Niewyczerpana wspaniałość świata

Niewyczerpana wspaniałość świata

, 0 recenzji

Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2000, s. 218

Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa / wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku / żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi / i abyś całą skórą zmierzył się ze światem (Podróż).

Zgodnie z radą zawartą w cytowanym wierszu ostatni tom szkiców Zbigniewa Herberta Labirynt nad morzem jest rzeczywiście zaproszeniem do podróży długiej i trudnej, lecz nie bezcelowej i — mimo pozorów błądzenia po omacku — niezwykle starannie przemyślanej. Wysiłek cierpliwej wędrówki, do której zaprasza nas autor, nagrodzony zostaje sowicie satysfakcją zrozumienia i radością współudziału.

Podróż składa się z siedmiu etapów i rozpoczyna się wyprawą na Kretę, „wyspę ciemną jak wino”, śladami Homera i sir Arthura Evansa. Zanurzamy się w królestwo mitów i wykopalisk. Zwiedzamy muzeum w Heraklionie, ruiny pałacu w Knossos, oglądamy rzeźby, freski, przebogatą minojską galanterię — figurki z fajansu i gliny, zbiory półszlachetnych kamieni, miniaturowe cacka świadczące o życiu powierzchownym, beztroskim, „pozbawionym ekstazy, pasji i cierpienia”.

Drugi etap to Próba opisania krajobrazu greckiego, za którą de facto kryje się zamiar dotarcia do samych źródeł greckiej religii, do źródeł mitu i tragedii. Epidauros, Mykeny, Delty, Sparta, Delos — oto ważniejsze miejsca na naszej trasie. Prawie wszędzie dostrzegamy mitotwórczą rolę krajobrazu i wtopionej weń przyrody:

Drzewa są niewielkie, niezbyt odbiegające od wzrostu mężczyzny, a w mroku tak człekokształtne, że ma się ochotę pozdrowić je, przystanąć i porozmawiać. (…) Dlatego wydaje mi się, że metamorfoza drzew w driady była nie tyle wynikiem wybujałej wyobraźni Greków, ile bystrej obserwacji i trafnego uchwycenia znaków wysyłanych przez otaczający świat.

Etap trzeci, nazwany Duszyczka‚ jest chwilą fizycznego odpoczynku, a jednocześnie czymś w rodzaju psychologicznej (lub psychoanalitycznej) sondy przed trudami oswajania Akropolu. W sukurs przychodzi tutaj, przywołana przez poetę, reakcja młodego Freuda, który przybywszy do Aten, ze zdumieniem stwierdzał:

A więc to wszystko naprawdę istnieje, tak jak tego uczyliśmy się w szkole. (…) Zgodnie ze świadectwem moich zmysłów jestem teraz na Akropolu, tylko nie mogę w to uwierzyć.

Dla Zbigniewa Herberta, inaczej niż dla Freuda, świadectwo zmysłów nie staje się powodem poznawczego sceptycyzmu, choć nieobcy jest mu podziw i zdumienie:

I nagle nad wąską uliczką, zupełnie niespodziewanie, wysoko w górze — on!

Konfrontację marzeń z rzeczywistością pisarz przyjmuje jako niezasłużony dar, który rodzi w nim dodatkową motywację. Chcąc sprostać wyzwaniu, wciela się w rolę delegata tych wszystkich, którym się nie udało. I dlatego to, co zobaczył i co pojął, pragnie przekazać innym, przywołując na świadków swoich bliskich zmarłych, którym „nie dane było dzielić radości płynącej z przeżywania rzeczy pięknych”.

No więc tak; stojąc na Akropolu przywoływałem dusze moich poległych kolegów, użalałem się nad ich losem, już nawet nie nad śmiercią okrutną, ale współczułem, że odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata.

Czwartym, centralnym etapem naszej podróży jest Akropol, ale o nim będzie mowa na samym końcu. Przejdźmy więc od razu do etapu piątego pod nazwą Sprawa Samos. Architekturę i sztukę pozostawiamy tu na boku i wkraczamy w krainę greckiej polityki czasów Peryklesa. Ileż podobieństw z naszą współczesnością, jak choćby uchwalenie dekretu o cenzurze czy wprowadzenie eufemizmów do ateńskiej „propagandy” (np. nazywanie więzienia — mieszkaniem, trybutu — dopłatą, okupacji — ochroną). Już wtedy pojawia się niebezpieczna tendencja do absolutyzowania demokracji przeradzającej się w tyranię i widać pierwsze symptomy „politycznej poprawności”.

W etapie szóstym — O Etruskach — udajemy się do Włoch, by oglądać w muzeach posążki wojowników i przedmioty codziennego użytku, ale w tym względzie i tak skazani jesteśmy na głęboką niewiedzę. Wzdłuż „melancholijnej promenady”: Cerveteri, Tarkwinia, Volterra, Veii, kamienne grobowce zarosłe trawą pilnie strzegą tajemnic nieistniejącego już świata.

W etapie siódmym, ostatnim, ponownie wkraczamy na teren polityki. Lekcja łaciny to, mówiąc w skrócie, rzecz o podboju Brytanii przez Rzymian. Jest tu także wspaniały, przesycony humorem wątek osobisty — wspomnienie lwowskiego gimnazjum klasycznego, w którym profesor łaciny, zwany Grzesiem, był dla uczniów „uosobieniem tego, co rzymskie, i łatwo można go sobie było wyobrazić w todze na czele legionów”. Lekcja łaciny to także wielkie, choć ukryte w podtekście, pytanie o dalsze losy europejskiej kultury, a może jeszcze bardziej o jej jakość. Pytanie, którego retoryczne tony znamy doskonale z wiersza pt. Potęga smaku.

* * *

Zagłębiam się w tę książkę z ogromnym wzruszeniem. Labirynt nad morzem ukazuje się dopiero teraz, po dwóch latach od śmierci Zbigniewa Herberta, dzięki redakcji „Zeszytów Literackich”. Należę do nielicznych szczęściarzy w Polsce, którym poeta udzielił wywiadu. Było to w 1971 roku, a więc ponad 29 lat temu! Herbert zwierzał się już wtedy, że pracuje intensywnie nad nową książką i mówił o swoim współczuciu dla zaginionych cywilizacji, „którym nie udało się w historii”. „Być może powód jest taki — wyjaśniał — że losy Polski też nie były zawsze wesołe i często staliśmy na pograniczu zniknięcia z mapy świata”. Otwieram teraz szkic o Krecie i czytam:

Nie ma innej drogi do świata, jak tylko droga współczucia. Szczątki imperium, potężnych zamków i stolic nie wzruszają tak bardzo, jak ruiny pałaców minojskich. Wydaje się, że mieszkańcom starożytnej Krety obca była pycha wielkich cywilizacji. Nie wyzywali losu. Starali się przetrwać w swojej odrębności i w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Rozpętane żywioły były jakby zbyt wielkie w stosunku do tego, co niszczyły. Ich ruiny to ruiny kołyski, ruiny pokoju dziecinnego.

To cały Herbert. Taki, jakiego znamy z jego esejów: Barbarzyńca w ogrodzie, Martwa natura z wędzidłem, ale także z poezji. To Herbert pragnący „całą skórą zmierzyć się ze światem” — zobaczyć, dotknąć, sprawdzić, czyli poznać zmysłami. Jednak nie w celach empirycznych. Owa realność, sprawdzalność świata nie prowadzi pisarza ku jakiejś odmianie materializmu czy panteizmu. Natura — zauważa poeta — powtarzająca swoje „mądre tautologie” (dzięki którym „gwiazdy krążą”, „las jest lasem, a skała skałą”) skłania do przyjęcia Tajemnicy, a w konsekwencji do uwielbienia. Słynna Modlitwa Pana Cogito–podróżnika zaczyna się — przypomnijmy — słowami:

dziękuję ci Panie że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny.

Podobnie jest z kontemplacją dzieł sztuki. W tym samym wierszu, nieco dalej, znajdujemy kolejny akt zachwytu:

— dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi / cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości / pomyślałem że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla mnie.

Labirynt nad morzem jest książką, która całkowicie potwierdza Herbertowe widzenie i odczuwanie świata. Wszystkie teksty wypełnione są konkretem, gęste od materii, a najbardziej nasycony „cielesnością” wydaje się Akropol. Pisarza interesuje w tej budowli każdy niemal szczegół, zarówno w wymiarze czasowym, jak i przestrzennym. Mamy tu więc i dokładną topografię budowli, i wykaz kosztów jej wznoszenia, i geologiczną strukturę góry, na której stoi, i dzieje przeróbek konserwatorskich, i wreszcie pełną dramatycznych wydarzeń historię… Jednocześnie poznajemy szorstkość kamieni i chłód marmurowych kolumn, wchłaniany w nozdrza zapach „Akropolu w cebulowym wieńcu”, dolatujący tutaj z ubogiej dzielnicy Plaka leżącej u stóp góry. Inny jest Akropol nocą, a inny w dzień.

I oto nagle cały ten splot faktów i doznań zmysłowych nabiera zupełnie nowego sensu, zostaje podniesiony na inny, wyższy poziom uogólnienia. Niezwykła intensywność przeżycia zawarta w słowie poety sprawia, że martwa budowla zaczyna do nas przemawiać nie tylko jako symbol czy wielka metafora, ale także — wzorem prawdziwych arcydzieł — wyzwala pragnienie dialogu i porusza w nas zmysł współudziału:

Akropol, jaki miałem przed oczami, sprowadzony do szkieletu, odarty z ciała, był dla mnie zarówno dziełem woli, ładu, jak i chaosu, artystów i historii, Peryklesa i Morosiniego, Iktinosa i grabieżców. I dotykając wzrokiem jego ran i okaleczeń, doznawałem uczucia, w którym podziw mieszał się z litością.

Czy można piękniej? Wielka szkoda, że to już nasza ostatnia wspólna podróż ze Zbigniewem Herbertem.

Niewyczerpana wspaniałość świata
Andrzej Babuchowski

urodzony 13 lutego 1944 w Krasnem k. Chełma (woj. lubelskie) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował także slawistykę, dziennikarz, krytyk literacki, tłumacz literatury czeskiej. Przetłuma...