Zaproszenie do przyjaźni

Zaproszenie do przyjaźni

Dominikanie rzadko przywiązywali wagę do określania kolejnych etapów modlitwy. Mniej ważne, w którym miejscu drogi się znajdujesz, ważniejsze, jak szybko potrafisz chodzić.

Wybierając się na rozmowę z przyjacielem, rzadko ją planujemy. Radość nadchodzącego spotkania, wizja wspólnie spędzanego czasu i wzajemnej bliskości, spontanicznie rodzą tematy i styl rozmowy. Druga osoba, niosąc swoją tajemnicę, jest zawsze przygodą, w którą się zanurzamy, ilekroć gotowi jesteśmy jej posłuchać lub powierzyć nasze przeżycia. Trudno przewidzieć, dokąd nas zaprowadzi wspólna droga, jak potoczy się dialog, których miejsc dotknie. Ważne, by nie bać się niespodziewanego, ale poddając się chwili, wchodzić w nowe wątki i zachwycać krajobrazami, które odsłaniają się przed naszymi oczyma. Istotą drogi, w którą wyruszamy z przyjacielem, nie jest to, jak ona wygląda, ale fakt, że kroczymy obok siebie. W rozmowie nie planujemy metod porozumiewania się, nie określamy języka, którym będziemy się posługiwali, ani nie wyjaśniamy używanych terminów. Raczej staramy się wsłuchać w każdy komunikat, który do nas dociera, w słowa, intonację, z jaką są wypowiadane, gesty, mimikę, ledwo wyczuwalny klimat. Im bliższe sobie osoby, tym delikatniejsze sygnały wychwytują, tym mniej słów potrzebują, by się zrozumieć. Poradniki psychologiczne mówiące o sposobach komunikacji nie są im potrzebne, a wręcz mogą być szkodliwe, bo wielobarwne jak skrzydła motyli chwile komunii preparują w papierowe schematy, zabijając to, co żywe i niepowtarzalne. Przyjaciele wolą nawet zbłądzić, ucząc się siebie nawzajem, a przez wzajemne przebaczenie powracać do pierwotnej miłości, niż przykładać do swojej relacji naukowe miary akademickich prawideł.

Odkrywanie ścieżek

Święty Dominik był człowiekiem wielkiej przygody. Wyruszał na zapomniane od czasów apostolskich ścieżki, odkrywał te, po których nikt wcześniej nie chodził albo których istnienia nawet nie podejrzewał. Marzeniem życia kanonika z Osmy było głoszenie Ewangelii Kumanom, ludowi, którego dziś nie jesteśmy w stanie dokładnie zlokalizować, zamieszkującemu krańce średniowiecznego świata. Bóg powołał jednak założyciela braci kaznodziejów, by przepowiadał słowo Boże na krańcach Kościoła wśród albigensów w południowej Francji. Dominik podjął zaproszenie. Od początku wiedział, że wyrusza w podróż, w której istniejące drogowskazy zaprowadzą go donikąd. Jeżeli chce dotrzeć do serc ludzi zafascynowanych doktrynami manichejczyków, musi zrezygnować ze sprawdzonych wcześniej duszpasterskich metod i dać się prowadzić Duchowi, który tchnie, kędy chce. Dostosował do apostolstwa swoją modlitwę, podporządkowując ją głoszeniu Słowa wcielonego, które zamieszkało między nami.

Contemplata aliis tradere

Dla Dominika było jasne, że nie można głosić Chrystusa, którego się nie zna, namawiać do czegoś, czego się samemu nie posmakowało — modlitwa dominikańska poprzedza dzieło apostolskie, a kaznodziejstwo wypływa z modlitwy. Lapidarnie oddaje to sentencja Contemplata aliis tradere mówiąca o przekazywaniu innym owoców kontemplacji, dzieleniu się z braćmi owocami własnego spotkania z Bogiem. Duchowość dominikańska to nieustanne zapraszanie do przyjaźni z Chrystusem, zwoływanie przyjaciół Oblubieńca. Tylko ten, kto zachwycił się Bogiem, może o Nim mówić. Tylko ten, kto płonie Jego miłością, może rozpalać ją w bliźnich.

W pismach najstarszych dominikanów kontemplacja nie występuje w roli szczytowego osiągnięcia na drodze modlitwy, do którego dochodzi się przez wieloletnią ascezę i oczyszczenie umysłu i serca ze słów i pojęć. Według klasyków myśli dominikańskiej, kontemplacja nie jest doświadczeniem przekraczającym możliwości przyrodzonego rozumu. Pojmowali oni ją raczej jako przedłużenie procesu poznania Boga, którego początek tkwił w całkiem naturalnym, filozoficznym myśleniu. Było dla nich jasne, że ten, kto kocha przyjaciela, pragnie go poznać i zrozumieć; angażuje wszystkie siły i poświęca wiele czasu, by to osiągnąć. „Niekłamaną kontemplacją jest czytanie Biblii i studiowanie prawdziwej mądrości”. Najpopularniejsze obrazy przedstawiają założyciela kaznodziejów nie w momencie wygłaszania kazań, ale z Księgą albo przytulonego do krzyża. Według tradycji, nosił on ze sobą Ewangelie i listy apostolskie, co w jego czasach było praktyką niespotykaną, i czytał je tak często, że znał prawie na pamięć. Ikonografia utrwaliła Dominika jako człowieka zasłuchanego w Boga, który głosił mądrość krzyża, a nie uwodził słowem.

Ku wolności

Trudno byłoby opisać elementy charakteryzujące modlitwę dominikańską. Można co prawda wskazać na ducha przyjaźni i posłuszeństwa oraz otwartość na zaskoczenie przychodzące w nowych wezwaniach, ale będą to jedynie ramy rozmowy z Bogiem. Zakon dominikański przez blisko osiem wieków swojego istnienia nie wykształcił własnej metody modlitwy. Żywe było przekonanie, że

Prawdziwa metoda to modlitwa bezpośrednia i aktywna: rzuć się w nią ze wszystkim, czym jesteś, ciałem i duszą, i daj wszystko, co w tobie najlepsze. Jeśli chcesz się modlić, nie musisz szukać klasycznych, naukowych, sztucznych metod. Modlitwa to spontaniczna, intymna rozmowa z Bogiem we wnętrzu. On nie zwraca uwagi na technikę.

Zapewne dlatego dominikanie rzadko przywiązywali wagę do określania kolejnych etapów modlitwy. Mniej ważne, w którym miejscu drogi się znajdujesz, na którym poziomie życia wewnętrznego trwa twoja modlitwa. Ważniejsze, jak szybko potrafisz chodzić.

Nieprzywiązywanie znaczenia do sposobu modlitwy świadczy o wolności, którą zostali obdarowani chrześcijanie. Święty Dominik nie zostawił swoim braciom ściśle określonych reguł kaznodziejstwa. Jego przesłanie można streścić w słowach: używajcie języka, który będzie najbardziej zrozumiały dla waszych słuchaczy. Analogicznie można sformułować zasadę dotyczącą modlitwy: rozmawiajcie z Bogiem tak, aby wasza miłość rozpalała się coraz bardziej. Czy będzie to modlitwa indywidualna czy liturgiczna, w małych grupkach czy wielkich wspólnotach, w ciszy czy przy dźwiękach instrumentów muzycznych, w milczeniu czy wyrażająca się wielością słów — zawsze niech prowadzi do bliskości Boga. Takie podejście świadczy o tym, że w dziejach kaznodziejów obecne było fundamentalne zaufanie do ludzkiej wolności i dojrzałości.

Przyjmując perspektywę modlitwy jako bezpośredniej rozmowy, trudno mówić o jej stopniach. W dialogach przyjaciół zdarzają się tematy ważne, w których przyjaciele wzajemnie się ubogacają, inspirują, pomagają sobie nazywać to, co ich otacza, wspólnie odkrywają tajemnicę, do której by nie dotarli bez wzajemnej obecności. Bywają też chwile, gdy rozmawiają o rzeczach błahych, żartują, śmieją się, czasem biadolą i narzekają. Zdarza się wreszcie, że milczą razem na wspólny temat zaskoczeni sytuacją, która ich zachwyca lub przerasta. Każda z tych form jest rozmową, dialogiem, spotkaniem. Trudno orzec, która bardziej do siebie zbliża, cementuje więzi, pogłębia relacje. Wzięte razem, scalone przez czas tworzą zażyłość, jedyną i niepowtarzalną więź. Podobnie trudno powiedzieć, która forma modlitwy jest najistotniejsza w budowaniu zażyłości z Bogiem, czy wnikanie w subtelne rozważania biblijne, czy niemy zachwyt nad pięknem Bożego stworzenia, czy największe głębie kontemplacji, czy odmawianie różańca, czy śpiewanie gregorianki w zakonnym chórze, czy modlitwa Jezusowa… Do istoty nie należy też temat rozmowy. Zarówno stawianie Tomaszowego pytania, kim jest Bóg oraz rozważanie go na poziomie wyższej teologii, jak i marudzenie, że znowu mi nie wyszło, mogą w jednakowym stopniu pomóc w przytuleniu się do Bożego serca. Dopiero gama tych modlitw i fakt, że rozmowa będzie trwała nieustannie, sprawi, że przyjaźń będzie wzrastała. O wartości modlitwy nie decyduje bowiem jej czas, technika czy intensywność, ale zamieszkanie Trójcy Świętej w sercu modlącego się.

Z Bogiem i o Bogu

Złudzeniem jest przekonanie, że za pomocą wysiłku duchowego można dojść do takiego stanu umysłu i duszy, jaki pozwoli za każdym razem zatopić się bez reszty w Bogu. Nikt rozsądny nie będzie wymagał od przyjaciela, by ten był zawsze w dobrym nastroju, zawsze jednakowo skory do rozmowy i zaangażowany w sprawy bliskiej osoby. Wśród przyjaciół obowiązuje raczej zasada „Jedni drugich brzemiona noście”. Tym bardziej Bóg w swojej miłości nie oczekuje, by człowiek z równą gorliwością przystępował do modlitwy. Wiedząc o zmęczeniu, cierpieniu czy absorbujących kłopotach swoich dzieci, ucieszy się ich obecnością. Widząc je wypowiadające przed Nim udręki swojego życia, nie będzie wymagał pełnego skupienia na swoich słowach. Czasem jedyna modlitwa, na którą stać człowieka, to wypowiadanie słów pacierza z myślami błąkającymi się po dziesiątkach spraw codziennego zabiegania. Istota różańca w pierwszym okresie jego istnienia była rozumiana jako odmówienie 150 Zdrowaś Maryjo. Medytacja nad poszczególnymi tajemnicami życia Jezusa i Maryi doszła z czasem. Tradycja dominikańska często nie przywiązuje nadmiernej wagi do medytowania wzniosłych treści. Znacznie większy akcent kładzie na wytrwałość i stałość modlitwy. Niech będzie krótka, ale częsta.

W pierwszych wiekach istnienia zakonu nie ma w konstytucjach dominikańskich zapisów o długości modlitw. Pojawiają się one dopiero w XVI wieku i są — jak się wydaje — reakcją na osłabienie ducha modlitwy. Czy jest bowiem rzeczą rozumną wyznaczać ludziom zakochanym w sobie czas, który muszą spędzać ze sobą? Pierwotne Konstytucje zachęcają nowicjuszy, by zawsze coś czytali lub o czymś myśleli, by dniem i nocą starali się żyć w obecności Boga. Święty Dominik — jak chcą jego biografowie — postawę modlitwy nieustannej wyrażał zwyczajem rozmawiania z Bogiem albo o Bogu. Ważniejsze jest nie tyle znalezienie czasu na modlitwę, ile wykorzystanie każdej chwili na spotkanie z Przyjacielem. Nie zawsze można się modlić, mając myśl skupioną na Bogu, ale można to robić możliwie najczęściej, tak by modlitwa spajała wszystkie nasze czynności w jeden hymn uwielbienia. Czy można się znudzić przyjacielem? Święty Tomasz twierdził, że powinniśmy się modlić jak najczęściej, jednak zaprzestać modlitwy, gdy ogarnia nas znudzenie.

Panie, co będzie z grzesznikami?

Czy zatem można przyjąć, że nie jest ważne, jak się modlimy, istotne, byśmy to czynili? Czy nic nie może zaszkodzić naszej modlitwie? Skoro przyjaźń angażuje całego człowieka, największą przeszkodą jest nie forma, nawet nie brak skupienia, ale nieobecność wiary w sercu rozmawiającego. Jeżeli zagości tam brak zaufania, obawa, że rozmówca może wykorzystać słowa przeciwko mówiącemu, nieprzebaczenie dawnych urazów, niewiara w miłość przyjaciela, to pomimo największych wysiłków do spotkania nie dojdzie. Podobnie jest z modlitwą. Tam, gdzie akceptuje się grzech, zło, toleruje swoje wady, lęka się dotknięcia trudnych i bolących miejsc biografii czy ran ludzkiego serca, tam nie dojdzie do prawdziwego porozumienia. Dla czystego serca wspaniała może być modlitwa, która postronnym obserwatorom będzie się wydawać klepaniem pacierzy. Natomiast ktoś, kto nosi w sobie zwątpienie, bunt przeciw Stwórcy, choćby przyjmował pozycję ciała optymalnie sprzyjającą skupieniu, robił wrażenie człowieka zatopionego w siódmym niebie czy wyśpiewywał najcudowniejsze melodie natchnionym głosem, może nie rozeznać czasu swojego nawiedzenia.

W rozumieniu dominikańskim modlitwa sama w sobie nie stanowi najważniejszej cnoty, na którą może zdobyć się człowiek. Powinna być ona raczej zharmonizowana z innymi cnotami. „Najważniejsza jest miłość i ani modlitwa, ani kontemplacja nie może jej zastąpić”. Często ludzie rezygnują z modlitwy albo przychodzi im ona coraz trudniej nie dlatego, że nie potrafią się modlić, ale dlatego, że ich życie nie pozwala spojrzeć w oczy Przyjaciela. Albo będziesz żył według tego, jak wierzysz, albo będziesz wierzył według tego, jak żyjesz. Sprawę komplikuje często fakt, że człowiek potrafi uruchamiać złożone mechanizmy obronne, wypychając ze świadomości swoje zaniedbania, obarczając odpowiedzialnością za nie kogoś innego. Jednak serce nie kłamie. Człowiek wewnętrznie zafałszowany może odczuwać coraz większe trudności w modlitwie. Ich przezwyciężenie nie będzie polegać na większej mobilizacji, znalezieniu właściwej techniki czy lepszego przewodnika duchowego, ale na nawróceniu. Z kolei grzech i słabość, z którymi walczy człowiek, nie będą oddalać od Boga ani psuć modlitwy, jeżeli zostaną wyjawione przed Zbawicielem. Jezus jest sprzymierzeńcem człowieka w zmaganiu ze złem. Wspólna — nawet długotrwała i męcząca — walka z powracającym upadkiem również tworzy bliskość między modlącym się grzesznikiem a Jezusem.

Dominikanie od początku podkreślali wagę życia wspólnego. Będąc wspólnotą grzeszników posłaną do błądzących po bezdrożach, powtarzali za swoim założycielem, który przepełniony współczuciem wołał przez całe noce: „Panie, co będzie z grzesznikami?”. Człowiek nie może być szczęśliwy, gdy jego przyjacielowi zagraża niebezpieczeństwo, dlatego stałym elementem modlitwy braci kaznodziejów jest modlitwa za grzeszników. Jej źródłem jest trwanie w serdecznej bliskości z pełnym miłosierdzia sercem Boga.

Veritas

Nie można w tym kontekście zapominać o umiłowaniu Prawdy, która znalazła wyraz w podkreślaniu intelektualnych dzieł zakonu, a która nie może być pomijana w życiu wewnętrznym, w wysiłku odnajdywania swojej prawdy przed Panem Bogiem. Jeżeli ktoś staje przed Panem nieświadomy swojego zafałszowania, nie zdaje sobie sprawy, że stawia przed Nim spreparowaną ze swoich złudzeń kreaturę, a nie prawdziwego człowieka, grzesznego i potrzebującego Bożego miłosierdzia, to nie powinien się dziwić, że jego modlitwa będzie usychać. Jeżeli ma się dokonać dialog, potrzebne jest spotkanie dwóch prawdziwie istniejących osób. Bóg JEST i dlatego stawia się na spotkanie. On widzi tylko to, co prawdziwe, nie będzie podejmował rozmowy z człowiekiem chowającym swoją prawdziwą twarz za maską pozorów. Człowiek, który nie ma odwagi zobaczyć, nazwać i zaakceptować prawdy o sobie samym, z czasem nabiera przekonania, że to, co o sobie mniema, to prawdziwe „ja”, i dlatego coraz trudniej będzie mu wykrzesać z siebie żarliwą modlitwę.

Na szczęście dominikańskie spojrzenie na świat naznaczone jest optymizmem płynącym z zawierzenia Bogu. Gdy zakon liczył kilkunastu braci, św. Dominik rozesłał ich do europejskich stolic z zadaniem głoszenia Słowa i zakładania klasztorów. Bracia twierdzili, że są jeszcze niegotowi do samodzielnego podjęcia misji. Wtedy usłyszeli, że „ziarno zgromadzone w miejscu gnije, rozrzucone przynosi plon obfity”. Dominik wierzył, że nawet jeśli jego towarzysze są jeszcze niedojrzali, to ukształtuje ich droga i czekające zadania. Dominikanie w podobnym duchu rzucają na głęboką wodę adeptów modlitwy. Są przekonani, że wierny Przyjaciel nie zostawia człowieka w potrzebie. Ten, który jest sprawcą chcenia i działania, obdarowuje Duchem Prawdy pomagającym się wyplątać z wszelkich zniewoleń i zafałszowań. Na ziemi nikt nie będzie doskonale wolny, nikt nie pozna całej prawdy, ale zawsze może wyruszyć w drogę do celu, może zacząć się modlić.

* * *

W ikonografii dominikańskiej często spotykamy psa z płonącą pochodnią w pysku biegnącego zapalać świat światłem rozpraszającym ciemności i obojętność grzechu. Źródłem tego światła jest żar modlitewnej przyjaźni z Bogiem.

Zaproszenie do przyjaźni
Jan Kulik OP

urodzony w 1966 r. – dominikanin, przełożony Domu Świętego Alberta Wielkiego w Monachium. Wstąpił do Zakonu w 1993 roku, śluby wieczyste złożył w 1999 roku, święcenia kapłańskie otrzymał w 2000 roku....