Moi rodzice
fot. taylor simpson / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Nigdy nie potrafiłem im powiedzieć, jak bardzo ich kocham. Nie zdążyłem. Zaraz po maturze wyjechałem z domu i to zakon stał się moją rodziną. Ale przecież to ta pierwsza, naturalna rodzina była moim gniazdem, punktem odniesienia, szkołą wiary i wartości.

Mieszkaliśmy w mrocznej poniemieckiej kamienicy w Prudniku: mama, tata i czterech synów. Rodzice przyjechali tam po wojnie. Mama miała prowadzić dom swojej siostrze, nauczycielce. Ojciec dostał pracę jako kierownik kadr we Frotexie. Kiedy jednak ktoś doniósł, że jego brat jest księdzem, przeniesiono go do księgowości.

Mama była wspaniałą, samodzielnie myślącą i pobożną kobietą. Często widziałem, jak się modliła. Jako najstarszego z synów zabierała mnie na roraty i nocne adoracje przy Bożym Grobie. Wspólne wyprawy na działkę, sobotnie kąpiele czy świąteczne spacery za miasto do klasztoru franciszkanów to były prawdziwe wydarzenia!

Niewiele mówiła, miała za to głębokie spojrzenie. Mówiła oczami. Nigdy nie podnosiła głosu, nawet nie umiem sobie dziś wyobrazić, jakby to mogło wyglądać. Wobec niespodziewanych problemów czy niegrzeczności wydawała się nieśmiała i bezradna. Ale w gruncie rzeczy była mężna. Pracowita, skromna, oszczędna, chodząca miłość. Starała się zaradzić wszelkim naszym potrzebom.

Swoim pełnym miłości spojrzeniem patrzyła na mnie, gdy opuszczałem dom, wyjeżdżając do klasztoru. To jej spojrzenie zapamiętałem na zawsze i było dla mnie zobowiązaniem. Patrząc po ludzku, umarła za wcześnie. Ale dojrzała już do Królestwa Niebieskiego. W ostatnich latach życia chodziła codziennie na mszę świętą i przystępowała do komunii, więc wierzę, że swoje sprawy pozałatwiała należycie. Wraz z jej odejściem skończył się nasz dom. Wprawdzie pozostał w nim jeszcze najmłodszy brat, ale to nie było już to samo.

Ojciec był energią niewykorzystaną, temperowaną przez inwalidztwo, którego się nabawił w młodości, grając w piłkę w szkole salezjanów w Oświęcimiu. To inwalidztwo zmuszało go do wybierania spokojnych zawodów i zajęć oraz do prowadzenia ustabilizowanego stylu życia. Z natury był nerwowy i wybuchowy, ale dobroć matki buforowała jego reakcje. Po pracy zajmował się pszczołami i kanarkami, dla których sam robił wysoce artystyczne ule i klatki.

Żył zrywami i wspomnieniami sprzed wojny. Pobudzały go nasze wywiadówki w szkole lub zajęcia, które sam sobie wyznaczał. Ze wzruszeniem wspominał lata spędzone w szkole salezjańskiej, a swoich wychowawców idealizował. Sąsiadom z przynajmniej połowy ulicy pisywał listy, podania, odwołania i prośby. Był dumny, że pochodził z parafii św. Stanisława ze Szczepanowa.

Zależało mu na naszym dobrym wychowaniu. Świat starał się zaplanować i urządzić po swojemu. Dopóki był zdrowy i miał siły, nawet mu się to udawało. Na działce i na podwórku rosły kwiaty, narzędzia miał poukładane, a i my czuliśmy jego oko na sobie. Z biegiem lat już się tylko dziwił, że na działce rosną chwasty, na podwórku jest nieporządek, że nie może już znaleźć narzędzi i że każdy z nas poszedł swoją drogą.

Co roku na święta kupował najlepsze czekoladowe cukierki na choinkę, która musiała być zawsze duża, i solennie zapowiadał, że będą do podziału po jej rozebraniu. Kiedy nadchodził ten czas, po Matce Boskiej Gromnicznej, nie mógł się nadziwić, że na choince nie wisiał już ani jeden cukierek, tylko nadmuchane papierki, precyzyjnie zrekonstruowane przez mojego brata, przyszłego inżyniera. Wtedy uroczyście wypowiadał sentencję, że myślał, że jesteśmy już dojrzałymi i odpowiedzialnymi ludźmi.

W naszym domu pachniało dobrym jedzeniem. Mama zawsze coś piekła. W końcu było nas czterech chłopaków. Lubiliśmy, gdy przynosiła z piwnicy kapustę, marchew i jabłka i robiła z nich surówkę w wielkiej misce. Podchodziliśmy i nabieraliśmy łyżkami. Ale cóż to była za kapusta. Jej smak czuję w ustach do dzisiaj. Świeżość kiszonych ogórków czy zapraw oraz chleba z masłem pozostała we mnie na zawsze jako smaki dzieciństwa. Podobnie zresztą jak wielkie garnki z miodem, którego w domu nigdy nie brakowało, były konstruktywnym elementem naszego mieszkania. Wszystko słodziliśmy miodem. A kiedy miód się krystalizował, łamaliśmy srebrne łyżki, usiłując wydobyć go z garnka. Herbata z miodem do dziś pozostaje najlepszym lekarstwem na wszystko.

Pośród ciszy zapamiętałem szum z pieców i bulgoczące butle z winem, które ojciec robił każdego roku jesienią, aby potem z radością częstować nim gości, którzy chętnie do nas zaglądali.

Było jeszcze różowe mydło „siedem kwiatów”, używane od święta, i „biały jeleń” na co dzień. Błogie wspomnienie rodzinnego domu, ubogiego i skromnego, potrafi wyidealizować szarzyznę i siermiężność peerelki. We wspomnieniach wracają kolory i smaki.

Dom, który stworzyli nam rodzice, ciągle jest dla nas oparciem i schronieniem w naszych wędrówkach przez świat… I po dziś dzień bezwiednie niosę go w sobie, szczególnie jego zapach, który gdziekolwiek bym się znalazł, zawsze mnie dopadnie.

Moi rodzice
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze