Tak właśnie

Tak właśnie

Szanowny Lwie,

ze smutkiem myślę – że tak właśnie jest dobrze. Tak właśnie. Abym, kiedy nikogo nie ma w pobliżu, biegł ukradkiem do biblioteki na piętrze i sprawdzał w słowniku nieznane mi słowo, i dziwił się, że znaczy ono tylko tyle. Lub mówił, że wiem, kiedy nie wiem, i był wdzięczny rozmówcy, że do głowy mu nie przyjdzie sprawdzić mojej „ogólnej” – jak tu mówią – wiedzy składającej się z przykrojonych na potrzeby niezbyt długiej rozmowy cytatów zaczerpniętych z autorów starożytnych, klasyków z XVII wieku, klasyków sprzed rewolucji 1789 roku, przysłów miejscowych, garści nazwisk, które posiadając haczyki koligacji, funkcji, urzędów, dostojeństw, czynów bitewnych i laboratoryjnych odkryć – łączą się ze sobą niczym atomy Demokryta, tworząc materię prawdziwie gęstą, zawiesistą niczym biały sos na zasmażce, którym z łatwością można podlać najbardziej postną i banalną wypowiedź, błahe wtrącenie, grzeczną korekcję, monolog dotyczący zagubionych kaloszy, troskliwą poradę w związku z chorobą ulubionego psa, pośpieszne kondolencje na tle powoli zamykających się brązowych drzwi mauzoleum, życzenia dla młodej pary stojącej pod chórem katedry, z którego sypią się garściami małe pieniążki i opada białym deszczem rzucany z rozmachem ryż.

Z melancholią myślę – że tak właśnie jest dobrze. Abym, na dodatek, dziwił się ludziom, którzy stają na mojej drodze, zagarniając mój czas, mnie samego biorąc w posiadanie, zalewając potokiem słów, które układają się zawsze w monolog łagodnie obłąkanych, którzy ciągną mnie do miejsc, których mógłbym nie widzieć i żyć dalej, przekonując i udowadniając, że tak właśnie trzeba, czyniąc zwierzenia i uzurpując sobie prawo do pokrzykiwania na mnie i nagradzania mnie mglistymi obietnicami, w które ja oczywiście święcie wierzę i które odkładam w zakamarki duszy opatrzone napisem „czekanie”, i przez co wcale nie staję się mniej samotny. Melancholia ta bierze się z całkiem dla mnie nieprostego faktu, że spotkania te nie mają nigdy puent – włożony w nie wysiłek, asceza zapewne zrodzona z mojego tchórzostwa, polegająca na powściąganiu wzbierającego we mnie gniewu i niecierpliwości, śmiechu i kpiny, na którą mnie stać – nigdy nie zwraca się w postaci konkretnego owocu, jakim jest chociażby otwarcie się na drugiego człowieka i powiedzenie mu jasno, czego od niego oczekuję i czego może się po mnie spodziewać. Odnoszę wrażenie, Szanowny Lwie, że wszystko w tych spotkaniach okrywa chmura nieokreśloności, wszystko jest tu wahliwe jak pokład okrętu kapitana Kleppa, rozproszone jak białe kartki, na których Msabu pisze swoją powieść, rozbite jak jej dawno już odżałowany kryształowy kieliszek, rozdarte i rozwłóczone we wszystkich kierunkach, jak jej letnia sukienka w alpejskie maki zniszczona kiedyś przez jej ulubionego a bezkarnego charta Duska.

Tak właśnie jest dobrze. Gdyby było inaczej, czułbym się jeszcze gorzej – jak ktoś podszywający się pod cudze a dobre nazwisko, jak ktoś fotografujący się na tle nie swojego obrazu, podpisujący nie swoją książkę. Bo jeśli życie swoje uważam za urwane już na wstępie, podtrzymywane tylko spadającymi z cudzych stołów okruchami – czyż nie byłoby nieprzyzwoitością być nagle zaszeregowanym wedle nobliwych kategorii właśnie do stanu, któremu się zazdrości? Jeśli więc jest we mnie udanie, zręczność prawdziwie małpia, podszyta strachem skwapliwość i grzeczność, która nie jest niczym innym jak zdolnością przezornego reagowania zawsze o te pół minuty później – to nie abym chciał osiągnąć zbyt wysoki dla mnie cel, ale abym mógł po prostu zachować życie w tej rwącej rzece zdarzeń i spotkań. Choć byłoby kłamstwem, Szanowny Lwie, zaprzeczać, że nie mam marzeń.

Wyspa starców

Kiedy leżałem rankiem pod grubym, filcowym kocem oznakowanym czerwoną pieczątką szkoły wojskowej Saint Cyr, który ojcowie zakupili zapewne z żołnierskich rezerw po niskiej cenie, zawładnął mną jeden z tych silnych obrazów, które zastępują u mnie logiczne myślenie – że oto piszę grubą książkę, tak, widziałem nawet jej tytuł w blasku wschodzącego nad Paryżem słońca. Pisanina ta prezentowała się moim oczom pod dziwnym tytułem: Wyspa starców. I już od początku podejrzewałem siebie, że tytuł ten jest przypochlebczy i wyraża skrycie moją tęsknotę za Msabu, która – jak wiesz – starców z naszej wioski nie znosiła. Z rozmachem opisywałem w niej ich łakomstwo, ich nienasycone pożądanie kobiet i fałsz, kiedy udawali głuchych, ich wścibskość i bezkarność. Drapieżne, nakrapiane wątrobowymi plamkami ręce, którymi dotykali obleśnie chleb, macali każde z osobna gotowane na twardo jajko i walczyli o lepsze kąski przy wspólnym garnku. Zgromadzeni na wyspie przez rząd młodego państwa mieli odciążyć jego wydatki, wymrzeć powoli i z dala od jasnych i szerokich ulic, powszechnego szczęścia i śmiechu rodzących się właśnie dzieci. Nie mieli zębów, więc ich brody dotykały nosów, nie mieli włosów, więc ich głowy przypominały głowy olbrzymich noworodków. Wyspa była piekłem, bo nikt tu nie miał z nikim nic wspólnego oprócz wzajemnie do siebie żywionej nienawiści, która w końcu doprowadziła do powstania na wyspie dwóch grup starców – „młodszych” i „starszych”, zwalczających się zaciekle, oskarżających się o najgorsze występki i wykpiwających u drugich wszystko, co tylko było do wykpienia. Ale ponieważ było to piekło, w gruncie rzeczy każdy walczył z każdym, choć rzeczywiście walczył tylko z samym sobą, bo ci inni byli tylko lustrem, w którym oglądał swoje najbardziej znienawidzone cechy. Zjadani przez nienawiść zdołali jednak zorganizować sobie życie na wyspie, wybrać rząd, otworzyć szpital, stworzyli nawet policję i wojsko, mieli nawet swoje kabarety, kaplice, muzea z dawno nieużywanymi rzeczami, hodowali świnie i kozy, składali sobie wizyty. I pewnego dnia postanowili powrócić z wygnania uzbrojeni w prymitywne łuki i zatrute strzały. Kiedy tak roiłem sobie, leżąc wygodnie pod ciężkim kocem z czerwoną pieczątką i wymyślając coraz to okropniejsze obrazy przepraw i walk pod coraz mocniej świecącym słońcem, usłyszałem dzwon wzywających domowników na poranne modlitwy.

Sufit, a także wysokie ściany kaplicy mieszczącej się na drugim piętrze kamienicy były wymalowane na ostry niebieski kolor z powtarzającym się gęsto motywem złotej lilii, z oparć klęczników wyściełanych niegdyś fioletowym aksamitem wyłaziły kępki końskiego włosia, a wąskie półki pod oparciami zapchane były różnego formatu książkami służącymi ojcom do porannych rozmyślań. Ledwie przebrzmiały ostatnie słowa psalmu Deus, Deus meus ad te de luce vigilo czyli quia obstructum est os loquentium iniqua, znakami na migi dano mi znać, że mam iść za przełożonym wspólnoty ojcem Fumet. Szepnąłem wprawdzie do ucha ojcu Topinamboursowi, że muszę koniecznie i bez zwłoki udać się do ustępu, ale zapewne nie dosłyszał, choć „koniecznie i bez zwłoki” usłyszeli wszyscy, i dobrą chwilę musiałem poświęcić na odnalezienie właściwych drzwi, przez co znów kazałem na siebie czekać ojcu Fumet i to zapewne było powodem jego kwaśnego humoru, gdy przekroczyłem nieśmiało próg jego gabinetu.

Ojciec Fumet

Właśnie przykładał swoje szerokie usta do mosiężnego lejka, którym kończyła się przebijająca wysoki sufit połyskująca złoto rura – bardzo zresztą podobna do tej z kapitańskiego mostku Kleppa. Ojciec Fumet jednak cofnął głowę i przełykał z trudem nagromadzoną ślinę, potem wypychał sobie policzki językiem – to jeden, to drugi, brał głęboki oddech i nawet zamachał do mnie ręką, żebym, broń Boże, nie odzywał się nieproszony i nie przeszkadzał. Znów przytknął usta do mosiężnego lejka, lecz jak niezadowolony z instrumentu trębacz cofnął je i krytycznie przyglądał się ustnikowi. Nagle w rurze zagulgotał czyjś głos, który wyraźnie podziałał mobilizująco na ojca Fumet, bo nie tylko bez wahania zamknął w swojej szerokiej dłoni bulgocący ustnik, lecz wskazującym palcem drugiej ręki z dużą siłą dziobał rytmicznie złotą rurę, najwyraźniej pragnąc zmusić ją do milczenia, co zresztą mu się w końcu udało. Teraz on był przy głosie i był to głos kategoryczny i ojcowski.

– Nie mam zamiaru nikogo tu więzić, lecz nie dopuszczę… – wygłaszając ten fragment zdania ojciec Fumet, oparł się mocniej o kant swego biurka. – Nie dopuszczę – sapał – aby ewangelia była poniewierana przez młodzieńcze fochy, nasza misja ośmieszana, raniony Kościół!

– Ależ to ojciec wielebny wybrał taką formę kontaktu! – Złota rura znów zabulgotała.

– Tak, to ojciec nie chce pofatygować się do mojego gabinetu! Nie dopuszczę! Być może stosujemy starodawne metody ojca Junipero, lecz proszę nie zapominać, że wolę Junipero od pere La Valette, który handlując z Marsylią artykułami kolonialnymi, zostawił Towarzystwu Jezusowemu, bagatela, 2.400.000 livrów długu, oczywiście, mogę powtórzyć tę sumę, proszę bardzo! Dwa miliony… Jeszcze nie skończyłem!

Ostrożnie przenosiłem wzrok z półek pełnych oprawnych w czerwoną skórę tomów na starą mapę świata sporządzoną, jak głosił ozdobny napis, przez biskupa Delacroix i pana Bahry, którzy znowu – jak przeczytałem u jej dolnego krańca – obficie korzystali z raportu Borgii, nanosząc na nią wszystkie istniejące w roku 1765 stacje misyjne. Kiedy ukradkiem znów zerknąłem na potężne biurko, okazało się, że stojąca na nim srebrna figura Joanny d’Arc dosiadająca tłustego konia z rozpuszczoną grzywą słodko przygląda się mapie, a i sam koń zezuje prawym okiem na miejsce, gdzie jeszcze niedawno mieszkałem. Tu, na mapie zawieszonej w pokoju ojca Fumet, była to tylko wielka biała plama. Kłótnia wyraźnie zmierzała ku końcowi, gdyż obie strony były coraz bardziej zmęczone szukaniem argumentów i wykrzykiwaniem ich w złote ustniki. Wreszcie ojciec Fumet jak rasowy kaznodzieja pragnący rozpuścić zgromadzony tłum do domu rozłożył i złożył ręce, i zawołał, prostując się:

– No to niech ojciec się ożeni! – I zaraz potem, załamując ręce: – No, przecież czegoś takiego nie miałem prawa powiedzieć, nie, ja tego nie powiedziałem, nie, nie mogłem powiedzieć! Prawda, że nie powiedziałem?! – zwrócił błagalne spojrzenie na mnie, szukając potwierdzenia, lecz zaraz się opanował i, przeczesawszy palcami swoje rzadkie włosy i zamknąwszy ustnik potężnym korkiem oprawnym w przydymione srebro, kazał mi zająć miejsce naprzeciwko siebie. Odkryłem wtedy, że tuż za świętą Joanną na stercie papierów leżało szklane jabłko z zielonym ogonkiem i liściem, ciut dalej nóż do listów z pożółkłej kości słoniowej zakończony główką Murzyna, który nie wiadomo dlaczego wywieszał na cofniętą brodę długi język. Ciężki kałamarz z mlecznego szkła wypełniony był po brzegi czerwonym atramentem, a alabastrowy wyżeł wyciągnięty wygodnie na podstawce z zielonego marmuru z pyskiem na łapach pilnował, by nikt inny z wyjątkiem ojca Fumet nie ważył się umoczyć w tym szlachetnym szkarłacie szerokich stalówek ciasno osadzonych w rzeźbionych obsadkach. Pożądałem tych pięknych przedmiotów po dziecięcemu, jak tylko może człowiek urodzony w Afryce, lecz było w tym pożądaniu coś o wiele bardziej niepokojącego. Pragnąłem je wyżebrać, zabrać lub w najgorszym wypadku ukraść, lecz ocalił mnie stonowany już i zimny głos ojca Fumet.

Ogólne uwagi natury filozoficzno–moralnej

– Doszły nas głosy… hm… doniesiono nam z konwentu św. Urszuli, że ledwie tu przyjechałeś, a już ciągniesz do tych wysoce podejrzanych kręgów tej, pożal się Boże, bohemy – ojciec Fumet położył swoje szerokie dłonie na biurku i szeroko rozstawił palce, jakby w tak zaimprowizowane sieci chciał złowić wszystkich paryskich darmozjadów; bębnił nimi dłuższą chwilę, bacznie lustrując mnie swoimi jasnoniebieskimi oczami. Tylko dlatego patrzyłem w te oczy z odwagą, Szanowny Lwie, że moje myśli krążyły bez ustanku wokół tych cennych przedmiotów zgromadzonych na biurku; jeśli nie mogę ich mieć, to mógłbym je przecież opisać i w ten sposób posiąść – myślałem – lecz jak?! Dokładnie opisać, przedstawić je, jakimi są, to jednak zbyt mało, bo może ojciec Fumet widzi je całkowicie inaczej. Muszę więc nadać im sens całkowicie inny od pierwowzoru z biurka, ależ tak! Wtedy je ocalę dla mnie! Było to, Szanowny Lwie, prawdziwe odkrycie, wręcz objawienie, gdyż zaraz pomyślałem o ludziach, których napotykam na swojej drodze i których nie umiem przy sobie zatrzymać, którzy przychodzą i odchodzą, by wreszcie stać się całkowicie dla mnie obojętnymi.

– I to nas martwi – ojciec Fumet spojrzał w sufit jak sprzedawca owoców obliczający w pamięci cenę torebki czereśni, które widziałem już w paryskich halach – gdyż ludzie ci udający przed publicznością opętanych, morderców i ikonoklastów są w gruncie rzeczy całkowicie normalni i doskonale wiedzą, gdzie schowano konfitury, nie, mój drogi, nie myśl tylko, że oni łyżką wlewają sobie zupę do ucha, o, nie! Sądzę, że za tym stoją jakieś ciężkie pieniądze… Nie życzymy więc sobie…, lecz nie o tym chciałem. Wlecze się za nami sprawa przykra, sprawa nas kompromitująca, a ciebie w jakimś sensie krzywdząca. Nie mogę jej jednak dotknąć jako dobry lekarz sumień bez dwóch, tak…właśnie dwóch bardzo ogólnych uwag, no cóż, natury… hm… filozoficzno–moralnej. Widzisz chłopcze – ojciec Fumet ściszył nieznacznie głos i dyskretnym gestem upewnił się, czy korek dostatecznie ciasno tkwi w złotym ustniku – wiele wskazuje na to, że w człowieku, który wydał cię w ręce policji, tradycyjne wyobrażenia o moralności współistniały z moralnością prawdziwie morderczą – i pomyśleć, że człowiek ten zawsze dla mnie był kimś skromnym, inteligentnym i rokującym na przyszłość… a jego wewnętrzny bunt, dość zresztą mglisty, jeśli chodzi o cel – traktowałem jako… hm… pieprz… przyprawę zaostrzającą jego powołanie. Signum temporis. Signum temporis

Na chwilę zapadła cisza, w której próbowałem rozwikłać skomplikowany system zapięć i rzemieni łączących koński pysk ze zgrabną rączką Joanny d’Arc zakutą w srebrną rękawiczkę.

– Niesłychane! – ojciec Fumet odchylił się niebezpiecznie na krześle, chcąc złapać dobry dystans do omawianej i przywołanej przed jego jasnoniebieskie oczy sprawy – niesłychane! Lecz jako filozof, mój chłopcze, muszę zrozumieć, znaleźć prawdę tkwiącą jak ostroga w całej tej sprawie.

Z determinacją przeniósł wzrok na posążek św. Joanny wysoko dzierżącej sztandar ze znakami króla Francji i krótko badał jej stópki uzbrojone w gwiazdki rycerskich ostróg. Rzeczywiście, Szanowny Lwie, ojciec Fumet spędził kilka tygodni na Sorbonie, lecz naglące obowiązki przerwały jego studia, co nie przeszkadzało mu jednak wygłaszać każdego roku wielkopostnych konferencji do koła panien z dobrych domów pod równie obiecującym co ogólnym tytułem O prawdzie, sumieniu i wolności.

– Uwaga druga – ojciec Fumet próbował się zdyscyplinować, przezwyciężając swoje zdziwienie światem, który bez uzgodnienia z kimkolwiek za niego odpowiedzialnym brał właśnie ostry zakręt – broń Boże, nie mam zamiaru go usprawiedliwiać, lecz któż zaprzeczy, że życiu stale zagrożonemu zdemaskowaniem i lękiem przed zdradą towarzyszy ustawiczny pościg i ucieczka? Któż zaprzeczy, że człowiek zagrożony zostaje zmuszony do okrucieństwa? Zbrodni? Wchodzenia coraz głębiej w wody demoralizacji? – Ojciec Fumet jeszcze raz sprawdził korek w złotym ustniku – siedziałeś w więzieniu, nosiłeś sól nad jeziorem Natron, byłeś bity i głodzony, to prawda. I to za sprawą jednego z naszych współbraci, byłych współbraci, chcę podkreślić… który oskarżył cię o kradzież, gdy odmówiłeś przekazywania mu tych niewinnych w końcu informacji o pani Blixen i jej domu.

– Tak było – szepnąłem i w tym samym momencie, Szanowny Lwie, odkryłem, że alabastrowy wyżeł ojca Fumet ma utrącone ucho. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale fakt ten przyniósł mi wielką ulgę, jakby mgliste przeczucie, że być może nie ma rzeczy i osób doskonałych, których pożądamy z bólem, na które czekamy i które kochamy miłością czystą i bez granic, i która to miłość jest odpowiedzialna za wszystkie nasze późniejsze nieszczęścia wyobrażone i prawdziwe.

Obietnica miłości

– Nie zapominaj, że zostałeś uwolniony stamtąd za wstawiennictwem twojej dobrodziejki i naszych delikatnych, dyplomatycznych działań – ojciec przełożony sięgnął po pióro, ale nie zamierzał nim nic pisać, trzymał je po prostu w palcach, podobnie jak nauczyciel trzyma w ręku wskazówkę, którą wskazuje na mapie zdobyte górskie szczyty, przepłynięte jeziora i przebyte pustynie. Raz tylko zwrócił ostrze stalówki w moją stronę i dziobnął nią powietrze. – On był szpiegiem, szpiegiem niemieckim, bardzo dobrym szpiegiem, bardzo poszukiwanym. Monsieur Luc, tak, obecnie monsieur, czy jak to nazywali go z przekąsem u was – Jeden z Ewangelistów, domyślając się lub nie jego kreciej roboty, wypowiadali w ten sposób proroctwo, bo Judasz podobno też ewangelię napisał. Przeraża mnie to wszystko, chłopcze, bo choć nie podzielam apokaliptycznych gustów burżuazji, która po sutym obiedzie lubi pasjami być straszona w rozmowach przy likierze nową rewolucją, chłopskim czy robotniczym buntem, to jednak jako człowiek doświadczony lękam się wojny. A dla ludzi, którzy się jej tak bardzo i stale lękają – przychodzi ona w końcu niepostrzeżenie.

Ojciec Fumet odłożył w końcu pióro i sięgnął do szuflady.

– A oto w końcu sprawy rzeczywiście ważne i wprowadzające w ten rozchwiany świat porządek i logikę. Najpierw zgoda biskupa Paryża, abyś został ochrzczony nie przez niego, lecz przez któregoś z nas, zapewne będzie to ojciec Bernard, twój wychowawca. I… – tu ojciec Fumet wydął nieco usta, co miało oznaczać zadowolenie i pochwałę samego siebie za odważnie podjętą decyzję zakończoną wielkim sukcesem – list od twojej przyszłej matki chrzestnej, która nie tylko pofatygowała się do Paryża z odległego Pornic, nie tylko potrafiła rozstać się na tak długi czas z grobem swojego niedawno zmarłego męża, lecz czyni nam tę wielką łaskę i po uroczystościach w Kaplicy Świętego Medalika zaprasza cię do Pornic na upragnione przecież przez ciebie wakacje do swojego chateau La Mossardiere. Musisz wiedzieć, że madame Sageran jest osobą wysoce szanowaną i wnuczką dzielnego armatora nantejskiego Thomasa Lauriol, który znów… lecz może to dla ciebie będzie zbyt skomplikowane. Nie ukrywam – jest to dla nas duży honor, że będzie ci matką, z naszej zaś strony jest to forma rekompensaty za wszystkie cierpienia, których w przeszłości zaznałeś i które już się więcej nie powtórzą za naszą sprawą. No i sama La Mossardiere! Chłopcze! Dałbym wszystkie moje lata na Sorbonie za jeden dzień w Pays de Retz!

Ojciec Fumet rozweselił się w końcu, przebaczając sobie nawet tę w pośpiechu popełnioną nieścisłość dotyczącą czasu spędzonego na Sorbonie, i zrzucił na chwilę ciężar swojej funkcji, był znowu prowansalskim chłopem, któremu chytrze udało się zrobić niezły interes z ludźmi z zamku. Podszedł do okna i z rozmachem pchnął ciężkie okiennice, które chroniły nas od słońca podczas rozmowy. Szpak, który przysiadł nieopodal, bardzo zgrabnie udawał kukułkę i turkot dorożki. Ta ptasia błazenada miała jednak w sobie coś pokrzepiającego – kiedy umilkł na chwilę hałas dorożki i szpak rozpoczął kukułcze nawoływania, zacząłem liczyć: jeden, dwa, trzy… aż do piętnastu, mnogość tę traktując jako obietnicę puenty w moich spotkaniach z ludźmi. Obietnicę miłości.

Twój Karomenya

Tak właśnie
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...