Pomarańcze z pałacu
fot. adam wilson / UNSPLASH.COM

Pomarańcze z pałacu

Dziecięce powroty z wakacji wyglądały zawsze tak samo. Całonocna podróż pociągiem znad morza czy z gór, twarde drewniane ławki, oczy czerwone z niewyspania i od parowozowego dymu. Mamy niecałe piętnaście lat i nie robi to na nas większego wrażenia. Ale już tęsknimy za domem i przez brudne okna wagonu kolejowego wypatrujemy tego, co jest jego pierwszym symbolem. To jest Pałac Kultury i Nauki.

Może to strasznie brzmi dla starych warszawiaków, ale ja też jestem stary warszawiak, tyle że urodzony po wojnie. Mnie ten widok nie drażnił. Kiedy w 1945 roku do stolicy wracali jej przedwojenni mieszkańcy, płakali na widok wypalonych murów. Nie mieli żadnego symbolu miasta, bo wszystkie zostały zniszczone. Musieli je odbudować.

To było pokolenie moich rodziców. Ja gruzów nie uprzątałem, chociaż jeszcze przez lata wiele widziałem. Dopiero odrastałem od ziemi, ale pamiętam, że ofiarodawca pałacu i jego patron Józef Stalin nikomu się nie podobał, natomiast sama budowla, niezależnie od jej walorów architektonicznych i estetycznych, napawała dumą.

To, że wielki naród radziecki dał nam pałac w darze, nie wzbudzało większych emocji, a jeśli już, to niezbyt dla tego narodu korzystne. Tym bardziej że w związku z budową gmachu przestało istnieć historyczne centrum Warszawy. Wyburzono wiele domów, które po zniszczeniach wojennych można było jeszcze przywrócić do życia. W jednym z nich, przy ulicy Wielkiej, mieszk

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się