Potwór bezdzietności
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Wyczyść

Nic bardziej nie poraża niż bezradność. Stąpanie po świecie, który razi niedoskonałością, z równoczesnym przekonaniem, że nic się nie da zrobić. A przecież naturą życia jest ruch; naturą myślenia – zmiana; naturą człowieka – działanie. Dostałem od redakcji „W drodze” niepowtarzalną szansę napisania cyklu artykułów o istotnych problemach cywilizacyjnych. Myślą przewodnią tekstów będzie próba zmierzenia się z bezradnością. Dziś o kryzysie demograficznym i (nie)udolnych próbach jego ograniczenia.

W sytych, bezpiecznych Niemczech z dniem 1 stycznia tego roku wprowadzono przepis o wypłacaniu rodzicom nowo narodzonego dziecka niemal 25 tysięcy euro (100 tysięcy złotych) specjalnej zapomogi. To absolutny ewenement w skali całej Europy. Kwota kolosalna, zwłaszcza z polskiej perspektywy, gdzie próbuje się zachęcić do rodzicielstwa becikowym w wysokości 1000 zł. Przepis wprawił całą Europę w osłupienie. Rozwiązanie tyleż oryginalne, co karkołomne. Można w nim dostrzegać skalę gospodarczej przepaści między Polską i Niemcami. Można widzieć gigantyczną rozrzutność państwa socjalnego albo… mądrą troskę o wzrost populacji kraju. Wszystko kwestia perspektywy. Zapewne twórcy niemieckiego budżetu sprawę dokładnie przemyśleli, niemniej przyjęte rozwiązanie wydaje się dość radykalne. Czy Niemcy mają ważny powód, by się chwytać takich metod?

Istotnie – Niemcy, jak i cała Europa, starzeją się w zastraszającym tempie. Wskaźnik tzw. dzietności (liczba dzieci przypadająca na parę) zachodniej części naszego kontynentu to 1,6, niby dużo, a mało, bo zrównoważone następstwo pokoleń zakłada minimum 2,0–2,1. Należy dodać, że na ów relatywnie wysoki wskaźnik pracują w znacznej mierze imigranci, których populacja w Europie Zachodniej rozwija się szybciej niż inne grupy. Przy utrzymaniu się aktualnych tendencji społeczność muzułmańska w Europie wzrośnie z 13% obecnie do nawet 37% w końcu trzeciej dekady stulecia. Zarazem populacja Niemiec zmaleje do połowy stulecia o niemal 10%, całej zaś Unii o około 35–40 milionów.

W Europie Zachodniej o kryzysie demograficznym mówi się bez ogródek, na trzeźwo, choć temat budzi głównie refleksję socjalną – starzejące się społeczeństwo to coraz większe obciążenia socjalne dla państwa; spadek zarobków (o 8% do 2030 roku, 13% do 2050) i progresja podatków od płac (do 50% w 2030 i 70% w 2050 roku). Skrzętni ekonomiści wyliczają, że wszystko to spowoduje pogorszenie standardu życiowego o 40% i podpowiadają, że jedyną szansą dla wymierającego kontynentu jest albo szerokie otwarcie granic, albo jakaś rewolucja w podejściu do rozrodczości. Otwarcie granic, zwłaszcza na fale emigrantów z dalekiej Azji i północnej Afryki, będzie jednak potęgować i tak już spore napięcia społeczne. Wprowadzone 1 stycznia rozwiązanie wskazuje, że niemiecki rząd zdecydował się postawić na sprawdzone (?) rozwiązanie socjalne.

Sprawdzone, ale gdzie? Nie w Niemczech i nie w Polsce, w której jakoś się nie słyszy, żeby becikowe spowodowało lawinę urodzin. Nad Wisłą ciągle na przeciętną parę przypada statystycznie 1,2 dziecka. To dramatyczny wynik, zważywszy, że w 1990 roku było to dwoje dzieci. Specjaliści od demografii prognozują, że w 2030 roku będzie nas niespełna 36 mln. W dekadzie 2010–2020 przybędą 2 miliony emerytów, a ubędzie tyle samo w populacji pracujących. Wysoki standard życia i lepsza opieka medyczna spowodowały, że w porównaniu z latami 80. nasz średni wiek wydłużył się o cztery lata, statystyczny Polak żyje 70 lat, a Polka 79. Nie potrzeba umiejętności z zakresu wyższej matematyki i zbyt wybujałej wyobraźni, by skonstatować, że populacja pracujących dramatycznie się skurczy. A z nią i narodowy potencjał twórczy.

Czy polskie, niemieckie, a za chwilę może francuskie, brytyjskie czy portugalskie becikowe mogą zaradzić złu? Nie sądzę. W becikowym, niezależnie od jego wysokości, widzę przede wszystkim przejaw bezradności współczesnego państwa wobec immobilizmu społeczeństw. Immobilizmu, którego rodowód ma z pewnością wiele przyczyn, niemniej poza wszelką dyskusją jest, że powoduje go również rozbuchana akcja socjalna państwa, które przyzwyczaja do różnych przywilejów (w tym finansowych) wynikających nie z pracy, a ze statusu. Tym statusem może być obywatelstwo, wiek, choroba czy – jak w omawianym przypadku – ciąża. Status nie wiąże się z wysiłkiem; zapomoga nie wynika z pracy. Na dłuższą metę musi demoralizować, kreuje bowiem postawy statyczne. Oto, by mieć, wystarczy być, nie trzeba pracować zawodowo. O fałszywości tej drogi najlepiej przekonuje nasz system emerytalno–rentowy. Legendarna szara strefa rozciąga się najszerzej właśnie w tym obszarze społecznym; rencista, niezależnie od wieku i faktycznego stanu zdrowia, w Polsce jest często człowiekiem pracującym.

Nie wiem, czy nowe niemieckie rozwiązanie zostawi szeroki margines do nadużyć. Nad Renem szczęśliwie prawo znaczy odrobinę więcej niż nad Wisłą, także i zasięg wzorca praworządności jest dużo szerszy, choć i tam łatwo sobie wyobrazić, że nowy przepis sprzyjał będzie tworzeniu się kasty kobiet, dla których rozrodczość będzie swoistą metodą na życie. Kobiety sfeminizowane, aktywne zawodowo, nie będą z niego pewnie często korzystać; stanie się natomiast szansą na łatwe wzbogacenie dla par pasywnych, typowych klientów systemu socjalnego państwa. Jeśli przepis będzie obowiązywał dłużej, nie będzie sprzyjał kreowaniu dynamicznych wzorców społecznych. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważniejsze wydaje się, że przyjęcie takiego rozwiązania staje się dla rządzących substytutem prawdziwych reform. Innymi słowy, becikowe daje iluzję załatwienia problemu kosztem porzucenia prób dokonywania reform systemowych.

Znamy to z naszego podwórka. Politycy szermujący w czasie wyborów hasłem wzmocnienia polskiej rodziny nie przyłożyli nawet palca do prawdziwej przebudowy państwa pod tym kątem. Rzucono wyborcom ochłap w postaci becikowego, nieledwie jałmużnę, ale nawet o cal nie zreformowano systemu podatkowego, który traktuje dziecko jako niebyt ekonomiczny. Polski system fiskalny nie przewiduje możliwości płacenia podatku dochodowego zależnego od liczby wszystkich członków rodziny. Dla opodatkowujących się razem małżonków dochód dzieli się na dwa, a nie – wliczając dzieci – na trzy, cztery lub więcej, tak jakby dzieci nie miały wydatków, nie były aktywne kosztowo. Inny przykład: mimo iż WHO traktuje niepłodność jako chorobę, w Polsce jej leczenie nie jest refundowane przez państwo. Jakby mogła się zwiększyć dzietność Polaków, gdyby te i inne zmiany tworzyły istotnie prorodzinny system w państwie?

Rzecz jasna, każdy kraj ma swoje problemy i wyzwania. Niemców może stać na megabecikowe, Polski nie. Ale są sprawy, które wznoszą się powyżej czysto partykularnych kwestii społecznych. Jesteśmy w Unii; Niemcy są naszymi sąsiadami; w skończonym czasie nawet wspólna granica będzie już tylko symboliczna. Niewątpliwe – tak jak oni, współtworzymy strategię cywilizacyjną naszego kawałka świata. Wzorce z natury są uniwersalne, szczegółowe rozwiązania ustrojowe, w przypadku tak bliskich sąsiadów, łatwo przekraczają granice. Boję się, że wzorce socjalne z Niemiec znajdą w Polsce dobry klimat, a nas nie tylko na to nie stać. Mam głębokie przekonanie, że jest to błędny kierunek, którego ekonomiczne i społeczne skutki będą dramatyczne. Osłabią dostatecznie już słabą dynamikę społeczną Polaków. Nie spowodują rewolucji demograficznej, a stworzą tylko kolejną szczelinę, przez którą wyciekać będą nasze pieniądze i energia. I co najgorsze – utwierdzą naszych polityków w przekonaniu, że to słuszna droga. Głęboko słuszna i doskonale prowadząca donikąd.

Potwór bezdzietności
Bogusław Chrabota

urodzony 30 grudnia 1964 r. w Krakowie – absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, prawnik i politolog, dziennikarz telewizyjny (dyrektor anteny i redaktor naczelny Telewizji Polsat) i prasowy, a także publicysta i pisarz, felietonista....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze