Dla naszego zbawienia
fot. tetiana shyshkina / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 votes
Wyczyść

Pan Bóg nigdy nie wycofuje swojego planu wobec nas. Nie mówi: Drogi człowieku, skoro kombinujesz po swojemu, to sobie żyj po swojemu. Nie chcę, żebyś był zbawiony.

Katarzyna Kolska: „On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia” – powtarzamy te słowa co tydzień, nie do końca zastanawiając się nad tym, co mówimy. Co to znaczy, że Jezus nas zbawił?

Adrian Galbas SAC: Ściślej, mówimy: że Bóg „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego”. To znaczy, że całe życie Chrystusa jest „dla nas i dla naszego zbawienia”. Wszystkie słowa i wszystkie Jego czyny. Ale kulminacją jest oczywiście misterium paschalne: męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Zbawiając, Chrystus uwalnia nas od śmierci wiecznej i daje życie. Pełne życie tu na ziemi i życie wieczne w Bogu.

Czy musiało się to odbyć aż w taki drastyczny sposób? Ojciec poświęca Syna – to wbrew ludzkiej logice.

To pytanie sugeruje, że Ojciec jest jakimś krwiożerczym i krwiożądnym Bogiem, który chce niewinnej krwi i okrutnej ofiary swojego Syna. Co to za Bóg, który potrzebowałby tak strasznego okupu? Kościół nigdy nie przyjął takich teorii. Popatrzmy na to z innej, pozytywnej strony. Tą pozytywną stroną jest miłosierdzie Boże. Otóż Bóg tak kocha każdego człowieka, że pragnie uchronić go od wiecznego potępienia, na które człowiek skazuje się poprzez swój grzech. Co więc robi Bóg? W Swoim Synu – Chrystusie – sam staje się człowiekiem i – jakby tego było mało – dobrowolnie przyjmuje na siebie każdy grzech człowieka. Całkowicie jednoczy się z człowiekiem. Bezgranicznie się z nim solidaryzuje. A następnie – przez śmierć i zmartwychwstanie – pokonuje grzech, otwierając przed człowiekiem jasną drogę, prowadzącą do pełni życia. Motywem działania Chrystusa jest więc Jego nieskończona miłość i miłosierdzie, a nie jakaś krwiożercza żądza Ojca.

Pan Bóg nie mógł nas inaczej zbawić? Musiało się to stać na krzyżu?

To się stało przez krzyż i zmartwychwstanie! Kiedy Chrystus wisiał na krzyżu, to też krzyczano: „Zejdź z krzyża”. I z pewnością mógł to zrobić. Jak mówi św. Augustyn: „Chrystus mógł zejść z krzyża, ale wolał powstać z grobu”. Bo właśnie w ten sposób udowodnił, że jest Bogiem.

Gdyby zszedł, to by nas nie zbawił?

Gdyby zszedł, to by nie zmartwychwstał.

Czy zbawienie widać?

Widać owoce zbawienia. Człowiek, który otwiera się na dar ofiarowany mu przez Chrystusa, człowiek, który świadomie wybiera Chrystusa jako Pana swojego życia, pragnie Go naśladować – czyli robić to, co robił Chrystus i nie robić tego, czego On nie robił. To owocuje życiem radosnym, spełnionym, wytrwałym, mądrym, dobrym, czasem heroicznym.

Ale może ktoś nie chce być zbawiony.

Teoretycznie jest to możliwe, tak jak jest możliwe, by ktoś nie chciał być szczęśliwy, albo zdrowy, albo spełniony. Jest w tym jednak coś mrocznego, rozpaczliwego i nielogicznego. Mamy jednak nadzieję, że nawet ten człowiek, który tu na ziemi odrzucał Chrystusa, gdy w chwili śmierci stanie z Nim twarzą w twarz – powie ostatecznie Chrystusowi „tak”.

Ale w Ewangelii Mateusza, gdy mowa jest o prześladowaniach, pada takie zdanie: „Kto wytrwa do końca, będzie zbawiony”. A co z tymi, którzy nie wytrwają?

Czytając to zdanie, trzeba pamiętać o kontekście, w którym zostało wypowiedziane. Te słowa miały być zachętą dla prześladowanych chrześcijan, by wytrwali w wierze, „aż do końca”, czyli aż do męczeńskiej śmierci. Absolutnie jednak nie wynika z niego, że ktoś nie będzie zbawiony.

Mówi ksiądz, że umierając na krzyżu, Bóg przywrócił nam wolność. Czy to w jakiś sposób nas nie determinuje, czy zbawczy plan Boga względem mnie nie ogranicza mojej wolności? Czy ja naprawdę jestem wolna?

Tak! Bóg mając plan wobec mnie – plan zbawienia, w niczym nie ogranicza mojej wolności.

Przecież to wciąż ja podejmuję decyzje. Wciąż mogę błądzić, robić mnóstwo głupstw, ba, postępować w sposób, który będzie sprzeczny z Jego wolą. Pan Bóg jest zawsze jakby krok przed nami. Wyprzedzając nas, daje nam odpowiednie światło i pomoc, ale kroków za nas nie stawia.

Skąd mamy wiedzieć, jaki jest plan Boga względem nas, żebyśmy mogli osiągnąć zbawienie?

Święty Paweł mówi: „Wolą Bożą jest wasze uświęcenie”. Wiemy więc na pewno, dokąd mamy dojść. Znamy cel. Sprawą otwartą jest droga prowadząca do tego celu. Dla każdego jego indywidualna. Każdy człowiek jest przecież niepowtarzalny i jedyny. Tu pojawia się sprawa tzw. życiowego powołania. Dla jednego będzie to małżeństwo, dla innego kapłaństwo albo konsekracja zakonna, a dla jeszcze kogoś życie w tzw. świecie w stanie bezżennym. Są też tzw. powołania szczegółowe, to znaczy, że ktoś ma predyspozycje, by być lekarzem, a ktoś nauczycielem, albo strażakiem, albo artystą…

Jak się w tym nie pogubić?

Swoje powołanie trzeba rozeznać. To jest trud, ale jednocześnie piękna przygoda. Musimy się sobie uważnie przyjrzeć: kim jestem, w jakie dary, talenty, charyzmaty zostałem wyposażony, jakie mam zainteresowania, czego pragnę.

W rozeznawaniu powołania dobrze też posłużyć się mądrością Kościoła wyrażoną w jego doktrynie (wielką pomocą może być np. lektura Katechizmu), ale też warto korzystać z mądrości mądrych ludzi. Nieoceniona jest np. pomoc kierownika duchowego czy spowiednika, albo rada kogoś zaprzyjaźnionego, ale mądrego. Dobrze, gdy (przynajmniej w kluczowych momentach życia) jest obok nas ktoś, kto pomoże rozeznać, czy to, co słyszę, jest rzeczywiście głosem Pana Boga, czy to może tylko jakieś widzimisię.

A co się dzieje, jeśli źle odczytamy nasze powołanie? Przecież tak się zdarza: małżonkowie porzucają małżeństwa, duchowni porzucają sutanny i zakony, a osoby samotne niekoniecznie czują się powołane do samotności i cierpią z tego powodu.

Oczywiście, że się zdarza! Czasami już na starcie dokonujemy złych wyborów. Wiemy, że są złe, ale mamy zbyt mało odwagi, żeby w porę się z nich wycofać. Brniemy w te ślepe uliczki tak długo, aż walimy w końcu głową w mur i boleśnie się przekonujemy, że dalej tą drogą nie da się już iść. Bywa też inaczej: droga nie jest ślepa. Przeciwnie: jest właściwa, ale niepozbawiona trudów. Jeśli zabraknie współpracy z łaską Bożą i osobistego wysiłku – wówczas zniechęcamy się tymi trudnościami i nie idziemy dalej.

Pan Bóg daje nam różne sygnały, że błądzimy, ale często je lekceważymy. Jednak nawet w momencie naszego kompletnego życiowego pogubienia nie zostawia nas samych, nie mówi: Drogi człowieku, skoro kombinujesz po swojemu, to sobie żyj po swojemu. Nie chcę, żebyś był zbawiony. Przeciwnie: znajduje nas w tych naszych powywracanych, życiowych sytuacjach i na nowo pokazuje ścieżkę prowadzącą do celu.

Każdy dzień przynosi nam tysiące sytuacji, w których dokonujemy różnych wyborów. Czy na każdym kroku musimy się zastanawiać, co będzie lepsze dla mnie i dla mojego zbawienia?

Byłoby to dosyć uciążliwe i frustrujące. Pomocą jest dobrze ukształtowane sumienie i ta prosta zasada, o której już wspomniałem: robię to, co robił Chrystus i nie robię tego, czego On nie robił.

Ale On był Bogiem!

I Człowiekiem, który przeszedł przez ziemię, dobrze czyniąc i nie krzywdząc innych! Ważne jest nasze nastawienie, to, że chcemy, że się staramy iść na co dzień, w dużych i małych sprawach życia, drogą zaproponowaną przez Chrystusa. Chrystus nie proponuje nam niczego, co byłoby niemożliwe do wykonania.

Prośmy codziennie rano Ducha Świętego, by kierował tego dnia naszymi krokami, a wieczorem zróbmy krótki rachunek sumienia i sprawdźmy, jak to było dzisiaj?

Oczywiście nie unikniemy błędów, licznych sytuacji, gdy będziemy dla kogoś źli, albo nawet okrutni, gdy damy się ponieść zbyt gwałtownym emocjom, gdy nasze zachowanie będzie dla kogoś gorszące. To jest część naszej ludzkiej kondycji. Ważne, by potem się nad tym zastanowić, zanalizować to, poszukać przyczyn takiego postępowania i spróbować następnym razem nie wpaść do tej samej dziury.

Czasami mówimy, że coś stało się przez przypadek: przypadkiem spotkaliśmy kogoś, kto został naszym małżonkiem, przypadkiem trafiliśmy do takiego, a nie innego zakonu, przypadkiem dostaliśmy pracę. Nawet w Ewangelii czytamy, że miłosierny Samarytanin przypadkiem przechodził drogą i zobaczył leżącego człowieka, który potrzebował pomocy…

Nie ma przypadków! Te tzw. przypadki to nic innego jak opatrzność Boża, czyli Boska dobroć i miłość, która kieruje życiem świata i życiem każdego z nas.

W ten sposób powracamy do myśli, że jednak wszystko jest przez Boga zaplanowane, a my mamy się poddać tej Bożej woli.

Nie lubię tego określenia, bo ono sugeruje, że wola Boża to jest taki młot, który co jakiś czas spada na nas z hukiem i zadaje nam ból. To mało ciekawa wizja Boga i człowieka. Powtarzam: to, że Bóg zna nasze wybory, w niczym nie ogranicza naszej wolności, bo przecież to wciąż są nasze wybory, za które każdy ponosi odpowiedzialność. Bóg cierpi z powodu naszych złych wyborów, a cieszy się dobrymi i – jak mówi święty Paweł – z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra.

Zatem zamiast mówić, że coś zdarzyło się przez przypadek, albo że Bóg postawił nas w jakiejś sytuacji, na którą nie mamy wpływu i musimy się jej poddać, lepiej zobaczyć, że Bóg coś mi mówi przez to konkretne zdarzenie, które mnie spotkało, przez tę konkretną sytuację, w której się znalazłem, że to wszystko jest elementem owego aktywnego współdziałania Pana Boga ze mną. To jest piękna przygoda.

Są w naszym życiu dramatyczne sytuacje, w których trudno dopatrywać się woli Boga. Nie chce nam się wierzyć, by dobry Bóg mógł chcieć czyjejś choroby, śmierci dziecka czy katastrofy samochodowej, w której ginie cała rodzina. A jednak często mówimy: Bóg tak chciał.

Bóg tak nie chciał! Bóg jest Bogiem życia, a nie śmierci. Śmierć nie jest od Niego. Podobnie cierpienie. Bóg nie zsyła nam cierpienia, ale pomaga nam je znieść i wyprowadza z niego dobro. Za cierpieniem jednego człowieka stoi zwykle drugi człowiek. Największym dramatem i tajemnicą jest oczywiście cierpienie niewinnych, ale i tu jest jakaś nadzieja. W Piśmie Świętym czytamy dość znaną historię Józefa egipskiego, niewinnego człowieka, który został sprzedany przez swoich braci w niewolę. Kto był sprawcą jego cierpienia: Bóg czy ci bracia? Odpowiedź jest oczywista. Ale co się dzieje dalej w tej historii? Po latach Józef spotka się z tymi braćmi i mówi im: Chociaż wy zamierzyliście to jako zło, Bóg wyprowadził z tego dobro. Największym złem, jakie moglibyśmy sobie wyobrazić, jest niewinna śmierć Chrystusa: Syn Boży zostaje zamordowany przez człowieka. A jednak Bóg z tego największego zła wyprowadza największe dobro!

Kiedy więc my, wierzący, spotykamy się z takim niezrozumiałym cierpieniem i krzywdą, mamy dwie możliwości. Albo się zbuntować i powiedzieć: Kpiną jest mówienie o miłosierdziu i miłości Boga i ja nie chcę mieć z takim Bogiem nic wspólnego, albo powiedzieć: Boże, ja tego nie rozumiem, to jest dla mnie jakaś nieszczęśliwa i tragiczna tajemnica, ale ufam Tobie. Ufam, że to nie jest bez sensu, że Ty z tego wyprowadzisz dla mnie jakieś dobro.

W gorszej sytuacji są osoby niewierzące – im chyba łatwiej wtedy pogrążyć się w rozpaczy i beznadziei. Myślę czasami o tej żonie Hioba, która straciła wszystko. Mąż był wierzący, a ona? Co ona o tym myślała? Jak sobie z tym poradziła? Jakimś wyzwaniem dla nas, chrześcijan,jest to,byśmy poczuli się współodpowiedzialni za te żony Hioba, byśmy umieli właściwie znaleźć się wobec tych, którzy nie mają wiary, a stają w obliczu jakiegoś okrucieństwa i bezsensownego cierpienia. Byśmy spróbowali im jakoś pomóc. Np. naszą modlitwą, cichą obecnością, dobrym gestem.

Czy my, którzy chcemy dostąpić zbawienia, mamy prawo zbuntować się przeciwko Bogu i krzyczeć: Dlaczego na to pozwalasz?

Chrystus na krzyżu też krzyknął: „Boże, mój Boże, czemuś Mnie opuścił?”. Może chciał nas przez to ośmielić?! Bóg chce, byśmy w modlitwie byli nie tylko pobożni, ale i prawdziwi. Jeśli czujemy się udręczeni, jeśli coś nas przerasta, to bądźmy przed Nim szczerzy. Powiedzmy: Nie chcę tego, nie rozumiem, to jest okrutne. Czytajmy psalmy. Ile tam jest szczerej modlitwy: w smutku, w beznadziei, w opuszczeniu…

Ale kiedy tak idziemy przez cienistą dolinę i końca drogi nie widać, może nam się odechcieć tego zbawienia.

W ciemnej dolinie Bóg jest najbliżej, tylko że tego nie widać, bo mało, że to dolina, to na dodatek ciemna. A całe nieszczęście, gdy do tego wszystkiego jest jeszcze długa. Trzymajmy się jednak wtedy tego pewnego światła, które jest w Eucharystii. Nie róbmy niczego za szybko, w emocjach, bezmyślnie albo pod wpływem złych doradców. Trwajmy, nawet wbrew sobie. Każda, nawet najciemniejsza i najdłuższa dolina ma swój kres.

Prawda o powszechnym zbawieniu tak po ludzku wydaje się niesprawiedliwa. Ktoś może nie chcieć, by obok niego, w niebie, był jego oprawca.

U Boga sprawiedliwość nie ma ostatniego słowa. Ponad sprawiedliwością jest jeszcze miłość, a ponad miłością jest miłosierdzie. Z naszego punktu widzenia, gdy znamy tylko część prawdy, mamy prawo myśleć, że to przecież niesprawiedliwe, by ten łajdak, który zrobił komuś tyle krzywdy, miał być zbawiony. Ale może kiedy będziemy już po drugiej stronie życia i zobaczymy wszystko z perspektywy Pana Boga, to nasze myślenie będzie inne?

Mój profesor od dogmatyki mówił często: Nie módlcie się tak bardzo za tych, którzy umarli, ale za tych, którzy właśnie w tej chwili umierają. Być może dla wielu jest to ostatni możliwy i rozstrzygający moment, w którym powiedzą: Jezu, ufam Tobie.

Robotnicy jedenastej godziny, którzy dostali taką samą zapłatę jak ci, którzy ciężko pracowali od samego rana?

Tak, to z naszej perspektywy może wyglądać na skandal! Ale na tym polega miłosierdzie, że Bóg kocha wszystkich i chce zbawienia wszystkich. Co by to była za rodzina, gdyby rodzice kochali tylko grzeczne dzieci, a te niezbyt grzeczne odrzucali?

Dlatego nie miejmy o to do Pana Boga pretensji, że ktoś dostanie zbawienie – w takim boskim bonusie – nawet nie o jedenastej godzinie, ale za pięć dwunasta. Przecież my na tym nic nie tracimy! Życie wiarą tu na ziemi jest takie piękne, choć czasem trudne. A może właśnie dlatego piękne, że czasem trudne…

Dla naszego zbawienia
abp Adrian Galbas SAC

ur. 26 stycznia 1968 roku w Bytomiu – ks. Adrian Józef Galbas – pallotyn, doktor teologii duchowości, prowincjał księży pallotynów w Poznaniu(2011–2019), biskup pomocniczy ełcki (2020–2021), arcybiskup koadiutor katowicki (2021-2023), metropolita katowicki (od czerwca 2023)....

Dla naszego zbawienia
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze