Szczęśliwa w cieniu wojny
fot. ivan bandura / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Spowiedź

0 votes
Wyczyść

1 czerwca 1943 roku wcześnie rano Niemcy weszli do wsi Sochy na Zamojszczyźnie. Najpierw rozstrzelali większość jej mieszkańców, spalili ich domy, potem jeszcze nadleciały samoloty, które zbombardowały to, co zostało. Wieś przestała istnieć. Teresa Ferenc miała wówczas 9 lat – na jej oczach zginął ojciec, a kilka minut później mama. Renia została z pięcioletnim bratem i trzyletnią siostrą. Po latach jej córka Anna Janko pojechała do Soch, by zmierzyć się z tragedią swojej matki. Tak powstała „Mała Zagłada”.

Katarzyna Kolska: Przywróciła pani swoją książką pamięć o tym, o czym wielu z nas nie chce pamiętać.

Anna Janko: Pamiętamy o powstaniu warszawskim, pamiętamy oczywiście o Holokauście, natomiast to, co się działo na polskiej wsi, między innymi na Zamojszczyźnie, jest o wiele mniej znane.

Napisała pani, że Niemcy są sprawcami pani losu. Brzmi to zaskakująco w ustach kobiety, która urodziła się kilkanaście lat po wojnie.

To stwierdzenie jest oczywiście jednym z wielu zabiegów artystycznych, jakie stosuję w tej książce. Wyrażam się ironicznie, czasem wręcz sarkastycznie, aby wyrazić silne emocje. Tak naprawdę jest to książka o emocjach. Oczywiście – o faktach, o polskiej historii, o ludziach, ale przede wszystkim o emocjach. Wszystkie zakręty historii mają wpływ na los ludzi – nie tylko w tym pokoleniu, ale i w następnych.

Jak się żyje z wojną w tle?

Ma się wrażenie, że to jest normalne, że strach przed zagrożeniem towarzyszy wszystkim. Gdy byłam młodą dziewczyną, stale miałam świadomość, że żyję w przerwie między wojnami. Dokładnie tak definiował pokój słynny generał pruski von Clausewitz: „Pokój to jedynie przerwa między dwiema wojnami”. Tragedia mojej mamy miała zasadniczy wpływ na jej decyzje życiowe. Ale i moje zachowania i decyzje też zależały od tego „wojennego” klimatu, bo się w nim wychowywałam, żyjąc w cieniu rodzinnej traumy. Jeżeli ktoś od małego się boi, to później wybiera takie wersje swojego życiorysu, które będą jak najdalsze od źródeł niebezpieczeństwa.

Czuje się pani zarażona wojną?

Tak można powiedzieć o Polakach w ogóle. Jesteśmy historycznie zarażeni wojną, ponieważ okresy bez wojny w Polsce były bardzo krótkie. Teraz wyjątkowo długo trwa owo „bezwojnie” – 70 lat pokoju, tego dotąd w historii Polski nie było. Mówię tutaj o zbrojnych działaniach, nie np. o życiu pod presją w czasie zaborów.

Może dlatego, że żyjemy w czasach pokoju, wojnę nawet trochę polubiliśmy: jako dzieci oglądaliśmy Czterech pancernych, każdy chłopiec chciał być Jankiem Kosem albo Gustlikiem, a dziewczynki Marusią albo Lidką. Bawiliśmy się w wojnę na podwórku…

Myślę, że człowiek po prostu lubi wojnę. Istnieje przecież coś takiego jak eros wojny.

To straszne, co pani mówi.

To ponura prawda. Agresja jest bardzo ludzką cechą, należymy do wojowniczego gatunku od początku dziejów. Zmienia się tylko poziom wojowania i jakość narzędzi do zabijania – nie ma maczet, nie ma dzid, mamy za to superdalekosiężną broń.

Tylko że kiedy bawiliśmy się na podwórku w czterech pancernych, to nikt nie chciał być złym Niemcem.

Bo wolimy wierzyć, że człowiek rodzi się dobry i że dobro zwycięża zło. To jest nam potrzebne do dobrego samopoczucia. Ale historia ludzkości jest jednak historią wojen oraz szczególnie złych jednostek, które potrafią te wojny zorganizować.

Co w opowieści pani mamy było najgorsze?

Historia mamy docierała do mnie stopniowo, najpierw w wersji dla dzieci. Dowiedziałam się o jej sieroctwie i o tym, że jako dziewięcioletnia dziewczynka patrzyła na rozstrzelanie swoich rodziców. Sieroctwo jest pewną kondycją społeczną, oswojoną między innymi przez świat mitów i bajek. Było to więc dla mnie absolutnie zrozumiałe i w oczywisty sposób angażujące. Moja mama opowiadała, jak wyglądał jej sierocy los do 1947 roku, kiedy to wreszcie trafiła do domu dziecka. Później dowiadywałam się kolejnych szczegółów z owego dnia, kiedy Niemcy dokonali pacyfikacji wsi Sochy. Najbardziej drastyczne szczegóły poznałam w trakcie zbierania materiałów do Małej Zagłady, gdy rozmawiałyśmy już z myślą o tej książce.

Mówiła o tym, żeby to z siebie wyrzucić, czy żeby was, swoją rodzinę, uwrażliwić?

Myślę, że jedno i drugie. Niewątpliwie to była autoterapia. Wiadomo, że mówienie o dramacie jest lecznicze. Chociaż nie wszyscy ludzie po traumach są w stanie mówić – niektórzy się blokują, wypierają temat, i to jest ta chorobotwórcza wersja obchodzenia się z traumą. Tabu ma zwykle negatywne skutki zarówno dla ofiary dramatu, jak i dla rodziny.

Pytała pani swoją mamę: Dlaczego ja nie mam dziadków?

No tak. Wiedziałam, że jest gdzieś wioska Sochy, w której mama mieszkała jako dziecko, ale nigdy tam nie jeździliśmy. Wiedziałam, że dziadkowie zostali rozstrzelani. Najbardziej szokujące było dla mnie to, że ci dziadkowie zginęli tak młodo i że nazywa się ich dziadkami, chociaż w chwili śmierci mieli po 30 lat.

Ta wojna docierała do pani w dzieciństwie bardziej uszami czy oczami? Uszami, bo pani słyszała, czy oczami, bo widziała pani swoją cierpiącą mamę?

Zmysły łączą się i wytwarzają wewnątrz „czujący obraz”. I ten obraz we mnie zamieszkał. Była opowieść mamy i były jej stany depresyjne, szczególnie kiedy gdzieś w świecie wybuchały konflikty zbrojne. Wojna w Wietnamie, Kambodży, na Bałkanach, a później stan wojenny w Polsce wywlekały tę naszą rodzinną przeszłość na wierzch i moja mama sobie z tym nie radziła. Jej trauma się aktualizowała, tak to się dziś mówi… Ja na to patrzyłam i czułam się zupełnie bezradna, bo dziecko nie pomoże matce na łzy, które płyną całymi dniami. „W drugą stronę kołysanka nie śpiewa”…

Opowieść o wojnie była od święta czy na co dzień – między książką, garnkiem a podawaniem zupy?

Dokładnie już nie pamiętam. Ona po prostu była. Dzieci zawsze pytają swoich rodziców o ich dzieciństwo, jakby nie do końca mogły uwierzyć w to, że rodzice byli kiedyś dziećmi.

Czy wojna – wyssana trochę z mlekiem matki – boli?

Ona mnie bolała raczej poprzez strach, jaki budziła, i spowodowała, że byłam niezwykle uwrażliwiona na wszystkie informacje wojenne. Miałam też wojenne sny. Ale wielu ludzi z mojego pokolenia, z którymi spotykam się teraz na wieczorach autorskich, opowiada mi, że w snach uciekali przed Niemcami. Byliśmy wychowywani na filmach wojennych, powieści wojenne były obowiązkową szkolną lekturą, a na akademiach recytowaliśmy: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten w którym mieszkasz, Polskę”…Wojna była dla nas, rzec można, sprawą oczywistą.

Władysław Bartoszewski napisał w jednej ze swoich książek, że kiedy opuścił obóz koncentracyjny, nienawidził Niemców. Pani też musiała poradzić sobie z nienawiścią?

Wszyscy, którzy ucierpieli przez Niemców w czasie wojny, nienawidzili ich przez wiele lat, słowo „niemcy” pisali małą literą i uporczywie używali określenia „hitlerowcy” zamiast „naziści”, bo określenie „naziści” odsyła do pewnej abstrakcji. To naturalne. W swojej książce piszę o złych i dobrych Niemcach, także o złych i dobrych Polakach, złych i dobrych Ukraińcach. Mała Zagłada, choć jest książką o emocjach, w żadnym razie nie jest książką „rozliczeniową”. Zadaję w niej owo odwieczne pytanie unde malum, skąd zło w człowieku. W którym jest przecież i dobro. Bo każdy z nas jest dobry i zły, z takim potencjałem przychodzimy na świat. W tragicznej opowieści mojej mamy obok hitlerowców pojawił się też „dobry Niemiec”, który pewnego dnia niósł ją, sześcioletnią, na rękach do kościoła, gdy rozbolały ją nogi. Tak więc już jako dziecko miałam w pamięci tego dobrego Niemca, który działał w świadomości jak kontrapunkt. W mojej książce piszę o różnych dzieciach, nie tylko z Soch, które ucierpiały nie tylko od Niemców, ale też na przykład od Ukraińców – jest tam wątek związany z rzezią wołyńską. Piszę także o dzieciach z Hiroszimy, którym holokaust urządzili Amerykanie. Bo to nie narody są złe, ale poszczególni ludzie.

Napisała pani, że w czasie wojny nikt nie jest winny. Naprawdę tak pani myśli?

Jest w tym zdaniu jakaś paradoksalna prawda. Tak samo zresztą jak w stwierdzeniu przeciwnym, że podczas wojny winni są wszyscy, bo biorą w niej udział, czyli w jakimś sensie godzą się na nią. Jest w wojnie coś paraliżującego, coś, czego się po sobie nie spodziewamy, indywidualnie i zbiorowo. Nigdy nie wiesz, kim będziesz, gdy wybuchnie wojna… Bo podczas wojny chwieje się dekalog, wojna to żywioł. Wszechobecny strach zawęża świadomość. Dlatego to, co napisała Wisława Szymborska w swym znanym wierszu, którego uczą w szkole – że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – to jest jedna z najważniejszych prawd o człowieku.

Stała się pani tropicielką zła. Dokąd doprowadziły panią te poszukiwania?

Tropicielką zła, ale i dobra w ekstremalnych warunkach. Przed chwilą rozmawiałyśmy przecież o dobrym żołnierzu niemieckim. A dokąd mnie doprowadziły? Na razie do depresji. Pracowałam nad tą książką dwa lata, ostatni rok był szczególnie ciężki. Wynajęłam nawet pracownię, żeby nie robić tego w domu.

Żeby nie przynosić zła do domu?

Moje książki są bardzo nasycone emocjami, które zawsze uwewnętrzniam, nawet jeśli opowiadam cudzą historię, to wszystko i tak przewlekam przez siebie. W Małej Zagładzie jestem także swoją matką, nasze tożsamości się nakładają albo wręcz wymieniają – matka i dziecko zamieniają się rolami. Intymność jej cierpienia wzięłam więc i na siebie. Poza tym czytałam wiele dramatycznych relacji i obejrzałam wiele drastycznych dokumentów filmowych, to była w sensie dosłownym potworna praca.

Ale czy te poszukiwania doprowadziły panią do prawdy, że jednak w człowieku jest więcej zła czy więcej dobra?

Tego nie da się zważyć. Często coś, co jest dobrem dla jednego, jest jednocześnie złem dla drugiego. „Korzyść jednego jest szkodą drugiego”, jak napisał Montaigne. To, co było dobre dla Niemców, na przykład ekspansja, wyjście z kryzysu ekonomicznego, podniesienie ducha narodowego poprzez zorganizowanie wielkiej wspólnoty wojennej, było bardzo złe dla narodów przez to państwo napadniętych. W tej manichejskiej grze dobra ze złem nic nie jest proste.

Mam wrażenie, że pani chciała obronić dobro i szukała go pani nawet w Hitlerze. Popatrzyła pani na niego także jako na małe dziecko, które doświadczyło krzywdy ze strony swoich bliskich.

Ja nie próbowałam zobaczyć w nim czegoś dobrego czy usprawiedliwiać go w czymkolwiek, bo nie można usprawiedliwić zła na żadnej płaszczyźnie. Próbowałam tylko poszukać źródła zła w dzieciństwie Hitlera. Psychohistoria jako nauka, nie przez wszystkich co prawda traktowana poważnie, dokumentuje i komentuje drastyczne informacje na temat opresyjnego systemu pedagogicznego, który obowiązywał na przełomie XIX i XX wieku, a w Niemczech Południowych i w Austrii aż do lat 20. Jestem skłonna wierzyć w to, co Alice Miller napisała w swojej książce o tyranach, że dzieci katowane w dzieciństwie, w dorosłym życiu odgrywają się na reszcie świata. Alice Miller twierdzi, że dopóki bijemy swoje dzieci, na nic się zdadzą wszelkie konferencje pokojowe…

Albert Camus napisał, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera. Zło jest w nas.

I dlatego wojna nie umiera nigdy – zmienia jedynie mundury. Tak właśnie piszę w Małej Zagładzie: „Wojna nie umiera nigdy, zmienia tylko mundury. Ma sesje wyjazdowe do coraz to innych krajów. Ma dni, gdy odsypia wielki morderczy wysiłek, a wtedy pracują jej cisi pielęgniarze. Obmyślają taki pokój, który byłby dla niej najlepszy, i polerują narzędzia. Wojna jest naszą wspólną sprawą. Użyźnia ziemię, odradza ducha, napędza postęp. Bez niej, z powodu braku napięcia, zgasłyby wszystkie światła na ziemi”.

Stała się pani oczami swojej mamy i pojechała pani do Soch. Jakie było pierwsze wrażenie?

Sochy wyglądają zupełnie inaczej niż wioska, którą zbudowałam w swojej wyobraźni. Wiedziałam, że jest to wieś w dolinie, ale ta dolina w rzeczywistości okazała się inna. Bardzo mnie to zdziwiło, że jest taka wąziutka, że horyzont jest tuż-tuż, jak na planecie Małego Księcia. Byłam w stanie wyobrazić sobie, co czuła moja mama, biegając po wzgórzach wokół wioski, bo szłam jej ścieżkami, potrafiłam sobie też wyobrazić, jaki obraz mieli przed oczami młodzi żołnierze niemieccy schodzący z bronią gotową do strzału. Rzeczywiście – każde podwóreczko z domem, z psem w budzie, z kotem na progu, było jak na dłoni, doskonale widoczne i strzelanie, zabijanie, musiało być dziecinnie proste. Mieszkańcy wychodzili przed dom i stawali się żywymi tarczami. Stanęłam też w miejscu, w którym przed laty były okna rodzinnego domu mamy, próbując wejść w duszę mojej młodzieńczej babci, chcąc zobaczyć widok, jaki miała przed oczami, gdy rankami przygotowywała śniadanie dla swoich dzieci. To mi pozwoliło jakoś tak bardzo blisko, niemal fizycznie, a tak naprawdę metafizycznie, zbliżyć się do miejsca, ludzi i czasu. Dla pisarza takie doświadczenie jest niezbędne.

Czy pani mama nigdy nie chciała tam pojechać?

Mama była tam tylko chwilę. I to późno, w latach 80. Pojechała do Soch na spotkanie autorskie jako poetka, ale nie poszła na miejsce po domu. Tego nie była w stanie zrobić. To był ten pierwszy i ostatni raz.

Ma pani poczucie, że wojna w jakiś sposób odebrała pani dzieciństwo?

Nie, ona je jedynie znacząco przybarwiła. Urodziłam się przecież w czasach pokoju, nie przechodziłam przez żadną wojenną traumę. Żyłam w jej cieniu, z opowieścią w tle, a to jest zupełnie inny kaliber przeżywania.

A czego się pani dowiedziała o człowieku, pisząc tę książkę?

Dużo dowiedziałam się o sobie, dużo też o mojej mamie, chociaż wydawałoby się, że jej historia jest dla mnie już od dawna oczywista. Relacja matka–córka, tak ważna w życiu, bo o nim decydująca i często niełatwa, wyświetliła mi się podczas pisania szczególnie wyraziście. Mogłam się nam przyjrzeć na przestrzeni lat i zrozumieć, dlaczego było z nami właśnie tak. I to jest jeden z wątków Małej Zagłady. Jednak zasadniczo jest to książka o złu w człowieku i o ludobójstwie na dzieciach, i mam nadzieję, że podczas lektury to jest najważniejsze.

Pisze tam pani takie zdanie, że na czas wojny powinno być przedszkole dla dzieci, żeby można je tam zamknąć i odebrać, gdy wojna się zakończy.

Piszę metaforycznie o „całowojennym” przedszkolu za jakimś kolorowym drutem kolczastym, za murem bajecznie grubym, najlepiej na innej planecie… Podczas wojny nie powinno być żadnych dzieci, nigdzie. Dorosły człowiek potrafi racjonalizować zdarzenia, coś przewidywać. Małe dziecko natomiast jest dopiero w trakcie stawania się, jego świat jest zbudowany tylko z paru rekwizytów. Rodzice są bogami i jeśli ci bogowie giną na wojnie, tak jak w przypadku mojej bohaterki, mojej mamy, to jest to równoznaczne z apokalipsą, z końcem świata. Małe dziecko doświadczone wojną starzeje się w jednej chwili, a zarazem, paradoksalnie, nigdy nie dorasta.

Może my takich książek powinniśmy się naczytać aż do przesytu, żeby nam się tej wojny w końcu odechciało?

Taką funkcję spełniła bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę. Straszliwe jej skutki trzymały w szachu atomowe mocarstwa; konkretna, bo gdzieś już zrealizowana, wizja atomowej zagłady powściągała agresję dziesiątki lat. Ale nie jestem pewna, czy to jeszcze działa… Do władzy dochodzą nowe pokolenia, dla których wojna jest komputerową grą, hollywoodzkim filmem, faktem medialnym. Może historia jest nauczycielką życia tylko wtedy, gdy przydarza się nam osobiście?

Może pani książka powinna stać się lekturą obowiązkową w szkole?

Myślę, że nie. Do dziś pamiętam niektóre sceny ze szkolnych lektur przeczytanych zbyt wcześnie, wbiły się brutalnie w moją wyobraźnię. Niepotrzebnie niosłam przez życie jakieś straszne historie z książek. Młody mózg absorbuje wszystkie informacje dosłownie, dla dziecka wszystko jest rzeczywiste, nie ma jeszcze metapoziomów. A w mojej książce jest bardzo dużo strasznych historii, które mogą być traumatyczną pieczątką dla młodego człowieka. Uczenie zachowań pokojowych niekoniecznie musi polegać na tym, żeby straszyć.

To co powinniśmy robić, żeby nie przestraszyć, ale uwrażliwić?

Na pewno nie powinniśmy dzieciom kupować militarnych zabawek i pokazywać im wojny jako gry czy zabawy. Wojna powinna istnieć w świadomości kolejnych pokoleń jako zło, wielkie nieszczęście, cierpienie i śmierć.

Pani się już rozliczyła z tamtą przeszłością?

Z pewnymi aspektami mojego dzieciństwa i młodości owszem – w takim sensie, że zrozumiałam, dlaczego byłam taka, a nie inna, i dlaczego podejmowałam konkretne decyzje. Potrafię też spojrzeć inaczej na moją mamę, bo dzięki tej książce uzmysłowiłam sobie, jakiej potwornej presji była poddana od dziecięcych lat i dlaczego była taką, a nie inną matką.

Poza tym, co ciekawe, ta książka dała mi korzenie, ponieważ jednym z najważniejszych wątków związanych z owymi decyzjami, które przychodziły nie wiadomo skąd, była ucieczka do przodu, czyli nieustanne zmienianie miejsc, mieszkań, niemożność zakorzenienia się nigdzie, łatwość porzucania środowiska, domów, miast. Wydaje mi się, że jakoś się usprawiedliwiłam sama przed sobą. Rozumiem już, dlaczego tak jest, i może uda mi się to wreszcie zmienić.

Czuje się pani zmęczona tą ucieczką?

Im jest się starszym, tym trudniejsza jest każda zmiana i o wiele szybciej przybliża nas do śmierci. Nie mamy już siły na nieustające przemiany i przestajemy wierzyć, że w innym miejscu rzeczywiście zaczniemy jeszcze raz. Ja już nie mam przed sobą nieskończonego czasu i tego niezbędnego zapału, by zaczynać od nowa.

Dzięki tej książce odzyskałam też swoich dziadków. Uświadomiłam sobie, że kiedy ginęli, mieli tyle lat, ile teraz mają moje dzieci. Dzięki przeniesieniu emocji z dzieci na dziadków stali się żywymi ludźmi, moją rodziną, mogłam ich obdarzyć uczuciami, mogłam za nimi zatęsknić, mogłam stworzyć żywe postacie nie tylko dla książki. To jest niezwykle ważne. Bo jeżeli się odzyskuje rodzinę, której się nie widziało, to może odzyska się też w jakimś sensie dom, którego wciąż nie można odnaleźć w ziemskiej podróży.

Pani Anno, czy pani boi się wojny?

Strasznie się boję. A jednocześnie jestem z nią na tyle oswojona, że wydaje mi się ona jednym z podstawowych doświadczeń człowieka, ludzkości, więc dlaczego akurat ja miałabym mieć takie wielkie szczęście i przeżyć całe życie bez wojny?

Jako dwudziestolatka pisałam wiersze wojenne. W jednym z nich było zdanie: „A może uda mi się wcisnąć całe życie w szparę między wojnami”. Dzisiaj myślę, że w zasadzie to mi się udało. Mam 57 lat, pędziłam przez życie ścigana strachem wojennym, żeby zdążyć to życie przeżyć – zdążyć z pierwszym pocałunkiem, z miłością, z urodzeniem dziecka, z cieszeniem się dzieciństwem swoich dzieci, żeby popracować w czymś, co się kocha, żeby zdążyć przeżyć intelektualnie pewne idee, żeby po prostu zdążyć. Myślę, że ja już zdążyłam, że już jestem wygrana.

I ta rana, którą w jakiś sposób wojna pani zadała, jest już zabliźniona?

To raczej odziedziczona blizna. Wojna jest z mojego życia nieusuwalna, ale jednak pokój w cieniu wojny jest nieporównywalnie i niezaprzeczalnie lepszy niż życie w środku wojny. Mogę powiedzieć paradoksalnie, że byłam szczęśliwa w cieniu wojny.

Szczęśliwa w cieniu wojny
Anna Janko

urodzona 27 sierpnia 1957 r. w Rybniku – właściwie Aneta Jankowska, polska poetka, pisarka, felietonistka, krytyk literacki. Autorka m.in. książek: Dziewczyny z zapałkami (2007, 2009, 2010, 2012) i Mała Zagład...

Szczęśliwa w cieniu wojny
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze