dwie ryby na talerzu dwa pstrągi faszerowane
fot. Gregor Moser/ Unsplash

Gdy jest nadmiar, znika tęsknota

Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

Dla wielu osób prawdziwą ascezą jest zgoda na swoje własne życie. Z krzyżem jest tak, że nie trzeba go szukać, a nie daj Boże komuś go dodawać, wystarczy się zgodzić na to, czego zmienić w tym momencie nie potrafimy.

Zabrzmi to jak banał nad banały, ale mimo wszystko ośmielę się napisać to na początku. W życiu nie da się osiągnąć niczego sensownego bez samodyscypliny i stawiania sobie ograniczeń – czyli tego wszystkiego, co nazywamy ascezą. Kiedy norweskiego biathlonistę Olego Einara Bjørndalena zapytano o jego plan treningowy, odpowiedział: „Aby nie stracić motywacji, wprowadziłem kilka ważnych zasad w moim życiu. Najważniejsza to wystrzegać się jakiejkolwiek formy luksusu, ponieważ właśnie on sprawia, że człowiek czuje się zadowolony i traci chęć do walki”. Norweski sportowiec ma obecnie czterdzieści lat i nadal święci triumfy.

Nie da się zachować higieny psychiczno-duchowej bez odcięcia się od rzeczy niepotrzebnych, a wyrzeczenia są absolutnie niezbędne do tego, aby człowiek mógł się rozwijać i aby z talentu wynikło coś dobrego. Znana maksyma „Od przybytku głowa nie boli” nie sprawdza się w codziennym doświadczeniu. Nadmierna troska o utrzymanie tego wszystkiego odbiera wewnętrzną równowagę i pokój. Brak ascezy sprawia, że człowiek obrasta w tłuszcz i w końcu staje się ociężały.

Nie bez powodu jeden z wersetów hymnu odmawianego na jutrzni brzmi: „Naucz nas, Panie, wyrzekać się rzeczy zbędnych”, cechą mądrości jest bowiem wprowadzanie w swoim życiu porządku.

O św. Dominiku bł. Jordan z Saksonii napisał, że wiódł proste życie. I ta cecha miała sprawiać, że „zyskiwał największą sympatię u wszystkich”. Najwięksi ojcowie monastycyzmu św. Bazyli i św. Benedykt również wielokrotnie powtarzali swoim braciom, aby unikali przesady, znajdowali umiar i systematycznie pozbywali się rzeczy niepotrzebnych. Przesada bowiem – w każdej dziedzinie życia – jest wrogiem duszy. Święty Pojmen, duchowy ojciec wszystkich cenobitów, ujął to nawet jeszcze mocniej: „Każdy nadmiar pochodzi od Szatana”. W życiu duchowym poczucie samozadowolenia jest bowiem początkiem upadku, a niedosyt jest zawsze lepszy od przesytu. To rozczarowanie tym światem sprawia, że pojawia się tęsknota za czymś więcej. Dlatego dla rozwoju duszy najlepszy jest stan pewnej oschłości, gdy czegoś brakuje, czujesz się głodny, coś ci doskwiera. Jezus mówił do apostołów: „Nie zabierajcie chleba” – najpierw więc trzeba zgłodnieć, aby mieć w sobie przestrzeń, w którą może wejść Bóg. Gdy jest nadmiar, znika bowiem tęsknota.

***

O ascetyzmie wystarczy trochę poczytać w kilku encyklopediach, by zauważyć, że dzisiejszą ascezę połknęły nauki psychologiczne. Niestety, psychologia zajmując się potrzebami, pragnieniami, zagubiła tym samym coś niezwykle ważnego. Coś, co w teologii nazwane zostało cnotą, a w potocznym języku – charakterem. A jego nie da się ukształtować bez mierzenia się z trudnościami i panowaniem nad wolą. W chrześcijaństwie ascetyka była dziedziną, która starała się opracować konkretne metody walki z pychą, zazdrością, nieczystością, kłamstwem, rozproszeniami oraz własnymi wadami. Dzięki niej człowiek mógł się stawać kimś więcej.

Chrześcijanie już w pierwszych wiekach zauważyli bowiem, że pewna surowość bardzo służy człowiekowi. Mniej rzeczy dekoncentruje, a w sercu pojawia się więcej swobody. Kiedy człowiek zaczyna obrastać w niezdrowy nadmiar, traci lekkość i pokój serca. Proste praktyki są więc narzędziem, które mają przywracać człowiekowi wolność.

Historia zakonów bezlitośnie pokazuje, że nadmiar dóbr materialnych sprawiał, że księża i zakonnicy tracili zapał do głoszenia. Dostatek usypia serce. Jeden z mnichów chrześcijańskiego wschodu powiedział:

Przyczyną ociężałości, zmęczenia i braku chęci do działania nie jest brak, ale nadmiar. Natłok obowiązków, przedmiotów, zobowiązań, zadań do wykonania, wszystkiego, co wyczerpuje nasze siły, pozbawiając nas energii. Prowadzenie prostego, surowego i wstrzemięźliwego życia sprzyja duchowej i psychicznej higienie. Umiarkowane jedzenie, a przy tym niczego nadmiernie pobudzającego. Czysta woda, proste i estetyczne ubranie, twarde łóżko, sen w miarę i wczesne wstawanie. Potrzebna jest także kąpiel albo obmycie się zimną wodą, regularne spacery na świeżym powietrzu i praca fizyczna – cała ta elementarna higiena życia pomaga walczyć z nieuporządkowanymi pobudzeniami, sztucznymi potrzebami, ale też znacznie łagodzi ich ostrość i siłę.

Konsumpcyjna kultura wmawia nam tymczasem, że to właśnie przesyt jest fantastyczny, a każdy „brak” należy czym prędzej zapełnić. Ludzie jednak intuicyjnie wyczuwają, że nie tędy droga. Być może dlatego tak wielką popularnością cieszą się idee związane z wolnym życiem, dobrowolną prostotą czy minimalizmem? W mojej opinii wynikają one z głodu za mądrze przeżywaną ascezą.

***

„Doświadcz wszystkiego” – czytam na billboardzie reklamującym kolorowy miesięcznik z lakierowaną okładką. Wiadomo, przeżyć wszystko, najszybciej, najwięcej… Wciąż ktoś nam wmawia, że nawet jeśli czujemy się znakomicie, możemy i powinniśmy czuć się jeszcze lepiej. Tak w nieskończoność. Na dodatek potrzeby są sztucznie generowane, niczym w anegdocie o tym, jak to ksiądz spytał dziecko podczas spowiedzi: „Czy wyciągałeś nożem pieniądze ze świnki skarbonki?”; „Nie, ale to świetny pomysł” – odpowiedział chłopak.

Dzisiaj najbardziej przydatną umiejętnością jest nie prag- nąć wiele. Dzięki temu człowiek zachowuje wolność i może pozostać sobą.

Brak ascezy sprawia, że człowiek traci siebie samego, stając się niewolnikiem rzeczy lub pragnień, które na dodatek nie są jego. Jednak ascezą może być także rezygnacja z chorych ambicji, nadmiaru informacji, które później trzeba przerobić, z przymusu kompulsywnego zbierania cudownych wrażeń, z presji: „jak najwięcej doświadczyć, zaliczyć”.

Nadmiar spraw, obrazów i rzeczy zawsze jednak zwraca się przeciwko człowiekowi. Doświadczenia zaczynają być wyłącznie bezrefleksyjnie zaliczane. W konsekwencji niczego nie przeżywa się dobrze, wszystko jest rozproszone i na powierzchni.

Niektórzy nadmiar i płytkość niepotrzebnych słów nazywają paplaniną. Ona jest dowodem na to, że mam w sobie pustkę i chcę ją zagadać: słowami, jedzeniem, chwilowymi przyjemnościami, bodźcami. Chrześcijańscy mnisi mówili jasno: jeśli człowiek tego braku, który w sobie odkrywa, nie wypełni Bogiem, będzie szukał bóstw. A te zamiast dać mu spokój, wpędzą jego duszę w jeszcze większy zamęt. Ta przejmująca pustka, której niektórzy doświadczają mocniej niż inni, przypomina o tęsknocie, o tym, że nasz dom znajduje się zupełnie gdzie indziej. Nie da się jej zasypać.

Obżeranie się informacyjnym fast foodem, poświęcenie nadmiernej ilości czasu bezużytecznym rzeczom, które miałyby nas zapełnić, wyjaławia i odbiera wewnętrzny pokój. Po jakimś czasie człowiek nie ma już siły na nic, niepostrzeżenie wchodzi w rzeczywistość, którą rządzi demon lenistwa, a on, jak ostrzegał Ewagriusz z Pontu, jest wrogiem bardzo niebezpiecznym, ponieważ subtelnie i delikatnie rozkłada naszą wolę, przynosi zniechęcenie, niezdolność do koncentracji i przygnębienie. W konsekwencji człowiek nie ma w sobie już nie tylko chęci do działania, ale i nawet do życia.

***

Księga Jozuego opisuje historię podboju Izraela przez Filistynów. Cierpiący Jozue przyszedł wówczas do Pana i płacząc, pytał Boga, dlaczego Ten pozwolił wydać ich w ręce wrogów. W odpowiedzi usłyszał bezpośrednią zachętę do „uproszczenia swojego życia”, miał bowiem odrzucić od siebie przedmioty obłożone klątwą, czyli takie, które przynosiły im zniewolenie. Dopiero wówczas wrogowie zostali wydani w ręce Izraelitów.

Chrześcijanie nie traktują dóbr doczesnych jako czegoś złego, ale korzystają z nich, aby dojść do dóbr wiecznych. Są jak żeglarze, którzy podczas burzy wyrzucają zbędne rzeczy, aby okręt miotany przez fale nie zatonął. Rzeczy same w sobie nie są złe, ale może przyjść taki moment, że należy z nich zrezygnować, ponieważ zamiast wolności wewnętrznie wyjaławiają i zaczynają zniewalać.

***

Austriacki psychiatra Victor Frankl, wspominając graniczne doświadczenie obozu koncentracyjnego w Auschwitz, zapisał, że nawet ktoś, komu wszystko na tym świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby przez krótką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał.

Żeby kontemplować i nauczać, trzeba niekiedy wycofać się z wielu innych działań, niekoniecznie złych, ale pozbawiających nas tego, co najważniejsze. Jezus wycofał się na górę, by się modlić, na krótki czas przed tym, jak apostołowie wsiedli do łodzi i wypłynęli na morze, i chwilę po tym, jak zauważył, że ludzie chcą Go obwołać królem. Jezus ma świadomość, że szukanie szczęścia w rzeczach albo ludziach, czyli we wszystkim tym, co nie jest Bogiem, to skazywanie duszy na przeraźliwy smutek.

Niektórzy pokładają nadzieję nie w Bogu, a w marnościach – pisał św. Tomasz z Akwinu. A czymże są owe marności? – zastanawiał się dominikański doktor Kościoła. To dobra doczes- ne, bogactwa, honor, ludzka opinia i temu podobne. W istocie wszystko jest marnością, życie każdego człowieka. Posiadanie tych rzeczy nie jest ani dobre, ani złe: nie powinny jednak wywoływać zawrotów głowy.

Kiedy bogaty młodzieniec przychodzi do Jezusa, słyszy, że powinien zrezygnować ze swoich dóbr. Nie chodzi o to, że były one złe, ale o to, że nadmierna troska o nie zniewalała, zabijała w nim ducha. I kiedy słyszy, że aby zyskać szczęście, powinien je zostawić, niestety już nie potrafi. Odchodzi pełen smutku. Ojciec Joachim Badeni, komentując tę historię, podsumował krótko: „Przyszedł młodzieniec, powraca starzec”. Dlatego pierwsi dominikanie uważali się za szczęśliwych, gdy brakowało im rzeczy koniecznych. A kiedy nie mieli już trudności i we wszystko pod dostatkiem byli zaopatrzeni, bracia się obawiali, że Pan od nich odejdzie. Jeżeli troska o życie zewnętrzne pochłania bowiem tyle czasu i sił, że cierpi z tego powodu życie duchowe, jest to niewątpliwie znak pewnych niedomagań wśród społeczności zakonnej.

***

Zaprzyjaźniony ksiądz powiedział kiedyś: „Zabierz ten talerz pełen słodyczy, ponieważ wobec czekolady tracę swoją wolność”.

Kiedy człowiek zauważa, że traci wolność w obliczu najróżniejszych rzeczy, to znak, że w jego życiu brakuje ascezy. Święty Pojmen powtarzał braciom, że gdyby dusza nie szukała rozkoszy w obżarstwie, nie upadłaby w walce z nieprzyjacielem. Żołądek jest bowiem bramą do duszy.

Obżarstwo było wymieniane jako pierwsza spośród śmiertelnych myśli, która pomogła doprowadzić Adama do upadku. Z tego powodu wezwania do kontrolowania własnego żołądka są bardzo rozpowszechnione w chrześcijańskiej literaturze ascetycznej. Według interpretacji Pojmena, jeśli duszy nie udaje się zachować czujności w kwestii brzucha, wówczas człowiek staje się bezbronny wobec ataku mierzącego w ludzkiego ducha. Ataki demonów sprawiają, że ta świątynia Boga w człowieku odwraca się od swojej naturalnej aktywności, którą jest kontemplacja Boga. Praktyki ascetyczne są więc ruchem w tył, aby uzyskać siły, ruszając do przodu.

Już pierwsi chrześcijanie byli przekonani, że istnieje jakaś silna zależność między duszą i ciałem. Gdy ciało otrzymuje zbyt dużo jedzenia, także i duch staje się ociężały i otępiały. Nadmiar jedzenia zmniejsza duchową czujność człowieka. Natomiast zdrowie fizyczne i duchowe stanowią jedność. Stary Testament traktuje ciało i ducha jako jedno – dopiero filozofia grecka rozdzieliła te dwie sfery. Święty Atanazy stwierdza:

Zauważ, co czyni post! Leczy on choroby, wysusza nadmierne soki w organizmie, przepędza złe duchy, nadaje duchowi większą przejrzystość, oczyszcza serce, leczy ciało i wiedzie w końcu człowieka przed tron Boży. Post jest ogromną siłą i niesie ze sobą przeogromne skutki.

Dzięki ascezie, praktykom postnym (chodzi tu nie tylko o pokarm, ale też otaczające nas obrazy, bodźce, informacje) człowiek odkrywa sam w sobie, czy potrafi korzystać z tego świata i czy nie zniewalają go rzeczy. Aż wreszcie dochodzi do najważniejszego: czy ten świat potrafi ofiarować Panu Bogu?

***

Im dłużej jestem księdzem, tym częściej się przekonuję, że dla wielu osób prawdziwą ascezą jest zgoda na swoje własne życie. Z krzyżem jest tak, że nie trzeba go szukać, a nie daj Boże komuś go dodawać, wystarczy się zgodzić na to, czego zmienić w tym momencie nie potrafię, i podziękować za to (skoro Bóg zezwolił, widocznie ma być z tego duchowa korzyść). Dla wielu osób będzie to wystarczające umartwienie.

Ziarno musi obumrzeć, inaczej zostanie samo – mówi Jezus. Jeżeli więc nie obumrę, pozostanę zapatrzony w siebie. Egoizm to patrzenie na doczesność bez uwzględniania rozwoju, koncentracja wyłącznie na tym, aby mi było dobrze. Ewangelia nie jest jednak przepisem na wygodne życie. Wręcz przeciwnie: jest ona receptą na życie pełne samoograniczeń i samopoświęceń. Ale paradoksalnie dopiero właśnie taka droga daje człowiekowi poczucie spełnienia.

Umieramy przecież każdego dnia. W przeróżny sposób. Umieram, kiedy widzę swoją znikomość, omylność, kiedy oddaję swoje siły, kiedy mam oddać swój czas drugiemu człowiekowi, samemu mając wrażenie, że mam go w deficycie. Umieram, kiedy przychodzi mi pocieszać innych, samemu tej pociechy nie doświadczając. Umieram, kiedy ktoś nie liczy się z moimi możliwościami, gdy chciałbym być sam, a niespodziewanie ktoś prosi o pilne spotkanie. Umieram, kiedy Bóg dopuszcza na mnie upokorzenia, kiedy czuję się niesprawiedliwie osądzony lub kiedy jakieś zadanie przekracza moje siły i nie mam możliwości się wycofać. Umieram, kiedy namacalnie doświadczam, że moje słowa i umiejętności są niewystarczające w obliczu cudzego cierpienia, kiedy mimo najlepszych chęci nie potrafię pomóc. Umieraniem jest poranne wstawanie o piątej rano, aby móc poczytać Pismo Święte i zająć się sprawami, na które w ciągu dnia brakuje czasu. I chociaż doświadczam wielkich owoców tego wszystkiego, to bywają dni, kiedy budzik muszę przestawiać po kilka razy. Takie sprawy należy znosić cierpliwie, dopóki Bóg nie zrządzi inaczej.

Za każdym razem przekraczam wówczas siebie samego.

Wiele spraw może być ofiarą składaną Bogu, a najcenniejsze dary są z tego, co nam najbardziej ciąży. W tym umieraniu zawarta jest bowiem największa wartość, która kształtuje najmocniej. To jeden z tych ewangelicznych paradoksów. Gdy opuszczamy własny komfort, niespodziewanie przychodzi spełnienie. Choć pewnie trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie doświadczył, czym jest życie nadprzyrodzone w Chrystusie.

***

Czasami jednak demony atakują mocniej niż zazwyczaj. Kiedy dopada egoistyczna miłość własna, pragnienie uzyskania widocznej pozycji, zamartwianie się sobą, kontemplowanie własnych potrzeb, rozdrapywanie ran, narzekanie, przesadne podkreślanie swej wyjątkowości, chęć podobania się ludziom, roszczenia zamiast służby, jedyne, co przynosi wówczas pociechę, to wcale nie człowiek, ale stara mnisza praktyka, polegająca na systematycznym i wytrwałym powtarzaniu modlitwy: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu”, „Panie Jezu, zmiłuj się nade mną grzesznikiem” albo po prostu: „Jezu, ufam Tobie, a nie sobie”. Zawsze pomaga. Bo asceza, jeśli ma owocować, musi być powiązana z modlitwą. Bo to Bóg ma działać, nie ja.

Gdy jest nadmiar, znika tęsknota
Krzysztof Pałys OP

urodzony w 1979 r. – dominikanin, rekolekcjonista, magister nowicjatu, prowadzi blog Światła Miasta, mieszka w Warszawie. Nakłade...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze