Ból
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Pierwszy gra flet (dolcissimo), zaraz po nim klarnet. Obaj nieutuleni, frasobliwi; rozpięci między życiem (wznoszenie) i śmiercią (opadanie); eufonią i dysharmonią, światłem i mrokiem. Dalej obój, a po nim skrzypce. Wzruszenie sięga granic wytrzymałości. Jest cicho, ciągle cicho, coraz ciszej. Wreszcie słychać kobiecy sopran. Jakby niezauważenie. Skromnie. Czysto. „Stabat mater dolorosa / Juxta crucem lacrimosa…”. Albo

Stała Matka bolejąca, Koło krzyża łzy lejąca, Gdy na krzyżu wisiał Syn.

Przekład Józefa Jankowskiego wydał się Karolowi Szymanowskiemu „przepiękny” – przede wszystkim dzięki „niezwykle prymitywnej, ludowej niemal prostocie i naiwności”. „W polskiej swej szacie – mówił kompozytor w wywiadzie dla czasopisma »Muzyka« w 1926 roku – odwieczny, naiwny hymn nabrał dla mnie swoistego wyrazu bezpośredniości, stał się czymś »malowanym« dobrze mi znanymi, zrozumiałymi barwami w przeciwieństwie do »rysowanego« archaicznego oryginału”.

Ale w partyturze dzieła znajdziemy zarówno polski, jak i łaciński tekst – możliwe bowiem są wykonania w obu językach. Słucham właśnie nagrania Sir Simona Rattle’a z Elżbietą Szmytką (sopran), Florence Quivar (alt) i Johnem Connellem (baryton) oraz orkiestrą i chórem City of Birmingham. Nagrania w języku polskim…

W pierwszych recenzjach krytycy pisali o „głębokiej, namiętnie bolesnej ekspresji”. „Wczoraj – pisał Szymanowski do Zofii Kochańskiej – wysłuchałem mego Stabat Mater przez radio (sopran śpiewała Stasia). Chwała Bogu, że byłem sam, bo spłakałem się… Przed oczami stanęły mi tamte przeraźliwie smutne chwile. Przypomniałem sobie telefon ze szkoły, zawiadamiający o »nieszczęśliwym wypadku«, mój paniczny lęk, kiedy tam biegłem, i wreszcie widok Alusi. Leżało, biedactwo, uśmiechnięte, prześliczne, tylko lekkie draśnięcie na skroni świadczyło o uderzeniu. W czasie zabawy w ogrodzie obsunął się kamienny posąg i trącił małą. Potem było najgorsze, kiedy musiałem dać znać Stasi – matce i kiedy czekałem jej przyjazdu na dworcu. Przez wiele tygodni byłem tak wstrząśnięty tym ciosem, że nie mogłem komponować. A potem – potem napisałem właśnie Stabat Mater”.

Stasia to siostra kompozytora, Stanisława Szymanowska… Ale wiemy też, że Stabat Mater powstawało na zamówienie warszawskiego melomana, Bronisława Krystalla, „pamięci Izabeli Krystallowej”, jego żony; pomiędzy styczniem a marcem 1926 roku (prawykonanie odbyło się w styczniu 1929 roku w Warszawie, dyrygował Grzegorz Fitelberg; Szymanowski przebywał wówczas na leczeniu w Davos). Teresa Chylińska (Szymanowski i jego muzyka, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1971) pisze jeszcze o tajemniczej i natchnionej wizycie w klasztorze kartuzów, gdzie w ołtarzu starego kościoła był obraz Madonny. „Szymanowski długo stał zapatrzony i zadumany… Stabat Mater jest hołdem złożonym wzruszeniu… najgłębszemu ludzkiemu wzruszeniu, które wyrasta z pokornego zadumania nad tajemnicą świata”.

Dwadzieścia strof średniowiecznej sekwencji Szymanowski podzielił na sześć części, budując całość według kontrastujących emocji i nastrojów (i brzmień). Części pierwsza i trzecia są kontemplacyjne, liryczne, „kobiece” (żeńskie głosy solowe i chóralne); o ekspresji wyciszonej, wewnętrznej. Druga i piąta (z udziałem barytonu solo oraz pełnego składu orkiestry i chóru) są energiczne, surowe, zagęszczone, chwilami wręcz brutalne. Czwarta partia to modlitwa rozpisana tylko na głosy (solowe i chóralne); archaizująca, anielsko–ludzka, z cudownie wznoszącą się, jaśniejącą harmonią. Wreszcie ostatnia, szósta część: genialne dopełnienie wszystkich myśli i głosów (także instrumentalnych) łączących się w kulminującym – choć wyciszonym (introwertycznym?) – tutti na słowach „glorię zgotuj, niebo, raj”. Bo co jest innego po śmierci…?

Przypomina się III Symfonia pieśni żałosnych (1976) Henryka Mikołaja Góreckiego – równie piękna „muzyczna rzecz o bólu” w trzech obrazach: matki patrzącej na śmierć syna (do słów Lamentu świętokrzyskiego); córki wyczekującej matczynego pocieszenia (tekst zaczerpnięty z więziennego napisu w gestapowskiej katowni w Zakopanem wydrapanego przez 18–letnią Wandę Błażusiakową: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario, Łaski Pełna”); matki szukającej straconego syna (słowa i melodia opolskiej pieśni Kajze mi się podzioł mój synocek miły).

Zatrzymana, stężona emocja Symfonii Góreckiego stoi bardzo blisko pierwotnej ekspresji „chłopskiego requiem” Szymanowskiego. Oba matczyne lamenty nie pozostawią nikogo obojętnym. Łapią za uszy, za oczy, za gardło. Nie ma już słów, żeby wyrazić, co czuje serce (i dusza), słuchając tej muzyki. Muzyki, która przez skromność i czystość dociera do najgłębszej prawdy. O śmierci i życiu. O Bogu i miłości. O nicości i zmartwychwstaniu. I o bólu (bólu kobiety, matki!), który jak wielka mgła utrudnia widzenie i słyszenie. I zabiera ze sobą. Daleko.

U Góreckiego zaczynają kontrabasy. Miarowo, głucho, ciemno. Potem wiolonczele i altówki. Wreszcie kanon ogarnia wszystkie instrumenty. Zagarnia. Mroczna myśl kontrabasów, którą Górecki złożył z dwóch pieśniowych cytatów (wielkopostnej Oto Jezus umiera oraz znalezionej w zbiorze ks. Skierkowskiego Niechaj będzie pochwalony), przechodząc przez wszystkie głosy, dziwnie jaśnieje.

Sopran zaczyna bez pośpiechu, intensywnie. „Synku, synku, synku miły i wybrany. Rozdziel z matką swoją rany…”. Stojąca harmonia narasta z siłą lawiny. Jest wszechogarniająca. Jakby łączyła się wprost z ziemią, niebem, z kosmosem. Słucham właśnie nagrania Stefanii Woytowicz (dyryguje Jerzy Katlewicz). Tej emocji, z którą polska śpiewaczka atakuje każde słowo, podkreślając jego barwę, znaczenie, moc, nie wolno zapomnieć.

Przypomina się jeszcze Ad Matrem (1972) – pierwszy sakralny utwór Góreckiego, dedykowany pamięci jego matki, którego krótki tekst został wyjęty ze średniowiecznej sekwencji. „Mater mea, lacrimosa dolorosa”. Nie trzeba nic więcej, reszta jest muzyką. Niekończącą się melodią zanurzoną w prawdzie modlitewnego zamyślenia.

Jak w drugiej części Symfonii Góreckiego. „Mamo, mamo, mamo, nie płacz…”. Sopran Woytowicz zaczyna nisko, de profundis, by na jednym oddechu przejść w górę, tam, gdzie „niebios przeczysta Królowa”… Jak w trzeciej części. Kołysząca harmonia i rytm chcą uspokoić, utulić. By zasnąć. By tańczyć (jaki piękny walczyk!), nawet jeśli to danse macabre

Jak w Stabat Mater Szymanowskiego. Jeśli nie wzruszy nas i nie zadziwi prośba czwartej części („Spraw, niech płaczę z Tobą razem…”) albo otwarcie ostatniej (klarnety i sopran, i słowa „Chrystus niech mi będzie grodem…”), to nic nas nie wzruszy. To nas nie ma.

„W muzyce znajduję siłę, słabość i ból, trzy żywioły. / Czwarty nie ma imienia” – pisze Adam Zagajewski w wierszu Autoportret (Mistyka dla początkujących, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005). Kiedy umiera człowiek, pozostaje ból, który, być może, tylko muzyka może unieść. Do nieba.

Ból
Tomasz Cyz

urodzony w 1977 r. w Tarnowie) – polski publicysta literacki i muzyczny, eseista, współpracownik „Zeszytów Literackich” i „Didaskaliów”. Był dramaturgiem Teatru Wielkiego Opery Narodowej za kadencji Mariusza Trelińskiego....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze