Opowieści wigilijne
fot. mitchell luo / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Od dzieciństwa wigilia była dla mnie ważnym spotkaniem w rodzinnym domu. Siadaliśmy do niej wszyscy, rodzice i rodzeństwo. Była modlitwa i czytanie Ewangelii, dzielenie się opłatkiem i tradycyjne wigilijne potrawy, choć nie zawsze mogłem się doliczyć dwunastu. A potem były również pod choinką drobne prezenty i śpiewanie kolęd, a przede wszystkim wspólne wyjście, a raczej wyjazd na pasterkę. Mieszkałem sześć kilometrów od parafialnego kościoła. Na pasterkę jechaliśmy więc pociągiem, a po niej wracaliśmy pieszo. Utkwiły mi w pamięci te wspólne piesze powroty z Gniewkowa. Szliśmy niemal całą wioską, razem, nieraz w pięknie skrzącym się śniegu, a nieraz pod parasolami, w padającym deszczu. Tak było do czasu moich święceń kapłańskich.

Pierwszą kapłańską wigilię spędziłem jako wikariusz w domu śp. księdza biskupa Jana Wiktora Nowaka w Bydgoszczy. W gronie księży i sióstr zakonnych spotkaliśmy się najpierw przy stole z osobami samotnymi, które ksiądz biskup zapraszał na wieczerzę. Towarzyszyła mi ta sama Ewangelia o Bożym Narodzeniu, tradycyjny opłatek i życzenia, a potem także – już u księdza biskupa przy choince – wraz z księżmi i siostrami śpiewanie kolęd i znów wyjazd na pasterkę. Ksiądz biskup miał zwyczaj odprawiać pasterkę w którymś z budujących się wówczas bydgoskich kościołów. Były więc pasterki pod gołym niebem i te w tzw. betlejemkach – prowizorycznych wiatach, a także te w tymczasowych kaplicach oraz już otwartych kościołach. Nieraz była to dosłownie pierwsza msza święta sprawowana w nowym, jeszcze będącym w dość surowym stanie kościele.

W czasie rzymskich studiów Boże Narodzenie spędzałem w Levigliani – w małej, górskiej miejscowości, w sercu toskańskich Alp Apuańskich. Niestety, w parafii, która w sezonie letnim i świątecznym zapełniała się turystami, nie było na stałe proboszcza. Mieszkał w sąsiedniej wiosce, stary i schorowany, i bardzo się cieszył, gdy w tym czasie przyjeżdżał student i go wspomagał. Przez kilka dni, a niekiedy i tygodni, przynajmniej do Trzech Króli, mogłem samodzielnie stawiać pierwsze proboszczowskie kroki. Ustalałem godziny sprawowanych mszy świętych i spowiedzi, wywieszając je spisane na kartce nie tylko przy kościele, ale i w wiosce, zwłaszcza w hotelach.

Pierwsza włoska wigilia była dość smutna. Po przyjeździe do parafii zadzwoniłem do proboszcza ze świątecznymi życzeniami i zapytałem, jak ten wieczór zazwyczaj wygląda. Poradził mi, bym zjadł szybką kolację na plebanii, a potem usiadł do konfesjonału i do pasterki spowiadał wiernych. Zjadłem więc samotnie rybę z puszki, później zaś poszedłem do kościoła i czekałem na penitentów. Niewielu jednak przyszło. Po uroczystej pasterce plebania wypełniła się radosnymi parafianami. Przyszli złożyć mi życzenia i razem ze mną świętować Boże Narodzenie. Gdy trochę się im wówczas wyżaliłem, że tę pierwszą, włoską wigilię spędzałem samotnie, postanowili, że w przyszłym roku zaproszą mnie do siebie. I tak było już przez wszystkie następne lata. W towarzystwie miejscowych rodzin spędzałem święta. Nie było oczywiście tradycyjnej polskiej wieczerzy wigilijnej i białego opłatka. Była natomiast zawsze uroczysta kolacja, a po niej, jeszcze przed pasterką, wspólny wyjazd do położonego w pobliżu miasteczka, a raczej górskiej wioski, która właśnie raz w roku, i to dokładnie w wigilijny wieczór, przyciągała rzesze turystów i miejscowych. Tej właśnie nocy osada zamieniała się bowiem w barwne widowisko, pięknie oświetlone, ukazujące historię i przeszłość jej mieszkańców. Spacerując uroczymi uliczkami, można było zaglądać do pootwieranych na oścież podwórek i domów, spotkać pracujących tam ludzi, którzy używali historycznych narzędzi. Wszystko wyglądało jak przed wiekami. Wieczorna wędrówka kończyła się przed północą i czas było wracać na pasterkę do Levigliani.

Gdy po studiach wróciłem do gnieźnieńskiego seminarium, zastałem wprowadzony przez księdza arcybiskupa Henryka Muszyńskiego zwyczaj, że na Boże Narodzenie zostaje w seminarium jeden rocznik kleryków i towarzyszący im wychowawcy oraz profesorowie. Na wigilijną wieczerzę wraz z księdzem arcybiskupem przychodzili również księża pracujący w kurii. Z tych seminaryjnych wigilii, które przeżywałem najpierw jako prefekt, a potem rektor seminarium, zapamiętałem zwłaszcza wspólne śpiewanie kolęd. Ksiądz arcybiskup zachęcał nas, abyśmy śpiewali wszystkie znane i nieznane nam zwrotki. Klerycy przygotowywali śpiewniki i tak kolędowanie trwało długo po kolacji. Potem szliśmy na pasterkę do katedry.

Kiedy zostałem biskupem pomocniczym, wróciłem po latach do rodzinnych spotkań przy wigilijnym stole. Jechałem na wieczerzę wigilijną do domu, ale po drodze zatrzymywałem się ze świąteczną wizytą w którymś ze szpitali znajdujących się na terenie naszej archidiecezji. Na święta zostawali w nich ci, którzy nie mogli spędzać ich w rodzinnym gronie. Chodziłem więc w to wigilijne popołudnie po szpitalnych pokojach, rozmawiałem i modliłem się z chorymi. Po domowej wieczerzy wigilijnej jechałem najczęściej na pasterkę do małej, wiejskiej wspólnoty parafialnej, w której obecność biskupa nie była z pewnością czymś codziennym.

Dziś przede mną nowy etap. Wieczerza wigilijna w rezydencji arcybiskupów gnieźnieńskich, prymasów Polski, a potem ta sama Ewangelia o narodzeniu i pasterka w katedrze. Kolejny wigilijny wieczór, który przypomni wszystkie minione święta. Czas Boga i czas człowieka. Czas otwarty. 

Opowieści wigilijne
abp Wojciech Polak

urodzony 19 grudnia 1964 r. w Inowrocławiu – arcybiskup metropolita gnieźnieński, prymas Polski (od czerwca 2014 r.), doktor teologii moralnej Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego w Rzymie. Rektor Prymasowskiego Wyższego...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze