Pytanie Boga
Sierpień – sezon nonsensów i letniej niefrasobliwości. Więc zamiast tekstu o sprawach poważnych, skondensowanego (nadludzkim wysiłkiem) do granic obłędu (i zrozumiałości), pękającego w szwach, zagęszczonego treścią jak zupa z nadmierną ilością mąki, pora na zupę bardziej strawną: zupę z gwoździa. Innymi słowy, na prawdziwy felieton. Wprawdzie ukaże się on dopiero we wrześniu, kiedy lato będzie już tylko wspomnieniem i kiedy może stosowniejsze by były jakieś poważne treści, ale trudno, nie mogę w sierpniu myśleć o wrześniu, bo zepsułoby to cały sierpień.
Kilka dni temu mignął mi gdzieś pod Warszawą szyld następującej treści: „Artykuły wielobranżowe”. Nazwa silnie pachnąca ponurą groteskowością PRL-u, kiedy to w sklepie pod takim szyldem można było czasem, teoretycznie, nabyć rozmaite, nikomu niepotrzebne rzeczy – w odróżnieniu od sklepów noszących nazwy „Odzież” albo „Mięso”, w których były rzeczy potrzebne, ale były tylko teoretycznie, bo na ogół ich nie było. Ale cóż, zaczęłam się zastanawiać, co taki szyld mógłby znaczyć teraz, kiedy to możemy się spodziewać, że reklama ma jakiś związek z rzeczywistością? Czy chodzi o zbiór rzeczy rozmaitego przeznaczenia? A więc o to, że sklep proponuje na przykład tapczany, hulajnogi, mydelniczki, wiosła, maszynki do mielenia mięsa, krewetki, rowery, kanarki, kaloryfery, fontanny i banany? Wyobrażam sobie miłe godziny spędzone na przeszukiwaniu stert takich przedmiotów i odkrywaniu skarbów, o których się nigdy nie myślało, ale które teraz nagle wydają się niezbędne. Na przykład wiosło. Albo kanarek. Czy też jest to sklep proponujący artykuły, z których każdy z osobna ma rozmaite przeznaczenia? Czyli sklep, w którym można znaleźć na przykład zegarek, będący zarazem pistoletem, narzędziem do otwierania puszek, flaszką na truciznę i telefonem? Albo hulajnogę, która, odpowiednio złożona, może służyć także jako tapczan, mydelniczka lub klatka dla kanarka? Nie odnajdę już tego sklepu, więc nigdy się nie dowiemy.
Nie mniej zagadkowe bywają napisy małym drukiem na różnych produktach, na przykład kremach do twarzy. Czytamy tam, że były one „dermatologicznie badane” czy testowane. Lecz te napisy są nie tyle pozbawione treści (i przez to mało skuteczne), co w sposób zamierzony mylące (ale niestety skuteczne). Bo co z tego, że krem był badany, jeśli nie wiemy nic o skutkach tych badań? Może badania wykazały, że powoduje wysypkę? Ale i tak go kupujemy, zwabieni tym zapewnieniem. Podobnie rzecz się ma z produktami ogłaszającymi się „specjalną ceną”: nie przychodzi nam do głowy, że specjalna cena może być wyższa a nie niższa niż gdzie indziej. I rzeczywiście: zdarzało mi się widzieć ceny, które okazały się „specjalne” – niektóre bardzo specjalne w taki właśnie sposób. Podobnie jest z hasłami „zmiany”, rzucanymi przez polityków podczas kampanii wyborczych. Zauważmy, że nikt nie obiecuje nam poprawy; obiecują jedynie zmianę. Więc ściśle rzecz biorąc, nie możemy narzekać, jeśli zmiana – owszem, następuje, ale… na gorsze.
Podobnie bywa też z kosmetykami, reklamującymi się jakimś składnikiem, który działa na coś tam. Owszem, może działa, ale w probówce – niekoniecznie na skórze. Nie wiadomo też, jaką ilość tego składnika krem zawiera. Słowem, nic to wszystko nie znaczy. Ale nie można się przyczepić: badania rzeczywiście były, krem rzeczywiście zawiera dany składnik – co najmniej jedną molekułę.
Szczytem absurdu (a dla mnie potężnym źródłem irytacji) są częste w Polsce napisy: „Zapraszamy!”. Wiszą wszędzie: na restauracjach, na sklepach, a nawet (mignął mi taki nieopodal sklepu z artykułami wielobranżowymi) na aptekach. Irytują skrajnym brakiem sensu: restauracja czy apteka po to właśnie istnieją, żebym do nich weszła i coś kupiła. Nie potrzebuję zaproszenia. Co to, do licha, za reklama? Obraża naszą inteligencję i zniechęca zamiast zachęcać. Żeby jeszcze wywieszano takie napisy w godzinach pracy; można by je wtedy uznać za równoznaczne z powiadomieniem, że miejsce jest otwarte. Ale nie: wiszą cały czas. Po co?
Zdumiewa się człowiek, gdy zda sobie sprawę, jak ogromna ilość tego, co wokół widzi i czyta, jest całkowicie pozbawiona treści.
Oceń