Święty Józef. Niedopowiedziana historia
Whiplash, reż: Damien Chazelle, występują: Miles Teller, J.K. Simmons, Melissa Benoist, USA 2014, dystrybucja: UIP
”Nie ma w języku angielskim gorszego stwierdzenia niż dobra robota” – to jedna z istotniejszych kwestii, pojawiających się w filmie Whiplash, zwycięzcy ubiegłorocznego Sundance – najważniejszego festiwalu filmowego poświęconego kinu niezależnemu. Twórca filmu, Damien Chazelle, zastosował się do tych słów. Whiplash mógł bowiem być filmem dobrym, jest wybitnym. Dlaczego? Bo jego autor nie bawił się w półśrodki.
Skazany na samotność?
Zaczyna się standardowo: młody Andrew (kolejna znakomita rola Milesa Tellera – według krytyków następcy Roberta De Niro) złapał Pana Boga za nogi; jego zgłoszenie do nowojorskiego konserwatorium zostało rozpatrzone pozytywnie, a on sam, pewny siebie pierwszoroczniak, trafił na zajęcia do słynnego profesora Fletchera.
Flechter to znakomity nauczyciel, spod skrzydeł którego wyfrunęło wielu wybitnych muzyków. Niestety Andrew nie wiedział, że metody szkoleniowe Fletchera bardziej kojarzą się z treningiem marines niż nobliwą alma mater. Fletcher w swoim okrucieństwie jest jeszcze bardziej cyniczny niż sierżant Hartman z Full Metal Jacket; u Kubricka mistrz niszczył uczniów z pogardy dla tzw. mięsa armatniego, żołnierzy usytuowanych najniżej w wojskowej hierarchii, w Whiplash zaś sadystyczny mentor celuje przede wszystkim w najzdolniejszych, rzekomo dlatego, by wyciągnąć z nich absolutne maksimum. Jak jest w rzeczywistości? Być może Flechter – niespełniony muzyk – mści się w ten sposób, że kiedyś nie dostrzeżono jego talentu?
Z kameralnego dramatu historia nabiera iście epickiego oddechu: finałowe solo na perkusji jest nakręcone z taką mocą, że cała widownia mimowolnie wytupuje rytm stopami, starając się choć w drobnym stopniu dogonić szalejącego za bębnami Andrew. Czyli co, jednak się udało? Nie wiadomo, bo nie tylko zakończenie, ale i cały film Chazellea jest otwarty.
Padają zarzuty, że Whiplash fałszuje obraz twórcy, pragnącego osiągnąć maestrię w swojej dziedzinie. Bo film faktycznie nie pozostawia złudzeń: wirtuoz musi wyzbyć się wszystkiego – rodziny, przyjaciół, miłości, całego świata. Jego uniwersum rozpościera się pomiędzy czterema ścianami sali prób. Czy faktycznie geniusz musi być skazany na samotność? Czyż właśnie nie dlatego technokraci, tacy jak założyciel Applea Steve Jobs czy eksplorujący kosmos szef Tesla Motors Elon Musk – wyprzedzili swoją epokę, bo niemal całkowicie wyzbyli się życia prywatnego? Umysł geniusza musi być wolny od zajmowania się sprawami codziennymi, dla niego codzienność nie istnieje. Umysł kandydata na geniusza musi tym bardziej być czysty. A przecież Andrew, choć ewidentnie ma nierówno pod sufitem w kwestii swojego zaangażowania w muzykę, potrafi dotknąć ziemi i zaprotestować przeciwko swojemu zwyrodniałemu nauczycielowi. Więcej, w imię zdrowego rozsądku rozważa nawet powrót do „normalnego” życia, takiego ze szkołą, dziewczyną i rodzinnym domem w tle. Jedna z koleżanek recenzentek napisała, że Whiplash to pojedynek dwóch psychopatów. Stanowczo protestuję – umysłowy defekt to jedno, wygórowane ambicje to drugie. Nikt przecież nie nazwie Cristiano Ronaldo wariatem tylko dlatego, że dzień w dzień ćwiczy „po godzinach” strzelanie rzutów wolnych, choć przecież mógłby w tym czasie iść sobie na piwo.
Szlifowanie diamentu
Wielorako można interpretować też pojedynek mistrza i ucznia, będący osią Whiplash. Mentor, koncertowo zagrany przez J.K. Simmonsa (prawdopodobieństwo, że to on odbierze Oscara za najlepszą rolę drugoplanową jest ogromne) wyżywa się na młodym Andrew niczym kat podczas tortur. Nienawidzi go z całego serca za jego talent. A jednak jest w jego figurze coś z surowego ojca, który karze z miłości, w imię wyższych celów. Czy przekracza granice wychowawcze? Czy w ogóle takowe istnieją, jeśli chce się oszlifować diament? Na te pytania Damien Chazelle również nie udziela odpowiedzi. Widzowie muszą odpowiedzieć sobie sami.
Jest jeszcze rzekomy wątek mizoginistyczny, z lubością wychwytywany przez krytyków w spódnicy, a traktujący o całkowitej eliminacji kobiet w muzycznym świecie Damiena Chazellea. Istotnie, scena w Whiplash jest dość mocno zmaskulinizowana, a jedyna przedstawicielka płci pięknej – młoda dziewczyna, którą Andrew tyleż nieudolnie, co uroczo stara się zaprosić na randkę – zostaje odepchnięta przez głównego bohatera, gdy tylko pojawia się obawa, że związek mógłby przeszkodzić w rozwoju jego kariery. Zapewne można zinterpretować ten scenariuszowy zabieg jako seksistowską pochwałę triumfu męskości, ja jednak wstrzymałbym się z ferowaniem tak odważnych sądów. Po pierwsze – chłopak ma w filmie zaledwie 19 lat, w tym wieku popełnia się podobne głupstwa. Po drugie – kobiecy jazz sam w sobie nie miał nigdy zbyt silnej tradycji; panie najczęściej pojawiały się za mikrofonem, odsetek trębaczek, saksofonistek, pianistek czy basistek był zawsze niewielki, co dopiero w przypadku perkusji, bodaj najbardziej „siłowego” instrumentu świata. Aby ostatecznie zadać kłam węszącym seksizm teoriom, sięgnąłem po składy osobowe wybitnych nowojorskich orkiestr. Metropolitan Opera Orchestra – lekka przewaga kobiet. American Classical Orchestra – lekka przewaga kobiet. Parytety pozostają zachowane.
Zresztą Damien Chazelle zapewne nie zaprzątał sobie tym głowy. Jego Whiplash atakuje zmysły niczym najpiękniejsza opera z porządnym systemem nagłośnieniowym; jazzowe standardy z tytułowym na czele (co ciekawe, legenda głosi, że ten utwór, przedstawiony w filmie jako rzecz niemal niemożliwa do wykonania, w istocie stanowi część podstawowego i dość łatwego kanonu, który każdy szanujący się amerykański muzyk musi odtworzyć) będą grać widzom w uszach jeszcze wiele tygodni po seansie. Zrealizowany niemal na podobieństwo struktury jazzowej film – jest wstęp, rozwinięcie, interludia, improwizacja, punkt kulminacyjny – to kapitalny, toczący się na wielu planach pojedynek: pary bohaterów, pary aktorów, szeregu stale obecnych na ekranie i w głośnikach instrumentów. Fałsze też są, ale niezauważalne, bo czym jest jedna czy dwie nieudane sceny (jak choćby wypadek samochodowy Andrew) przy mistrzowskiej reżyserii, szeregu fenomenalnie skręconych scen, kreacjach rozsadzających ekran. Przepełniony emocjami Whiplash hipnotyzuje do tego stopnia, że po napisach widz czuje fizyczne wręcz zmęczenie, równoważone jednak czystą radością kinomana. Zupełnie jak muzyk po wymagającym, ale udanym występie.
Proszę nie przegapić tego autentycznie koncertowo zrealizowanego filmu. To jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy tytuł, który w nadchodzącym roku pojawi się na polskich ekranach.
Oceń