innego rodzaju kłopoty związane są z warunkami pracy. Klasy są bardzo liczne — bywa po 30 uczniów (nie pociesza mnie, że w liceach jest już po 37!) — o nawiązaniu osobowego kontaktu w takiej sytuacji można zapomnieć. Wprowadzenie katechezy do szkół spowodowało, że na poziomie podstawówek uczęszcza w naszej okolicy 98% dzieci — w praktyce tylko Świadkowie Jehowy nie posyłają swoich dzieci na katechizację (choć i one czasami ze względów koleżeńskich zaglądają na lekcje). Co zrobić jednak, gdy wyrośnięty 13–, 14–latek mówi wprost „psze pana — mie nie zależy”? A jego rodzice chcą, aby brał udział w lekcjach. Nie muszę dodawać, że taki „co mu nie zależy” potrafi to w ciągu 45 minut pokazać — kolegom i mnie również. A jeśli jest ich w klasie kilku? Jak pracować sprawnie? To karkołomne zadanie, proszę mi wierzyć. Zostaje tylko osobisty autorytet — o którego kryzysie mówi się i pisze ostatnio wiele. Zdyscyplinować uczniów jest bardzo trudno, bo i jak? Ocena często nic dla nich nie znaczy (przedmiot nadobowiązkowy). Sprawowanie? — często już nie ma możliwości, aby obniżyć ocenę. Zapraszani na rozmowę rodzice (głównie matki — tu widać kryzys funkcji ojca!) przyznają, że nie dają już rady. Błędne koło! Nawet przy rażących przykładach wulgarności czy złośliwości ucznia nie mogę usunąć go z klasy. Cierpi więc cała grupa. Czasami trzeba zrezygnować z bardziej samodzielnej, ciekawszej pracy w innej formie: czy w grupach, czy zabawy, gdyż brak zdyscyplinowania uniemożliwia to — znów ze szkodą dla pozostałych. Lekcja staje się mniej ciekawa, a niektórzy widząc faktyczną bezkarność przyłączają się do imponujących im łobuzów. Którą z rad ewangelicznych zastosować? Czy tę, „że nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz chorzy”? Czy tę „o utopieniu w głębokościach morskich tych, co gorszą innych”? A tak poważnie — jakie jest wyjście, bo samo narzekanie na złe wychowanie w rodzinie, to trochę za mało. Może trzeba byłoby zaryzykować i przynajmniej od gimnazjum wprowadzić zróżnicowany program — minimalny: jedną godzinę tygodniowo i rozszerzony: dwie godziny — dla tych, którzy chcą naprawdę brać udział w zajęciach. Może połączyć to z zaostrzeniem kryteriów warunkujących przystąpienie do sakramentu bierzmowania, którego udzielanie graniczy czasami z obrazą Ducha Świętego. Może dla uczniów sprawiających wyjątkowe trudności stworzyć specjalne grupy — aby zindywidualizować nauczanie? Mają oni zresztą najczęściej problemy z innymi przedmiotami i ogólnie sprawiają kłopoty wychowawcze. Obecnie szkoła nie wypełnia swej misji skutecznie, a ubóstwo finansowe powoduje likwidację praktycznie wszystkich dodatkowych możliwości pracy z dziećmi — kółek zainteresowań, itp. Pozostawieni sami sobie skupiają się wokół „aktywnych inaczej” lub włóczą się znudzeni do tego stopnia, że „nawet im się nie chce chcieć” (sam to od nich usłyszałem). Nie mogę spokojnie patrzeć, jak część tych dzieci tracimy gdzieś, często bezpowrotnie. Jak do nich dotrzeć?… Może na rowerze? Spróbowałem parę lat temu zaprosić ich na wycieczkę. I tak zostało — jeździmy 2–3 godziny w soboty, w miarę możliwości co tydzień. Ile jest na takim spacerku katechizowania niejako mimochodem? Mnóstwo — od wspólnej modlitwy przez dostrzeżenie, że kolega też człowiek i np. można dać mu łyk wody, przez radość ze wspólnej zabawy — po podziw dla natury stworzonej przez Boga. Na takiej wycieczce poznajemy się nawzajem dużo lepiej, a bez tego jak razem kroczyć do nieba? Pewnego razu grupa wyjątkowych łobuzów zaprosiła mnie na ryby. Bardzo się ucieszyłem, choć w życiu ryb nie łowiłem, ale takie nawiązanie kontaktu procentuje później na spotkaniach w klasie. To są dobre doświadczenia. Myślę, że w tym kierunku powinny pójść nasze poszukiwania — jeżeli rodzina źle wypełnia swoje funkcje, szkoła nie daje rady, zostaje Kościół — parafia. Często pytam sam siebie, jak dotrzeć do serc tych, z którymi spotykam się na katechezie. Jak wypełnić moje zadanie najlepiej, bo przecież, jak przypominał wciąż założyciel Opus Dei Josemaria Escriva de Balaguer, to jest moja droga do świętości. Muszę się starać, bo przecież Bogu nie mogę ofiarować byle czego. Przy rachunku sumienia przypomina mi się wielokrotnie, co w rozmowie na ten temat powiedział Ojciec Święty — może za mało się za naszych uczniów modlimy?

„Nawet im się nie chce chcieć”
Mariusz Kayser

urodzony w 1954 r. – absolwent biologii UAM oraz Studium Katechetycznego przy Papieskim Wydziale Teologicznym, od 1990 r. katecheta w szkole podstawowej.Żonaty, ma dwoje dzieci. Mieszka w Mosinie koło Poznania....