On pierdoła, ona fajna
fot. thana gu / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Kolęda to nie miejsce na pouczanie ludzi. Niektórzy duchowni próbują na baczność postawić lud Boży: nie bardzo wiadomo, czy przed Panem Bogiem, czy przed sobą.

To nieprawda, że kolęda stresuje tylko parafian. Księdza nawiedzającego wiernych również zżera stres. Nie wie, czy przywita go rozmodlona rodzina z dziećmi trzymającymi w rękach zeszyty od religii, czy też wrogo nastawieni do księdza i Kościoła „wierzący niepraktykujący”. Najbardziej bolą zamknięte na trzy spusty drzwi. Już lepiej odpowiadać na pytania w stylu: „A po co wam celibat” lub „Dlaczego księża jeżdżą drogimi samochodami”, niż zderzyć się z obojętnością lub agresją.

Cyrk

Sprawę kolędy reguluje 529 artykuł prawa kanonicznego.

„Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznawać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza w niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeśli w czymś niedomagają – roztropnie ich korygując”.

W dużych parafiach, liczących po dwadzieścia, trzydzieści tysięcy ludzi, poznawanie wiernych rozpoczyna się zaraz po Bożym Narodzeniu, a kończy w pierwszych dniach wiosny. Księżą chodzą po pięć, sześć godzin dziennie, wieczorami. Statystycznie na jedną rodzinę przypada pięć, dziesięć minut. Taka kolęda to harówa. A czasami niezły cyrk. – Ludzie myślą, że jeśli nie przyjmą kolędy, to ksiądz nie ochrzci im dziecka albo odmówi katolickiego pogrzebu – opowiada jeden z księży, który już od kilku lat nie chodzi po kolędzie. – Widać też, kto chodzi do kościoła, a kogo osoba księdza krępuje. Jakby ksiądz był kosmitą.

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego opracował raport Kolęda 2010. W diecezji radomskiej mniej niż 2 proc. respondentów deklaruje, że nie przyjmuje kolędy. W diecezji bydgoskiej tylko co dwudziesty badany zamyka drzwi przed księdzem. W warszawskiej jedynie 8 proc. nie ugości swojego proboszcza. Polacy nie pójdą do spowiedzi wielkanocnej, ale księdza po kolędzie przyjmą!

Księża najczęściej pytają o to, jak się żyje rodzinie, czym się zajmują jej członkowie i „co chcieliby państwo zmienić w swojej parafii”. – Czasem słyszałem uwagi, które od dawna były nieaktualne. Ale bywa, że samotny ojciec zwierzy się z problemów z wychowaniem kilkunastoletniego syna – mówi ojciec Wojciech Dudzik, który odwiedzał wiernych w Szczecinie.

Doskonale pamięta kolędę, kiedy poczuł się jak intruz. Rozmowa trwała bardzo krótko.

– Jak się pani żyje?
– Źle.
– Jak się pani czuje?
– Źle.
– Czy ma pani dzieci?
– Nie.
– To nie będę przeszkadzał. Szczęść Boże.

Ksiądz Eda Jaworski, proboszcz parafii w Gułtowych koło Poznania, po chwili rozmowy o kolędzie proponuje od razu przejść do konkretów. – Nie powiem, ile ludzie średnio dają w kopertach, żeby się tym nie sugerowali (śmiech). Średnio w mojej małej parafii zbieram 20 tysięcy złotych. Wszystko wydaję na spłatę długów, m.in. za remonty.

Ksiądz ma prawo wziąć sobie do kieszeni część pieniędzy. Przez 13 lat ksiądz Jaworski wziął tylko raz. Było to 5 tysięcy złotych.

Wystające nogi

W wielu parafiach jest taki zwyczaj, że księdza na kolędę trzeba zaprosić. W ten sposób kapłani mogą uniknąć nieprzyjemnych sytuacji: zatrzaskiwanych przed nosem drzwi, rozmów z zacietrzewionymi ateistami albo oglądania tzw. „wystających nóg”. Zdarza się czasami, że mimo zaproszenia nikt nie otwiera, a za drzwiami słychać jedynie szczekającego psa.

„Wystającymi nogami” nazywa się ukrywających się w mieszkaniu członków rodziny, którzy nie mają ochoty rozmawiać z proboszczem albo są niewierzący. O „wystających nogach” opowiada mi Tomasz, pracownik firmy spedycyjnej z Poznania. – W moim rodzinnym domu takimi „wystającymi nogami” był ojciec. W czasie kolędy schodził do piwnicy, w której mieliśmy sklep obuwniczy. Któregoś roku nasz wikary zaraz po kolędzie zapragnął kupić sobie nowe buty. Mama sprowadziła go na dół, do sklepu. Zza drzwi wyskoczył tata i dobierał księdzu wygodne trzewiki. Nigdy nie widziałem tak sumiennie obsłużonego klienta. Nigdy też nie widziałem tak dobrej gry aktorskiej lubianego zresztą przeze mnie wikarego. Ani przez chwilę nie dał po sobie poznać, że jest zaskoczony „schowanym” parafianinem.

Podchmieleni

Niewielu księży ma tyle szczęścia, co ojciec Mirosław Nowak, który przed laty pracował w parafii dominikanów na Służewie w Warszawie. W jednym mieszkaniu ksiądz mógł spędzić nawet pół godziny, a jak trzeba było, to nawet godzinę. Ojciec Mirosław uwielbia wspominać wzruszające opowieści starych warszawiaków. Do dziś staje mu przed oczami siostra sekretarki generała Kutschery. – Ta kobieta ze łzami w oczach opowiadała, jak dzięki jej siostrze AK miała dokładny plan dnia kata Warszawy. Siostra wpadła przez przypadek. Była łapanka na ulicy. Harcerze, uciekając przed Niemcami, wcisnęli jej do torebki ulotki i bibułę. Zginęła na Pawiaku – opowiada ojciec Nowak.

I właśnie o słuchanie parafian w czasie kolędy chodzi. To nie miejsce i czas na ewangelizację. Chodzi o to, by ludzie zobaczyli, że ksiądz to normalny człowiek. Choć czasem trzeba ratować się ucieczką. Ojciec Nowak wspomina sytuację ze Szczecina. Dzieci śpiewają kolędę, na stole leżą otwarte zeszyty do religii, a tu nagle wpada pijany tatuś, wrzeszcząc wulgarnie „ty taki i owaki”. Ojciec Nowak z ministrantami uciekał, gdzie pieprz rośnie.

Są i śmieszne historie. Chociażby ta. Jeden z księży wchodzi do mieszkania, a tam na ścianie duże zdjęcia młodej dziewczyny. Gospodarz, widząc pytający wzrok duszpasterza, mówi: – Córka jest tam, gdzie kiedyś wszyscy będziemy. „O Boże, ona nie żyje” – pomyślał kapłan. – Pracuje w Irlandii – dodał rozbawiony parafianin.

Jeszcze jedna historia. Kolejne mieszkanie, samotny mężczyzna, stół, biały obrus, krzyż. Nad nim, na ścianie, wisi kiczowaty kobiecy akt. – I się modlimy – śmieje się ojciec Dudzik. – Tylko nie wiadomo, do kogo.

Zdarza się, że księdza wita nie tylko pijany tatuś, ale cała pijana rodzina, łącznie z dorosłymi dziećmi. – Nikogo nie pouczam, jak ma żyć. Nie ma się co puszyć. Słabość ludzka i tyle – kwituje ojciec Nowak, którego gościło wielu podchmielonych parafian.

Dowcip o chodzeniu po kolędzie

– Proszę państwa, co byście chcieli zmienić w naszej parafii, w naszym kościele? – pyta kapłan.
– Proszę księdza, nam się wszystko podoba.
– To się bardzo cieszę.
– A ksiądz to u nas chyba od niedawna, prawda?
– No, od niedawna. Jestem tutaj już siedem lat.

A ministrant marznie

Parafia na poznańskim Łazarzu. Grzegorz. Były ministrant. Dla niego i kolegów ministrantów kolęda to była po prostu zbiórka pieniędzy. – Gdy zbliżał się grudzień, zaczynaliśmy sumiennie pojawiać się na mszach. Nawet w poniedziałki. Proboszcz, wyznaczając dyżury kolędowania, brał pod uwagę, który z chłopców zjawiał się w tygodniu, a który unikał służenia do mszy nawet w niedziele – opowiada Grzegorz.

Zrezygnował z bycia ministrantem po aferze z pustą kopertą w mieszkaniu jednej ze starszych parafianek.

Na Łazarzu wiele klatek schodowych było nieoświetlonych i nieogrzanych. Ponieważ ministranci chodzili parami, to raz jeden czekał w ciepłym mieszkaniu, a drugi wychodził z księdzem, a później było na odwrót. Drugi grzał się przy stole, a ten pierwszy czekał na schodach.

Kolega Grzegorza został sam w pokoju. Na stole leżała koperta. Połakomił się na jej zawartość. Liczył, że ksiądz, który otworzy kopertę na plebanii, pomyśli, że starsza kobieta wstydziła się przyznać, że nie ma pieniędzy. Tymczasem ksiądz postanowił nie zabierać koperty. Stwierdził, że ubogiej staruszce pieniądze są bardziej potrzebne niż parafii.

Na drugi dzień kobieta przyszła do księdza. Kolega Grzegorza przyznał się do winy. Grzegorzowi po takim doświadczeniu odechciało się chodzenia po kolędzie.

Rafał. Również były ministrant. Sposób na zarobienie w czasie kolędy? Gitara. Zasada jest prosta. Ministrant w czasie mutacji piszczący pod nosem zbierze mniej. Ministrant z gitarą, który odegra nie jedną, a trzy kolędy, zbierze więcej. – Gdy kończył mi się repertuar kolędowy, śpiewałem piosenki Dżemu czy Grechuty. Śpiewałbym i Kasię Nosowską, ale ksiądz przychodził i szliśmy grać do kolejnego mieszkania – mówi Rafał. – Muzyka łagodzi obyczaje. Po moich koncertach nawet najbardziej spięci domownicy witali księdza z uśmiechem na twarzy.

Czasem służba ministranta to nie drużba. Zdarza się, że ministrant czeka na księdza na dworze. Moknie i marznie. Bywa też, że rodzina szykuje kawę i ciasto dla kapłana, a ministrant cały wieczór o suchym pysku. Ludzie dają ministrantom od dwóch do pięciu złotych. Dają, czyli wrzucają do skrzynki. Zebrane pieniądze najczęściej idą np. na wspólny wyjazd ministrantów w czasie wakacji. Jeśli wierzyć forom internetowym, na których piszą ministranci, to w jeden wieczór można zarobić nawet kilkaset złotych.

Mogę wam pomóc

Podczas kolędy nigdy nie wiadomo, co czeka człowieka za kolejnymi drzwiami. Ojciec Mirosław zastał raz starszego pana w zakrwawionych kalesonach, podartym podkoszulku i z rozbitym łukiem brwiowym. Na środku pokoju stał rozwalony stół, dookoła porozrzucane jedzenie i szkło z rozbitej w drzwiach szyby. Pan, po siedemdziesiątce, hucznie obchodził urodziny. Mężczyzna wyrzucił biesiadników z mieszkania i przyjął ojca Nowaka. Wyżalił się, wziął pobożny obrazek. Ojciec złożył mu życzenia i wyszedł na klatkę schodową. Za drzwiami mieszkania oprócz przepędzonych biesiadników czekała policja i pogotowie ratunkowe. – Proszę państwa, ja swoje już zrobiłem. Reszta należy do was – rzekł ojciec Nowak. I ruszył, by zapukać do kolejnych drzwi.

Mniej zaskakujące sytuacje spotykają księży w małych, wiejskich parafiach, gdzie kolędę przyjmują wszyscy parafianie. Tak jest w parafii św. Michała Archanioła we wsi Chwałkowo Kościelne. Ksiądz proboszcz Krzysztof Pawlicki na pytanie, czy lubi kolędę, mówi: – Tu nie ma co lubić. Prawo kanoniczne każe chodzić, to chodzę – tłumaczy. Kolęda zajmuje mu 10 dni. 20 minut na rodzinę. – Mam do odwiedzenia 128 domów. Uśmiecham się. Wszędzie jestem przyjmowany. Nawet przez tych, którzy chodzą do kościoła „do szynki i do choinki”. Po błogosławieństwie i podaniu ręki poruszam sprawy duchowe, a potem tłumaczę, że jako wspólnota jesteśmy odpowiedzialni za kościół. Ale nie oznacza to, że przychodzę po kopertę. Jak ktoś nie ma, to nie daje.

Najważniejsze jest, zdaniem wielu kapłanów, podejście do ludzi. – Zdarza się, że rodzina, którą odwiedzamy, ma tyle problemów, że od samego słuchania człowiek czuje się przytłoczony ogromem cierpienia i nieszczęść – mówi jeden z księży. – Wtedy niewiele trzeba mówić, wystarczy z nimi po prostu chwilę być.

Czasami trzeba spokojnie wyjaśniać kontrowersyjne sprawy, np. dlaczego Kościół nie dopuszcza do sakramentów ludzi żyjących z sobą bez ślubu. Pięknie o pomocy ludziom żyjącym w związkach niesakramentalnych mówi ojciec Nowak. – Mówiłem takiej parze: mogę wam pomóc. I to nie tak, jak sobie wyobrażacie. Nie mówię, że mogę wam coś załatwić. Mogę pomóc. To jest właśnie ewangelizacja. „Jedni drugich brzemiona noście”. Od mówienia, że „Jezus cię zbawi”, takiego „jezusikowania”, jestem zdystansowany.

Kartoteka

Księża prowadzą kartoteki parafian. Wpisują tam m.in., czy rodzina przyjęła kolędę, czy potrzebuje jakiejś pomocy, czy dzieci chodzą na religię. Czasami zdarzają się prawdziwe kwiatki. – Otwieram kiedyś kartotekę jednej z rodzin i czytam: „On: pierdoła”. Dobrze, że zajrzałem do tej kartoteki przed wyjściem na kolędę, bo strasznie mnie to rozbawiło – przypomina sobie jeden z księży. W innej kartotece, przy nazwisku gospodarza domu znalazł wpis: „vir catolicissimus” czyli „mąż arcykatolicki”. – Sam staram się wpisywać rzeczy pozytywne, na przykład „Ona: bardzo fajnie chciała rozmawiać o wierze” – wspomina.

Czasem księża, gdy chodzą po kolędzie, kładą kartotekę na stole, a między jej kartami powtykane są koperty. To znak: inni dają na parafię, wy też dajcie.

Poczęstunek to raczej rzadkość, ale jeśli już rodzina zaprasza na kolację, to stół ugina się od jedzenia i alkoholu.

– Kiedyś dobrze umięśniony pan zaproponował mi wypicie kielicha – opowiada ojciec Nowak. – Posłuchałem rady starszych ojców i podziękowałem za taką propozycję. Owszem, zdarzało się, że wypiłem kieliszek wina do kolacji, ale tylko wśród znajomych parafian.

Bywają też kolędy ocierające się o teatr absurdu. Ojciec Wojciech wspomina taką połączoną z urodzinami. Rodzice dzieci, które przyszły na przyjęcie, przebrani byli w postacie z bajek. Ksiądz idealnie wpasował się z habitem. Kolęda skończyła się wspólnym jedzeniem tortu.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni

Ksiądz Eda Jaworski nie chce opowiadać anegdot kolędowych. To sprawa ludzi, których odwiedza – ktoś mógłby się poczuć urażony. Ale chętnie przypomina historię, która ośmieszyła jego i jednocześnie dała mu nauczkę na długie lata.

Jako młody wikary miał pochować człowieka, który z Panem Bogiem był mocno na bakier. Proboszcz niezbyt chętnie wydał zgodę na pochówek. Kazał jednak wikaremu podkreślić, że to w ramach miłosierdzia, Bożej łaski. W czasie pogrzebu młody ksiądz Jaworski tłumaczył, że chowa człowieka, bo przecież jest miłosierdzie i Boża łaska. Po jakimś czasie podczas kolędy odwiedził wdowę po tym człowieku.

– Jest ksiądz młody, mam dla księdza naukę – powiedziała kobieta. – Przez całe życie chodziłam do kościoła.
– No wiemy. Dlatego pochowaliśmy pani męża.
– Ale wie ksiądz, że mój syn, tak jak mąż, należy do partii i jest wysoko postawionym urzędnikiem PZPR.
– No wiem.
– I co ksiądz nagadał na tym pogrzebie? – pyta kobieta. – Dał ksiądz mojemu synowi, o którego bardzo się martwię, argument, by nienawidzić Kościoła. Ocenił ksiądz mojego męża, i to publicznie. Jest ksiądz Panem Bogiem?

Od tamtego czasu ksiądz Jaworski wrył sobie do serca słowa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni, jaką miarą wy mierzycie, taką wam odmierzą, a dołożą jeszcze”.

– Jeśli będziemy dla ludzi prokuratorami, to oni staną się prokuratorami dla nas – mówi ks. Eda. – Kolęda to nie miejsce na pouczanie ludzi. Niektórzy duchowni próbują na baczność postawić lud Boży: nie bardzo wiadomo, czy przed Panem Bogiem, czy przed sobą. To się nie może udać.

Spotkanie

Niektórzy myślą o kolędzie jako o przykrym obowiązku, który trzeba odbębnić. Skąd ta niechęć? Może stąd, że nigdy nie kupiliśmy kropidła i krzyża, że z Kościołem nie zawsze nam po drodze, więc obawiamy się niewygodnych pytań i uwag? A może nie mamy pieniędzy na ofiarę? Może nie lubimy swojego proboszcza? A może niepotrzebnie przypisujemy kolędzie jakąś nadzwyczajną rolę? Może wystarczy ją potraktować jako spotkanie człowieka z człowiekiem? Może właśnie tylko o to chodzi. Aż o to.

On pierdoła, ona fajna
Piotr Świątkowski

urodzony w 1980 r. – autor słuchowisk i audycji historycznych w Radiu Poznań, dziennikarz Polskiego Radia w Poznaniu, współpracownik dominikańskiego miesięcznika „W drodze”, autor reportaży historycznych. W 2017 roku w Dom...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze