Krótka historia pewnego rozczarowania
fot. taylor brandon / UNSPLASH.COM

Krótka historia pewnego rozczarowania

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 votes
Wyczyść

To pierwszy tekst tego cyklu, więc wypada się przywitać i wytłumaczyć z jego nazwy. Cóż – pochodzę z Piekar Śląskich, które zdecydowanie zasługują na miano prowincjonalnego śląskiego miasteczka. A i z Katowicami, w których mieszkam, w pewnym sensie nie jest inaczej – leżymy sobie w pewnym oddaleniu od głównego nurtu spraw, którymi żyje centrum. I odnosi się to chyba zarówno do rzeczywistości społeczno-politycznej, jak i kościelnej. Nie ukrywam, że dobrze mi z tym rodzajem dystansu, który prowincjonalność wytwarza. Może dlatego, że pozwala na planowe nienadążanie za aktualnościami, przegapianie newsów. Mieszkając na prowincji, nie trzeba zabierać głosu natychmiast i w każdej sprawie – bo i tak nikt nie pyta. Stereotyp? Być może. Ale sprawdzić to łatwo – zapraszam na Śląsk, mieszkania na prowincji też są stosunkowo tanie.

Drugie (i ostatnie) z wyjaśnień wstępnych: z wykształcenia i zamiłowania jestem księdzem teologiem, i to jeszcze teologiem systematykiem. Takim od budowania głównie teoretycznych systemów. To prowadzi do nieuchronnego wewnętrznego starcia z moimi śląskimi korzeniami, z ich – równie stereotypowym co w przypadku prowincjonalności – praktycznym zacięciem i pewną niechęcią do abstrakcyjnego dyskursu. W pewnym sensie zatem jestem bytem w stanie permanentnej polemiki z samym sobą. Gdyby się to w tekstach ujawniło, proszę o wyrozumiałość. A teraz już do rzeczy.

Jeśli czytają państwo ten tekst, to znaczy, że nie było końca świata. Oczywiście dla uproszczenia pomijam – możliwą przecież – wersję, że nasze wyobrażenia o nowym świecie po powtórnym przyjściu Chrystusa są dość nieadekwatne i jednak miesięczniki będą się dalej ukazywać w jakiejś mocno zmienionej formie. Zatem końca świata nie było. I jestem do głębi tym faktem rozczarowany. Dodać jednak trzeba, że moje rozczarowanie nie ma zupełnie nic wspólnego z zapowiedziami wynikającymi z kończącego się kalendarza Majów, które – przynajmniej na poziomie anegdot – opanowały zbiorową wyobraźnię ostatnich tygodni. Jestem rozczarowany, bo Chrystus ciągle jeszcze nie przyszedł.

Przyznaję się – to nie jest jakieś głębokie, rodzące depresję rozczarowanie. Raczej rodzaj ciągłego stanu lekkiego niezadowolenia. Jak wówczas, gdy czeka się na przesyłkę z drugiego końca świata (wysłaną niestety zwykłą pocztą) i kolejny raz okazuje się, że jeszcze nie nadeszła. Jeszcze nie dziś. Ten rodzaj rozczarowania brzęczy przeważnie nutą zniecierpliwienia, trochę jak mucha zimową porą znienacka przebudzona.

Zdaje się jednak, że większość moich sióstr i braci w wierze nie podziela zbyt żywo tego rozczarowania. Zwykle jest dokładnie przeciwnie. Jeśli się nie mylę w ocenie, większość chrześcijan trwanie świata w nienaruszonej formie co ranek wita i żegna co wieczór, jeśli nie ze świadomym zadowoleniem, to jednak raczej bez odczucia zawodu. Albo zatem ja sam jestem ofiarą moich teologicznych obsesji (czego niestety wykluczyć się nie da), albo jakaś część ewangelicznego orędzia ulotniła się z codziennej świadomości chrześcijan.

Nie lubię być ofiarą, spróbuję zatem obronić drugą z hipotez. I chyba nie będzie to trudne. Wystarczy bowiem przyjrzeć się niektórym fragmentom wyznania wiary, by stwierdzić, że wyczekiwanie końca nie jest w chrześcijaństwie opcjonalne. Bo w każdą niedzielę wyznajemy, że Chrystus „powtórnie przyjdzie w chwale” i wtedy „królestwu Jego nie będzie końca”. A do tego jeszcze deklarujemy, że „oczekujemy wskrzeszenia umarłych”, które wówczas ma nastąpić. Jeśli z perspektywy Credo spojrzeć na praktykę naszej pobożności, to dobrze nie jest. Wprawdzie jakaś chwila wyglądania i przyzywania powtórnego przyjścia Pana nam się zdarza – przez liturgię narzucona – pod koniec roku liturgicznego i w adwencie, ale prawie natychmiast zastawiamy ją szopką i zagłuszamy kolędami.

Teologiczne zwierzę we mnie ciąg- nie teraz w stronę dogłębnej analizy przyczyn i skutków takiego stanu rzeczy. Zamiast dogłębnej będzie krótka: kiedy w miarę upływu czasu obietnica Pana się nie spełniała, chrześcijanie odzwyczajali się od jej aktywnego oczekiwania (rozczarowanie – przyznajmy – nie jest stanem przyjemnym i psychologiczny mechanizm obronny jakoś sobie z nim musiał poradzić). A potem jeszcze gorliwi pasterze wpadli na pomysł, że strasząc sądem i potępieniem, można łatwiej uzyskać skutek w postaci poprawnego prowadzenia się wiernych, niż rozbudzając w nich pragnienie upodobnienia się do Chrystusa. Koniec końców – paruzji prawie nikt już żywo nie przyzywa. Przynajmniej na śląskiej prowincji tak jest. A szkoda.

Krótka historia pewnego rozczarowania
ks. Grzegorz Strzelczyk

urodzony w 1971 r. – prezbiter archidiecezji katowickiej, doktor teologii dogmatycznej, były członek Zarządu Fundacji Świętego Józefa KEP (2020-2023)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze