fot. Sonia Dauer / Unsplash

Życie chrześcijańskie polega na wcieleniu orędzia Ewangelii, a to sprowadza się do bardzo konkretnych decyzji dnia powszedniego, jednak trzeba wyraźnie odróżnić sprowadzenie Ewangelii do mojej miary od odwagi zmierzenia swojego życia miarą Ewangelii.

Pewnego niedzielnego popołudnia w 2018 roku stałem ze współbratem z Francji w kolejce do paryskiego Palais de Tokyo – galerii sztuki współczesnej – żeby obejrzeć wystawę argentyńskiego artysty Tomása Saraceno „ON AIR”. Jej motywem przewodnim były sieci: od pajęczych (w jednej sali artysta oddał przestrzeń pajęczakom, aby tkały swoje dzieło), poprzez wielkie instalacje z lin, na symulacjach przetwarzających fale elektromagnetyczne kończąc. Patrząc na tłum stojący za nami, czekający cierpliwie w strugach deszczu, Emmanuel zagadnął mnie:

– Nie potrafię tego zrozumieć. Skąd tu tyle ludzi? Dlaczego ich nie było dziś rano w kościele? Jak do nich przemówić? Przecież musi być jakiś wspólny punkt. Dlaczego nasze światy się rozchodzą?

W odpowiedzi pokiwałem tylko głową. No bo co można z marszu odpowiedzieć? Chodzi przecież o zjawisko bardzo złożone.

Pytania Emmanuela dały mi jednak do myślenia: ci ludzie wydali kilkanaście euro nie na lekką rozrywkę – kino familijne, zabawę w aquaparku czy podparyskim Disneylandzie – ale na konfrontację z wizją artysty wymagającą od widza zaangażowania. To by oznaczało, że nie wszyscy, którzy trzymają się z dala od Kościoła lub z niego świadomie odeszli, żyją powierzchownie.

Z myślą o tamtej paryskiej wystawie chciałbym się podzielić pewnym przemyśleniem, a może raczej podejrzeniem: Być może chrześcijaństwo, którym żyjemy i które głosimy, jest zbyt płytkie? A ludzie odrzucają orędzie chrześcijańskie nie dlatego, że jest zbyt trudne do przyjęcia, zbyt wymagające, ale dlatego, że w takiej formie, w jakiej zostaje im przedstawione, opiera się na zbytnich uproszczeniach i ociera się o pewien rodzaj intelektualnego i duchowego prostactwa?

Trzy zastrzeżenia

Od razu na początku muszę jasno powiedzieć, że moje rozważania nie są krytyką Ewangelii i autentycznej pełni życia, jaką odnajduję w Jezusie Chrystusie: w Jego słowie, w sakramentach, w objawieniu przekazanym i odczytanym we wspólnocie Kościoła. Chciałbym natomiast zaprosić do rachunku sumienia: w jakiej mierze ów blask prawdy danej w Jezusie rzeczywiście rozświetla nasze przeżywanie wiary, na ile natomiast dobrowolnie lub mimowolnie pozwalamy mu przygasnąć?

Drugie bardzo ważne doprecyzowanie: jeśli w punkcie wyjścia pytam o tych, którzy odrzucają Ewangelię – być może z tego powodu, że źle o niej świadczymy i źle nią żyjemy – to nie chodzi mi o pytanie ściśle strategiczne (by nie powiedzieć propagandowe): W jaki sposób przyciągnąć ich do Chrystusa? To oczywiście ważne, ale skarłowaciałe byłoby takie chrześcijaństwo, które poprzestawałoby na pytaniu o formę przekazu bez pochylenia się nad treścią życia. Dlatego obojętnych i kontestatorów traktuję w pierwszym rzędzie nie jako tych, których mamy nawrócić, ale – wcześniej (!) – jako tych, którzy mają nas nawrócić. W jaki sposób? W taki, że mogą być papierkiem lakmusowym jakości naszej wiary.

W końcu, odpowiadając na wątpliwości i zarzuty: owszem, prawda Ewangelii bywa odrzucana z nieświętych powodów: etyka Kazania na g

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2022, nr 09, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść
Dodaj do koszyka
Ofiary wiary
Dominik Jarczewski OP

urodzony w 1986 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, stały współpracownik miesięcznika „W drodze”....