Stos w mieście kwiatów
fot. jonatan lewczuk / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Gorliwość w nawracaniu innych łatwo się przeradza w terror. Savonarola popełnił błąd, uważając, że wie najlepiej, co dla wszystkich będzie dobre. Potraktował ludzi jak dzieci.

Maciej Müller: „Jego wpływ na sztukę był równie krótki, jak niszczycielski. [Jako władca Florencji] wskrzesił średniowieczny obyczaj stosów próżności, na których palono przedmioty zbytku (kosztowne suknie damskie, kości, karty do gry itp.)”. Tyle i niewiele więcej dowiemy się o Girolamie (Hieronimie) Savonaroli z najnowszego podręcznika historii nowożytnej PWN. Kim on właściwie był: fanatykiem, prorokiem, tyranem?

Tomasz Gałuszka OP: Podkreślanie w kontekście życia Savonaroli stosów próżności i kwestii politycznych wiązało się z późną, XVIII-wieczną interpretacją jego działalności. Powstawały wtedy pierwsze quasi-naukowe encyklopedie i słowniki biograficzne; badacze francuscy przedstawili Savonarolę przede wszystkim jako polityka. Duchowość, teologia, kontekst, ówczesna mentalność – to wszystko zeszło na dalszy plan. A bez tego tła w ogóle nie zrozumiemy, co się zdarzyło we Florencji w ostatniej dekadzie XV wieku. W związku z tym i tak się cieszę, że w panoramicznych ujęciach historii nowożytnej w ogóle wspomina się o Savonaroli – choćby to było ujęcie tak niepełne, jak przed chwilą zacytowane.

Bo też trudno pominąć kogoś, kto odcisnął takie piętno na epoce…

To prawda: nieprzypadkowo nazwisko Savonaroli znalazło się na słynnym pomniku Lutra w Wormacji, obok Jana Husa i kilku innych kontrowersyjnych reformatorów Kościoła. Savonarola fascynuje. Jego postać pozostawia ślad w głowie i duszy historyka, który się nim zajmuje. Nawet ta krótka informacja z podręcznika sygnalizuje, że mamy do czynienia z kimś niezwykłym, wobec kogo nie można przejść obojętnie.

Zawojował też popkulturę. W komiksach czy serialu na temat Borgiów Savonarolę przedstawia się jako swoiste przeciwieństwo zbrodniczego papieża Aleksandra VI.

Scenarzyści, świadomie czy nie, postępują właściwie, bo te dwie postaci rzeczywiście stanowiły przeciwieństwo. Savonarola był wzorcem, do którego Aleksander VI Borgia nie sięgał – pod względem świętości, pobożności, wiedzy biblijnej i teologicznej. Zakonnik z Florencji był dla papieża wielkim wyrzutem sumienia, Aleksander miał do niego słabość, nienawidził go i kochał jednocześnie. Trzeba na tych dwóch spojrzeć jak na Heroda i Jana Chrzciciela. Herod lubił słuchać Jana, mimo że mówił on rzeczy prawdziwe i straszne, wytykając królowi jego grzechy. Ostatecznie jednak nie powstrzymało to Heroda przed doprowadzeniem do śmierci proroka.

Jak doszło do tego, że władze Florencji i przedstawiciele papieża posłali brata Hieronima na stos?

Jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego doszło do tragicznego w skutkach konfliktu Savonaroli z Aleksandrem, musimy się cofnąć do początków działalności publicznej dominikanina. Był to człowiek o wybitnym intelekcie, oczytany, znający życie. Wychowywał się w Ferrarze, na dworze tamtejszego władcy z rodu d’Este (jego dziadek był tam nadwornym lekarzem).

Studiował filozofię i medycynę, doskonale rozumiał Platona, rozczytywał się też w innych mistrzach starożytnych. Był pobożny i raczej unikał poważnych grzechów, a na pewno nie grzeszył urodą: był niewysoki, chudy, łysawy, z garbatym nosem. Być może dlatego, że nie cieszył się powodzeniem u kobiet, mógł się spokojnie oddać pracy intelektualnej.

W końcu miało miejsce wydarzenie, które porównałbym z tym, co spotkało Szawła w drodze do Damaszku: pod wpływem kazania pewnego augustianina Savonarola porzucił dotychczasowe życie. Dostrzegł marność świata i bezsensowność pogoni za wiedzą, która służyłaby tylko podbudowaniu własnej pychy. Wkrótce potem wstąpił do dominikanów, miał wtedy 22–23 lata. Wybrał klasztor w Bolonii.

Dlaczego wybrał dominikanów, skoro porwało go kazanie augustianina?

Ze względu na zamiłowanie do mądrości, do racjonalności, ale też do pewnej prostoty, która wyraża się w filozofii św. Tomasza z Akwinu. Savonarola był zachwycony Tomaszem i naciskiem, jaki kładł on na prawdę i jej kontemplację. Ale to nie wszystko: do dominikanów przyciągnęła go trwająca wówczas wielka reforma zakonu, polegająca na powrocie do życia według pierwotnej reguły. Mnożyły się konwenty pragnące żyć w zgodzie z prawdziwym charyzmatem – ubogo, z dużym naciskiem na studium i modlitwę. Do jednego z nich wstąpił Savonarola. Szybko został zauważony przez braci: wiadomo było, że nie przyjmuje habitu, by coś dla siebie zdobyć, bo wszystko już miał i świadomie z tego zrezygnował. Chciał rzeczywiście służyć Bogu.

Już po kilku latach został dominikańskim profesorem, a na początku lat 80. XV wieku wykładał teologię w studium generalnym w Bolonii i w szkole konwentualnej we Florencji.

W 1490 roku Savonarola przybywa po raz kolejny i – jak pokaże historia – na stałe do Florencji, zwanej „miastem kwiatów”. To był taki XV-wieczny Nowy Jork, centrum świata…

Przybył do zreformowanej wspólnoty liczącej 50 braci. Był to przepiękny klasztor, z wielką biblioteką zdobioną freskami Fra Angelica. Patrząc na to piękno, Savonarola stwierdził: Ten konwent rozkwitnie jeszcze bardziej. I miał rację: osiem lat później klasztor ten liczył ponad 100 braci.

Czy jako człowiek światowy Savonarola nie miał problemu z przyjęciem zakonnego ubóstwa?

Najwyraźniej nie, skoro w każdym z klasztorów, w których mieszkał, jego cela wyglądała podobnie: niewielkie biurko, a na nim czarny krzyż z białą postacią Chrystusa. W ten krzyż wpatrywał się godzinami. Podobno spał tylko cztery godziny na dobę, a resztę czasu spędzał na studium, modlitwie, głoszeniu kazań i rozmowach z ludźmi. Jego teologia nie powstawała w oderwaniu od życia: przecież on świetnie znał życie.

Savonarola zasłynął jako charyzmatyczny mówca. Ale czy tak było od początku?

Nie, jego kazania nie cieszyły się specjalną popularnością z prostego względu – używał dialektu z Ferrary. To tak, jakby w Krakowie ktoś przemawiał po śląsku. Z czasem jednak słuchacze do tego przywykli, a wtedy docierały do nich surowe i bezkompromisowe treści, których nauczał dominikanin. Takich kazań nie słucha się z przyjemnością, ale ludzie przychodzili, bo wiedzieli, że na ambonie stoi człowiek autentyczny, który sam żyje tym, co głosi.

Savonarola najpierw zainteresował, potem zaczął fascynować. Do tego stopnia, że pod osłoną nocy do bram florenckiego konwentu San Marco zaczęli pukać wielcy humaniści Marsilio Ficino i Pico della Mirandola, mistrz pędzla Sandro Botticelli czy młody Michał Anioł, nie mówiąc już o członkach dworu Medyceuszy.

Czego Savonarola nauczał?

Jak to kiedyś celnie ujęła prof. Halina Manikowska z Instytutu Historii PAN: „w jego głoszeniu była sama prawda”. Nie przyciągał wspaniałymi formami retorycznymi, chociaż mógł, nie przywoływał cytatów ze wszystkich znanych sobie dzieł, chociaż by potrafił, nie przyciągał gestami. Głosił prawdę, za którą stawał całym sobą.

Nauczał o prostocie, o surowości życia. Podkreślał, że ogrom grzechu ludzkiego jest nieprzebrany, ale miłosierdzie Boże jest jeszcze większe. Duży nacisk kładł na paruzję, powtórne przyjście Chrystusa, kiedy to nastąpi koniec czasów i Sąd.

Savonarolę najbardziej bolało to, że ludzie zatracają się w tym, co światowe, w wygodach i przyjemnościach (carpe diem), nie myśląc o niebie i piekle. Postanowili zamknąć jedno oko, widzieć tylko połowę rzeczywistości: życie tu, na ziemi. Savonarola czuł się jak prorok, który ma obowiązek głosić ludziom, że jeżeli się nie nawrócą, to zginą w straszny sposób, bo miecz Boży już nad nimi wisi.

A czy Savonarola nie miał przypadkiem zakusów, by budować Królestwo Boże już tutaj, na ziemi? Oto fragment jego kazania: „Bądź pewna, Florencjo, że jeśli twoi obywatele mają cnoty, które opisałem, błogosławioną będziesz, bo staniesz się rychło niebiańskim Jeruzalem. Głoszę te nowiny miastu Florencji: będzie sławniejsze, bogatsze, potężniejsze niż kiedykolwiek przedtem, (…) twoje bogactwa będą niezmierzone i Bóg pomnoży wszystko na twoją korzyść”.

Cóż, Savonarola nie twierdził, że życie ziemskie nie ma wartości. Przecież on ziemskie szczęście obserwował w swoim zreformowanym klasztorze! I chciał, by z niego się rozprzestrzeniało, ogarniając najpierw Florencję, a potem resztę Italii i świata… Nie proponował ludziom czegoś, czego by najpierw nie przetestował na sobie i swojej wspólnocie.

Wiedział, że Chrystusowe zapowiedzi przemienionej ziemi spełnią się dopiero po paruzji – co jednak nie wykluczało, że zaczątek niebiańskiej Jerozolimy może się realizować już teraz.

Na razie Savonarola był u szczytu popularności…

I chętni do słuchania jego kazań nie mieścili się już w klasztorze San Marco. Dlatego od 1494 roku zaczął głosić w słynnej florenckiej katedrze z kopułą projektu Filippa Brunelleschiego.

Wielu przychodziło do niego po radę: pytano go o kwestie moralne, proszono o ocenę kandydata na współmałżonka, a nawet traktowano jako eksperta w sprawach… bankowych (Savonarola był m.in. pomysłodawcą utworzenia banku dla ubogich, pożyczającego pieniądze bez procentu). Władzom Florencji tłumaczył, że jeśli nie chcą wywołać rewolucji, powinny anulować ludziom długi wobec miasta. Jednocześnie nakazywał: Przebaczcie sobie nawzajem.

Wspomniałeś o prorockich zachowaniach Savonaroli. Czy on się czuł prorokiem?

Niektórzy uważali, że objawił mu się anioł, który powiedział: „Będziesz prorokiem, a w końcu zginiesz”. Trudno to potwierdzić, większość badaczy uważa, że źródłem głosu wewnętrznego Savonaroli, który wzywał go do misji prorockiej, była medytacja nad Pismem Świętym. Nazywano go „biblistą” – nie w znaczeniu badacza, ale kogoś, kto oddycha Biblią, żyje nią. Kochał księgi prorockie i rozczytywał się w nich. A potem grzmiał z ambony niczym Aggeusz czy Amos. Jego kazania były splecione z cytatów z Pisma Świętego. To determinowało ich styl: bo prorok nie gładzi po głowie, tylko mówi: Jesteście grzesznikami, zasługujecie na śmierć, jesteście nikim, a wasze grzechy są jak szkarłat, każdemu z was powinno się uwiązać u szyi kamień młyński. Ale jest nadzieja, światło w tunelu – Bóg miłosierny może was ocalić.

Kazanie było głoszone poza liturgią, na ogół obwieszczano, kto i gdzie będzie je wygłaszał. Nie trwało siedmiu minut; Savonarola nieraz głosił po kilka godzin. Podobno mówił z taką mocą, że wszyscy, od elit z dworu Medyceuszy, przez kupców i bankierów, a kończąc na prostych ludziach, słuchali zszokowani, z otwartymi ustami. A po wyjściu z kościoła przebaczali sobie, darowywali długi…

Pytali Savonarolę, jak żyć, a on odpowiadał: Żyjcie prosto, nie gromadźcie przedmiotów, bo one tylko zagłuszają wasze własne myśli. Ten prorocki przekaz wzmocniła śmierć Wawrzyńca Wspaniałego, którego Savonarola ostrzegał z ambony, że jeśli się nie nawróci, zginie… Bóg zdawał się być po jego stronie.

Mówisz, że ideał powszechnego szczęścia Savonarola widział w swoim klasztorze. Ale ludziom mieszkającym poza murami konwentu niekoniecznie musi odpowiadać podobny styl życia. Czy Savonarola nie chciał czasem uszczęśliwiać ludzi na siłę, narzucać im niechcianych wzorców?

To jest częsty zarzut kierowany pod jego adresem. Savonarola dał się ponieść wizjom powszechnego nawrócenia. Uwierzył w to, że stawiając surowe wymagania, a nawet stosując przemoc, urzeczywistni swoje plany. Stało się to możliwe w okresie, który nastąpił po najeździe Italii przez króla francuskiego Karola VIII w 1494 roku: Savonarola uzyskał decydujący wpływ na władze Florencji.

W zakonie dominikańskim istniała wtedy grupa braci zwanych zelatores. Ich zadaniem było pilnowanie, by zakonnicy nie otaczali się zbytkami; mieli prawo odbierać im rzeczy, które uznali za zbędne. Savonarola sformował na wzór zelatores grupy gorliwych młodych ludzi, którzy chodzili od domu do domu i patrzyli, czy ich mieszkańcy się dobrze prowadzą, czy mężowie nie biją żon, czy nie dochodzi do sodomii itp. Zbierali też różne kosztowności, z których budowali i podpalali osławione stosy próżności. Płonęły obrazy, książki, suknie…

Trudno nie nazwać tego fanatyzmem.

Dla nas może to być szokujące, ale w XV wieku podczas misji ludowych była to częsta praktyka: ludzie dobrowolnie przynosili zbędne rzeczy i je palili. Nie da się oczywiście ukryć, że we Florencji płonęły dzieła sztuki pierwszej klasy. Na przykład Sandro Botticelli uznał niektóre swoje obrazy za bezwartościowe, niesłużące dobru, i postanowił je spalić…

Ale w tym właśnie czasie, kiedy patrole moralności przeczesywały florenckie domy, ludność miast zaczęła się odwracać od Savonaroli.

Tak to bywa, że gorliwość w nawracaniu innych łatwo się przeradza w terror. Savonarola popełnił błąd, uważając, że wie najlepiej, co dla wszystkich będzie dobre. Potraktował ludzi jak dzieci. Trzeba jednak zauważyć, że w okresie dominacji Savonaroli we Florencji dochodziło do radykalnych aktów nawróceń, np. wesela były bardzo skromne, a małżonkowie przez pewien czas powstrzymywali się od współżycia. Niektórzy całkowicie z niego rezygnowali i podejmowali ślub czystości.

Ale rzeczywiście opozycja rosła w siłę: wielu florentczykom nie podobały się układy z Karolem VIII i rygoryzm moralny narzucony miastu. Sympatycy wygnanych Medyceuszy przyjęli nazwę arrabiati, czyli „wściekli” – i na złość Savonaroli walczyli o wręcz libertyńską postać wolności. Po drugiej stronie barykady stanęła opcja zwolenników Savonaroli, których nazywano „płaczkami”. Poza tym pojawiły się grupy centrowe, tzn. hulacy, a do tego dochodzili franciszkanie, którzy nie mogli ścierpieć, że dominikanin dominuje nad miastem.

Moment przełomowy nastąpił w 1496 roku, kiedy Aleksander VI postanowił uciszyć Savonarolę i wydał breve zakazujące mu głoszenia kazań. Papież miał już dość tego, że Savonarola dosadnie, choć nie przywołując go imiennie, piętnował rozpustę Rzymu, niemoralne prowadzenie się rzymskiego dworu, przekupstwo i nepotyzm.

Savonarola podporządkował się zakazowi?

Starał się obchodzić go na różne sposoby. Wysyłał też do papieża listy, w których przepraszał i przekonywał, że „został źle zrozumiany”, że nie zamierzał podważać urzędu papieskiego, a jedynie piętnował złe obyczaje, które mogą dotyczyć wszystkich.

Aleksander VI ignorował te listy, nie odpowiadał i nie ściągnął breve. A 13 maja 1497 roku przygotował i wysłał do Florencji ekskomunikę Savonaroli. Żarty się skończyły: ekskomunika oznaczała przecież wyłączenie z Kościoła, co więcej: groziło ono także osobom kontaktującym się z ukaranym.

W odpowiedzi na to Savonarola napisał list wzywający władców, by zwołali sobór na wzór tego w Konstancji, który ostatecznie osądzi papieża Aleksandra. Przeciwnicy dominikanina tylko czekali na taki ruch; Savonarola podpisał na siebie wyrok śmierci.

W Boże Narodzenie 1497 roku Savonarola odprawił mszę. Na wieść o tym Aleksander VI nakazał władzom Florencji ostateczne załatwienie sprawy mnicha buntownika – pod groźbą nałożenia interdyktu, czyli zakazu sprawowania sakramentów w całym mieście. Polecił równocześnie, by klasztory kongregacji toskańskiej, której Savonarola był wikariuszem generalnym, powróciły do dawnych struktur zakonu i utworzyły nową kongregację ze stolicą w Rzymie – co boleśnie uderzyło w Savonarolę, bo oznaczało pozbawienie go urzędu i de facto zahamowanie jego wielkiego dzieła reformy w zakonie.

Dlaczego Savonarola sprawował sakramenty mimo ekskomunikowania go przez samego papieża?

Uważał, że akt ekskomuniki jest nieważny, obarczony poważnym brakiem formalnym. Karę nałożono za nieposłuszeństwo papieżowi: Aleksander zaprosił go już w 1496 roku do Rzymu w celu złożenia wyjaśnień, a Savonarola nie pojechał, tylko wysłał dziełko, w którym objaśniał swoje poglądy. Poza tym chodziło o sprzeciw wobec likwidacji kongregacji toskańskiej. Savonarola, analizując ekskomunikę, doszedł do wniosku, że jest ona niezgodna z prawem, ponieważ nie wymieniała error intolerabilis – poważnego błędu doktrynalnego, który dowodziłby tego nieposłuszeństwa.

Proces Savonaroli poprzedza jeszcze wyzwanie go na swoisty pojedynek…

Pewien franciszkanin wezwał go do poddania się próbie ognia w celu udowodnienia prawdziwości jego misji proroczej. Na głównym placu miasta, przed ratuszem, wzniesiono dwa stosy, a między nimi ułożono wąską ścieżkę z cegieł. Savonarola miał przejść między płonącymi stosami; gdyby mu się udało, dowodziłoby to jego niewinności. Savonarola uznał to wezwanie za niepoważne. Podjął je natomiast w jego imieniu jego współpracownik Dominik z Fiesole, jeden z przeorów w kongregacji toskańskiej.

W dniu próby dominikanie wyszli ze swojego klasztoru w procesji, a brat Dominik stwierdził, że wejdzie między stosy, ale trzymając w rękach monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Franciszkanie się na to nie zgodzili, uznając żądanie za świętokradcze. Wybuchła gwałtowna kłótnia, zakończona niespodziewanym ulewnym deszczem, który zgasił ogień. Zrobił się tumult; dominikanie schowali się w swoim klasztorze, ale żołnierze miejscy, podburzeni przez „wściekłych”, ruszyli na San Marco, wywlekli z konwentu Savonarolę, brata Dominika i jeszcze jednego współpracownika przeora, brata Sylwestra. Trzej dominikanie trafili do więzienia. Oskarżono ich o wiele przestępstw, w tym m.in. podżeganie do morderstwa, ponieważ podczas zamieszania z rąk „płaczek” zginął jeden ze strażników.

Rozpoczął się proces, podczas którego przeciwnicy Savonaroli mieli jeden cel: uciszyć go w sposób definitywny. Więźniów oddano katom, którzy m.in. wieszali ich za ręce wykręcone do tyłu, wymuszając absurdalne zeznania. Savonarola wyznał pod wpływem tortur, że nigdy się nie spowiadał, że nie wyznawał grzechów śmiertelnych, że łamał tajemnicę spowiedzi, że miał na sumieniu przewinienia obyczajowe. Dla wszystkich było jasne, że to wszystko zostało wymuszone i sfałszowane. A Savonarola odwołał się do papieża. Chciał, żeby przewieziono go do Rzymu i tam osądzono.

Liczył, że w Rzymie, pod okiem swojego największego wroga, ocali życie?

Paradoksalnie papież też chciał ściągnąć Savonarolę do Rzymu. Aleksander VI zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia ze świętym człowiekiem. Przypuszczalnie zamierzał go uciszyć, osadzając w więzieniu, na pewno nie pragnął dla niego śmierci. Ale władze Florencji się na to nie zgodziły. Papież wysłał więc dwóch komisarzy: pewnego hiszpańskiego księdza i generała zakonu dominikanów Joachima Torrianiego – który nie darzył Savonaroli specjalną sympatią.

W więzieniu Savonarola napisał dwa ostatnie dzieła, komentarze do psalmów 51 (Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej ) i 90 (W Tobie, Boże, złożyłem nadzieję). Dlaczego nie napisał czegoś bardziej praktycznego, jakiegoś traktatu w swojej obronie?

Kiedy Savonarola poprosił strażników o papier i coś do pisania, wszyscy sądzili, że będzie tworzył swoją apologię. Że wyjaśni swoje stanowisko, jasno określi, kto jest dobry, a kto zły, oskarży swoich prześladowców. Tymczasem powstały dwa przepiękne traktaty (Medytacje więzienne), dzięki którym możemy zrozumieć jego sposób myślenia i duchowość. Tymi tekstami zachwycali się – i nawracali się przy nich – tacy święci jak Filip Neri czy Katarzyna Ricci, był to też ulubiony tekst Marcina Lutra, który upatrywał w Savonaroli swojego poprzednika.

Savonarola i jego współbracia zostali skazani na śmierć. Trzeba jednak dodać, że Aleksander VI zdobył się na gest niezwykły: zaproponował skazanym odpust zupełny zwalniający ich z wszelkich kar czyśćcowych i przebaczający wszelkie winy. Savonarola i jego bracia przyjęli ten odpust tuż przed samą egzekucją: umarli więc w stanie łaski uświęcającej. 23 maja 1498 roku zostali powieszeni na placu przed ratuszem, a ich ciała spalono na stosie. Prochy wrzucono do rzeki Arno – tak, aby nie pozostała żadna relikwia. Byli tacy, którzy zrozpaczeni rzucali się w nurt wody, żeby cokolwiek wyłowić… Szybko też powstał, żywy do dzisiaj, zwyczaj składania róż w miejscu, w którym stała szubienica Savonaroli.

A jego dzieło?

Przetrwało. Renesans to epoka wielkich indywidualności i wybitnych dzieł. Wśród nich jest również Savonarola, człowiek, który dał jeden z pierwszych impulsów wielkiej reformie Kościoła. To bardzo znaczące, że żaden z papieży – nawet Aleksander VI! – nie pozwolił na potępienie Savonaroli (zakazał jedynie drukowania kilku jego kazań, najostrzej krytykujących papiestwo). Kolejny papież Juliusz II kazał namalować Savonarolę w Kaplicy Sykstyńskiej obok św. Tomasza. Dopiero w późniejszym czasie, kiedy protestanci zaczęli uważać Savonarolę za swojego prekursora, papież Paweł IV zamierzał uznać go za heretyka, jednak powołana w tym celu komisja teologiczna odrzuciła ten pomysł.

Czy były jakieś przymiarki do kanonizacji Savonaroli?

Tak, a we Włoszech trwa jego nieformalny kult. Nigdy nie został zatwierdzony, ponieważ teologowie mają problem z oceną ekskomuniki i nieposłuszeństwa Savonaroli. Moim zdaniem, jego życie, nauczanie, dzieła oraz fakt, że umarł w stanie łaski uświęcającej, dają podstawy do uznania w nim świętego. Może to kiedyś nastąpi.

Czy dzisiaj jest sens wracać do kazań tego XV-wiecznego radykała?

Oczywiście. Szczególnie teraz, w Roku Miłosierdzia, powinniśmy przeczytać jego niezwykłe, a wręcz szokujące Medytacje więzienne. Nie przyjmiemy bowiem w pełni miłosierdzia Bożego, jeżeli wcześniej nie uznamy swojej grzeszności. Przedziwne są te ostatnie słowa brata Hieronima, wypowiedziane na chwilę przed rozpaleniem stosu na florenckim rynku: „Chrystus wiele za mnie wycierpiał”.

Stos w mieście kwiatów
Tomasz Gałuszka OP

urodzony 4 czerwca 1978 roku w Jarosławiu – dominikanin, historyk, mediewista, doktor habilitowany historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor teologii, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, nauczyciel...

Stos w mieście kwiatów
Maciej Müller

urodzony w 1982 r. – studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. W „Tygodniku Powszechnym” odpowiedzialny za dział „Wiara”. Współpracuje r...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze